Miejsca z pasją. W poszukiwaniu inspiracji do ciekawego życia.

Miejsca z pasją. W poszukiwaniu inspiracji do ciekawego życia.



Ciekawość świata sprawia, że wciąż poszukuję. Nie zadowalam się jednym rozwiązaniem, jednym działaniem, jednym miejscem. Chcę więcej i bez żalu porzucam nietrafione pomysły, nudne miejsca, nieciekawe książki, mało pasjonujące projekty. Szukam nowych. A inspiracje do ciekawego życia są wszędzie. Można w ich poszukiwaniu odbywać dalekie podróże. Można też znaleźć własne klimaty gdzieś blisko, tuż obok siebie. Potrzeba tylko otwartej głowy i chęci do podkręcania własnego życia tak, aby nie stało się nudne. By było inspirujące i ciekawe.

Wypoczynek z pasją.

 

Jednym z niezwykle inspirujących miejsc, jakie ostatnio udało mi się odkryć, jest Zatoka sztuki w Sopocie. To miejsce z niezwykłą przestrzenią dla artystów, doskonałą restauracją i pokojami z widokiem na morze. Kilkudniowy pobyt w Zatoce sztuki dał mi to, co w odpoczynku cenię sobie najbardziej. Ciszę, spokój, możliwość wpatrywania się w horyzont, słuchania szumu morza, obserwowania ludzi spacerujących po plaży. Kilkuminutowy spacer do sopockiego molo, czy pobliskiej galerii sztuki, dopełniły całości. Moc inspiracji i oddech od codzienności.

Źródło: Zatoka sztuki


Kultura z pasją.


Za kilka dni kończy się w Warszawie niezwykła wystawa. 36 x Rembrandt. Jest to 36 dzieł tego malarza, pochodzących z rożnych polskich kolekcji. Nie ma więc innej możliwości, aby zobaczyć je wszystkie razem. Wśród pokazywanych obrazów znajdują się dwa wyjątkowe: "Dziewczyna w ramie obrazu" oraz "Uczony przy pulpicie". Poza tym kolekcja składa się z oryginalnych rysunków oraz grafik Rembrandta tworząc razem grupę 36 autorskich dzieł wielkiego malarza holenderskiego. Są to studia postaci kobiet, starców, uczonych oraz autoportrety Rembrandta i wizerunki osób z jego otoczenia. Wystawa ta to możliwość zapoznania się z różnymi technikami, w jakich tworzył malarz. Dzieła pochodzą m.in. z Gabinetu Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie oraz Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Wystawa na Zamku Królewskim kończy się 11 listopada, więc trzeba się spieszyć. 

Źródło: Zamek Królewski w Warszawie



Jedzenie z pasją.



Jedzenie na mieście ma wiele zalet. Nie trzeba gotować w domu, można spotkać się z przyjaciółmi, ale przede wszystkim jest okazją do pozyskania inspiracji kulinarnych do wykorzystania we własnej kuchni. Takich właśnie inspiracji do gotowania z pasją i pięknego podawania dań we własnym domu, poszukiwałam niedawno w restauracji Reforma, która mieści się w warszawskim Wilanowie. Właściwie na styku Sadyby i Wilanowa. Fantastyczny klimat tego miejsca sprawia, że nie chce się stamtąd wychodzić. Jedzenie jest przepyszne i podane w niezwykle inspirujący sposób. Warto zajrzeć.

Źródło: Reforma Bar


Zdrowie z pasją.


Ciekawe miejsce w sieci, gdzie można wiele dowiedzieć się na temat zdrowego stylu życia, to strona Kampanii Społecznej "Żyję świadomie". Masa ciekawych artykułów o zdrowiu i funkcjonowaniu organizmu człowieka, a także zaproszenie do udziału w szeregu konferencji organizowanych w całej Polsce. Warto edukować się w dziedzinie zdrowia, póki jeszcze zdrowie na to pozwala. Bo, gdy zaczynamy chorować, już jest zwykle za późno na edukację. W Polsce wciąż jeszcze zbyt mało mówi się na temat profilaktyki i zdrowego trybu życia. Apteki na każdym rogu i wszechobecne reklamy lekarstw nie powodują wzrostu świadomości, ale dają złudne wyobrażenie o tym, że każdą chorobę da się wyleczyć. Wystarczy połknąć tabletkę i uśmiech wraca na twarz. W rzeczywistości tak to nie działa, a najważniejsza jest profilaktyka. Wiedzę o tym, co robić, żeby nie chorować i jak ustrzec się przed zagrożeniami cywilizacyjnymi, które są odpowiedzialne za choroby, można czerpać z konferencji organizowanych przez Kampanię "Żyję świadomie" i artykułów obecnych na stornie. 





Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:

 Niedzielne śniadanie mistrzów. Przepis na domowe powidła śliwkowe bez cukru.

Niedzielne śniadanie mistrzów. Przepis na domowe powidła śliwkowe bez cukru.


sniadanie-mistrzow


Niedzielny poranek to dla mnie czas, gdy nie muszę się spieszyć. Wałęsam się po domu z kubkiem kawy w ręku, przysiadam na schodach i spoglądam na ogród. Zieleń zawsze mnie uspokaja. Sprawia, że wolniej oddycham, spokojniej myślę o nadchodzących wydarzeniach i doceniam to, co już mam. Takie wyciszenie jest mi bardzo potrzebne. 
 
Zanim zacznę ogarniać śniadanie, włączam ulubioną muzykę. Ostatnio zachwyciła mnie Joanna Bejm i jej interpretacja wierszy Haliny Poświatowskiej. Z taką muzyką i treścią zapowiada się poranek idealny. Do pełni szczęścia potrzebuję jeszcze pysznego śniadania, a takie potrafi zrobić jedynie mój mąż. Jego omlety biją na głowę wszystkie inne dania. Są puszyste i po prostu rozpływają się w ustach. Niedzielne śniadanie mistrzów. Ja wyjmuję ze spiżarni słoik naszych ulubionych, domowych powideł śliwkowych. Z omletem stanowią duet idealny. 
 
Co roku zamykam kilka kilogramów śliwek w słoikach. Podczas ich przygotowywania dom pachnie obłędnie. To niesamowite, jak w prosty sposób można cieszyć się ze spraw codziennych. Najprostszych wydarzeń, w których uczestniczymy.  
 
Teraz, jesienią, warto poświęcić trochę czasu na to, by mieć na zimę własne powidła. Są niezwykle proste w przygotowaniu, zawierają tylko jeden składnik - śliwki, nie zawierają cukru i można się nimi bezkarnie objadać. Polecam Ci mój przepis, z którego korzystam w każdym roku o tej właśnie porze. Później przez cały rok wykorzystujemy powidła śliwkowe do omletów i naleśników. 
 
Zrób coś pysznego dla siebie i swojej rodziny. Dodam jeszcze, że powidła śliwkowe doskonale nadają się do podjadania ze słoika zawsze wtedy, gdy ogarnie Cię ochota na coś słodkiego. Jak można z tego nie skorzystać?

 
Przepis na domowe powidła śliwkowe bez cukru.

Potrzebne będą:
  • 4 kg śliwek węgierek,
  • duży garnek o grubym dnie, 
  • łyżka drewniana, 
  • 5 słoików 450 - 500 ml.

A oto, jak zrobić domowe powidła śliwkowe:

Śliwki dokładnie umyć, każdą przekroić na pół i wyjąć pestkę. Śliwki włożyć do garnka i podgrzewać, aż delikatnie puszczą sok. Gotować na wolnym ogniu 4 godziny, mieszając i pilnując, aby się nie przypaliły. Przykryć pokrywką i odstawić. Następnego dnia zdjąć pokrywkę, a gotowanie i mieszanie powtórzyć. Trzeciego dnia gotować kolejne 4 godziny, w międzyczasie przygotować umyte słoiki. Napełniać słoiki gorącymi powidłami, zakręcać i pasteryzować w piekarniku. Jest to doskonały i prosty proces pasteryzacji. Nagrzewam piekarnik do 100°C, wstawiam umyte i osuszone słoiki, a po 20 minutach wyjmuję je i napełniam powidłami. Zakręcam wyparzonymi nakrętkami i ponownie wstawiam do piekarnika na 20 minut. Pasteryzuję w temp. 100°C, wyłączam piekarnik i pozostawiam słoiki do całkowitego ostygnięcia. Wklęśnięte pokrywki mówią mi o tym, że powidła mogą być bezpiecznie przechowywane w spiżarni.

Początkowo powidła mogą wydawać się rzadkie, ale zgęstnieją po ostygnięciu. Szukaj dobrych węgierek, bo to w nich tkwi tajemnica doskonałych powideł. Degustuj przed zakupem i wybieraj te najbardziej słodkie.


Jesień to piękna pora roku. Warto się zatrzymać i zachwycić jej kolorami. Są niepowtarzalne i szybko przemijają. Dlatego pośpiesz się, jeszcze zdążysz dostrzec to, co ulotne.














Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Katarzyna Puzyńska. Motylek i reszta w czwartkowej czytelni.

Katarzyna Puzyńska. Motylek i reszta w czwartkowej czytelni.


Motylek

Tym razem czwartkowa czytelnia wpada na blog w piątek. :) Pochłonięta pracą, nie zdążyłam bowiem skończyć tego posta wczoraj. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. :)

A będzie o świetnej, moim zdaniem, serii kryminalnej polskiej autorki. Katarzyna Puzyńska to pani psycholog, pracująca niegdyś, jako nauczyciel akademicki. W pewnym momencie postanowiła porzucić to zajęcie i poświęcić się swojej pasji, którą jest pisanie. Powstała seria kryminalna, jakiej próżno szukać na polskim rynku wydawniczym, a Katarzyna Puzyńska odniosła niebywały sukces. Uwielbiam takie historie, gdy z pasji ludzie rzucają się na głęboką wodę i okazuje się to być najlepszą rzeczą, jaką zrobili w życiu. To bardzo inspirujące.   

Pierwsza książka z serii o policjantach z Lipowa, to jednocześnie debiut pisarski Katarzyny Puzyńskiej. Motylek, bo o nim mowa, dosłownie zawrócił mi w głowie. Chyba pierwszy raz natknęłam się na książkę polskiej autorki, z fabułą osadzoną w Polsce i z tym, co najbardziej lubię, czyli połączeniem warstwy kryminalnej, społecznej i obyczajowej w doskonałych proporcjach. Wyobraźcie sobie komisariat na jakiejś zapomnianej, polskiej wsi i tam policjantów oraz policjantki, którzy rozwiązują zagadki kryminalne, ale też każdy z nich jest swoistą zagadką. Ze swoimi słabościami, wadami, zaletami. I tak poznajemy ich po trochu i towarzyszymy im w pracy i życiu osobistym. Katarzyna Puzyńska kreśli bohaterów, takich, jak my, czy ona sama. Na przykład jedna z bohaterek serii, tak jak autorka, jeździ konno i uwielbia spacery z psem. 

Przeczytałam dotychczas pięć z dziesięciu książek z serii o policjantach z Lipowa. Dosłownie nie mogłam się od nich oderwać. Kończąc jedną, już myślałam o tym, co będzie działo się w następnej. Każda z książek jest tak skonstruowana, że można czytać ją, jak oddzielny kryminał, ale ja polecam zachować kolejność. Każda część dotyczy bowiem innej zagadki kryminalnej, ale losy stałych bohaterów, czyli policjantów i ich bliskich, toczą się w określonej kolejności. Warto im towarzyszyć, zachowując tę kolejność. 

Dotychczas przeczytałam:
"Motylek",
"Więcej czerwieni",
"Trzydziesta pierwsza",
"Z jednym wyjątkiem",
"Utopce".

Przede mną jeszcze:
"Łaskun",
"Dom czwarty",
"Czarne narcyzy",
"Nora",
"Rodzanice".


Autorka pracuje nad kolejną powieścią, już jedenastą częścią mojej ulubionej polskiej serii kryminalnej. Prawa do publikacji książek o policjantach z Lipowa, pióra Katarzyny Puzyńskiej, sprzedano do ponad dwudziestu krajów, a autorkę okrzyknięto polską Camillą Läckberg. Według mnie całkowicie słusznie. Jeśli  i Ty lubisz kryminały z wątkiem obyczajowym, czytaj! Myślę, że się nie zawiedziesz. 










Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Czy jedna bułka bezglutenowa może odmienić życie oraz relacja z niezwykłych warsztatów kulinarnych.

Czy jedna bułka bezglutenowa może odmienić życie oraz relacja z niezwykłych warsztatów kulinarnych.

bułka-bezglutenowa


Rozmawiając z ludźmi na temat zdrowia i zdrowego odżywiania, często słyszę następujący argument: "Moja babcia jadła dużo mięsa, smażyła na smalcu, a dożyła w dobrym zdrowiu sędziwego wieku". Przyznaję, że nieco bawią mnie stwierdzenia w stylu: "A kiedyś to było tak....", albo: "A kiedyś to nie było tego, albo tego i jakoś człowiek żył". Owszem, kiedyś nie było wielu rzeczy, które są teraz, bo na tym właśnie polega postęp, że świat się rozwija. Kiedyś nie było elektryczności i środków komunikacji, ale czy to oznacza, że nadal chcielibyśmy siedzieć wieczorem przy świecach, albo chodzić pieszo? Boimy się nowości, ponieważ nie mamy dostatecznej wiedzy, co to "nowe" nam przyniesie. Zaś to, co sprawdzone, wydaje się być najlepszym rozwiązaniem. Ale przecież życie wciąż się zmienia. Właściwie jedno, co jest pewne w życiu, to zmiany. Świat, jaki znamy z dzieciństwa, już nie istnieje i to może powiedzieć o sobie każde kolejne pokolenie. Dlaczego więc my, zamiast zmieniać się z nim, wolimy stać w miejscu i nie chcemy zmienić zdania na tematy, które takiej zmiany wymagają? 

Dzisiejsze jedzenie jest zupełnie innym jedzeniem, niż to, które spożywali nasi dziadkowie. Mięso jest pełne antybiotyków, albo sterydów, przez co jego jakość jest fatalna. Warzywa i owoce potrafią być naładowane pestycydami, a mąka pełna ulepszaczy smaku i spulchniaczy. Niezbędne stało się poszukiwanie produktów dobrej jakości, żeby dostarczyć swojemu organizmowi odpowiednich wartości odżywczych i nie narażać go na nietolerancje i alergie. Przerażające jest to, że ludzie czują się dziś coraz gorzej. Zapadają na choroby, z którymi lekarze nie potrafią sobie poradzić. Są notorycznie zmęczeni. To są fakty, wystarczy zastanowić się, czy sami czujemy się tak, jak byśmy chcieli? Czy ludzie z naszego otoczenia są pełni energii i zdrowi? Niestety nie, dlatego konieczna jest chwila refleksji, zastanowienia się nad tym, co jemy i jak to na nas wpływa oraz czego unikać, by bronić się przed skutkami spożywania niezdrowego jedzenia. 

Mnie osobiście temat wpływu tego, co jemy na stan naszego zdrowia i samopoczucia, niezwykle fascynuje. Wydaje się to takie proste. Jestem tym, co jem, więc jem zdrowo i jestem zdrowa. A w praktyce to najtrudniejsza rzecz na świecie. Bo jak jeść zdrowo, skoro jedzenie zdrowe wcale nie jest? 

Znam swój organizm dość dobrze i wiem, co mi służy, a czego jeść nie powinnam. Pisałam o tym między innymi w tym miejscu. Wciąż poszukuję nowych wegańskich przepisów, by gotować zdrowo i jeść mniej mięsa. Ale największym wyzwaniem wydaje mi się własnoręczny wypiek dobrego pieczywa bezglutenowego. Pieczywo uwielbiam. Potrafię upiec całkiem niezły chleb na własnym zakwasie, ale jednocześnie wiem, że pieczywo z glutenem zdecydowanie mi nie służy. Kiedy próbuję nie jeść chleba wcale, zawsze kończy się to tym, że po pewnym czasie rzucam się na pszenne wypieki, po których źle się czuję. Wzdęty brzuch i ogromne wyrzuty sumienia, to tylko niektóre efekty takiego zachowania. Dobrego chleba bezglutenowego potrzebuję więc, jak powietrza.   

W swoich poszukiwaniach sposobów na zdrowy styl odżywiania przemierzam sieci internetowe i trafiam na ludzi, którzy są już o kilka kroków przede mną. Od nich najbardziej lubię się uczyć. Oni inspirują mnie do zmiany nawyków żywieniowych, poszukiwania zdrowych produktów, eksperymentowania w kuchni. Jedną z takich osób jest Ewa, autorka bloga Misa mocy. Entuzjastka zdrowego stylu życia i zdrowych, wegańskich przepisów. Osoba, od której czerpię niezwykle dużo inspiracji. Przepisy Ewy są raczej proste w wykonaniu, niektóre z nich przedstawia na swoim kanale na You Tube, więc to już w ogóle łatwizna, bo jak zobaczysz, jak coś się robi, to jest z górki. Dla mnie jednak wciąż sprawą naprawdę trudną pozostaje upieczenie dobrego pieczywa bezglutenowego. Ewa wpada do kuchni, miesza mąki i drożdże, pięknie się przy tym uśmiechając, po czym wyjmuje z piekarnika wspaniały, mięsisty chleb bezglutenowy. Magia, która w mojej kuchni niestety nie chce się zadziać. 

Wybrałam się zatem na jeden z warsztatów kulinarnych prowadzonych przez Ewę i postanowiłam zgłębić niełatwy temat mąk bezglutenowych oraz sposobów na ich ujarzmienie. Był to warsztat śniadaniowy, na którym wraz z piętnastoma innymi poszukiwaczami zdrowia, upiekliśmy bezglutenowe chleby i bułeczki oraz przygotowaliśmy masę dodatków śniadaniowych. Zachwyciły mnie wegańskie przepisy na twarożki, pasta z marchewki i tofu, pesto pietruszkowo-orzechowe, pasta z pieczonego buraka, humus z białej fasoli, jaglane masło czosnkowe i mój hit: ciasteczkowe crumble z gorącymi owocami. Ten warsztat kulinarny to było spotkanie, jakiego się nie spodziewałam i emocje, jakich wcześniej nie doświadczyłam. Skondensowana dawka wiedzy, ale przede wszystkim cudowni ludzie oraz inspiracje, które zmieniły moje spojrzenie na gotowanie. Zakończyłam ten warsztat kulinarny z poczuciem, że ja też mogę gotować z pasją i, że to, co ugotuję, będzie nadawało się do jedzenia. W ogóle moje myślenie o kuchni roślinnej, obróciło się o 180 stopni. Zrozumiałam, że wiedza na temat gotowania, którą wyniosłam z domu, to coś, co w dzisiejszych czasach powinnam uznawać jedynie za podstawę do poruszania się w kuchni, zaś produkty, z jakich gotuję muszą się zmienić. Dla zdrowia mojego i mojej rodziny. To będzie oczywiście proces, nic nie wydarzy się natychmiast, ale jestem pełna takich inspiracji, które już teraz pozwalają mi zrobić wielki krok do przodu. 

Wyszłam z tego warsztatu kulinarnego z mięciutką bułką bezglutenową w kieszeni i spacerując po Warszawie, obracałam ją w dłoni, jak największy skarb. Wkrótce, może nawet już jutro, będzie powtórka z pieczenia bezglutenowych bułek w mojej własnej kuchni. Trzymaj za mnie kciuki!      


bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa






Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Jak stać się lepszą wersją siebie. I czy warto do tego dążyć.

Jak stać się lepszą wersją siebie. I czy warto do tego dążyć.



Dużą część życia poświęciłam na pielęgnowanie niezadowolenia z siebie. Można powiedzieć, że zęby na tym zjadłam i stałam się specjalistką od zauważania swoich niedoskonałości fizycznych i psychicznych. Jak mantrę potrafiłam powtórzyć, zbudzona w środku nocy: grube uda, rzadkie włosy, małe cycki. Do tego moja introwertyczna natura powodowała, że nie spędzałam w tak zwanym towarzystwie zbyt dużo czasu. Stawiałam bowiem przebywanie w zaciszu własnego domu ponad towarzystwo znajomych. Czyli dziwak jakiś i za wszelką cenę powinnam dążyć do zdecydowanej zmiany wewnątrz i na zewnątrz. Zmienić się, żeby sprostać wymaganiom innych. Po wielu latach dopiero dotarło do mnie, że taka po prostu jestem i że to właśnie jest prawdziwa wersja mnie. Wersja, która być może komuś wyda się nieco dziwaczna, ale to właśnie ja.


Mój najsurowszy krytyk mieszka we mnie.


Osiągnięcie stanu akceptacji i miłości do siebie to jedno z najtrudniejszych zadań, przed jakimi stanęłam. Żyjemy w kulturze nierealnego piękna, niedoścignionego życia przedstawionego na zdjęciach w mediach społecznościowych. Nieustannie porównujemy się z innymi. Ze znajomymi, z sąsiadami, czy z tymi, których widzimy w ich nierealnym, ale wirtualnym życiu w sieci. Wpędza nas to w niesamowite kompleksy. Wydaje się nam, że nie jesteśmy dość dobrzy, bo inni mają ładniejsze domy, szczuplejsze ciała, motywację do prowadzenia zdrowego trybu  życia. A nam tego wszystkiego brakuje. Jesteśmy dla siebie najbardziej surowymi krytykami. Nawet największy wróg nie oceni nas tak negatywnie, jak my oceniamy siebie. Dlaczego to robimy? Niejednokrotnie zadawałam sobie to pytanie, ale wiesz co? Już przestałam. Bo uświadamianie sobie wciąż i wciąż od nowa, że to rodzina, środowisko, uwarunkowania genetyczne tak mnie ukształtowały, że nie wierzę w siebie i wciąż jestem swoim największym krytykiem, nie przynosi mi ani wewnętrznego wyzwolenia, ani nie motywuje do zmiany. Faktycznie tak jest, że osoby, które nas wychowały i środowisko, w którym dorastaliśmy, mieli wpływ na to, jacy jesteśmy. Ale co mi po tej wiedzy? Dziś jedyne co mogę zrobić, to wziąć sprawy w swoje ręce, rozwijać się wewnętrznie, dbać o siebie i próbować walczyć ze swoimi słabościami. Wychodzić poza swoją strefę komfortu, próbować nowych rzeczy, które mnie kształtują i są zgodne z moimi wartościami. Zmiana przyjdzie prędzej, czy później. Natomiast biadolenie, że dorastałam w ciężkich czasach i teraz jestem taka, czy inna, to użalanie się nad sobą, które w niczym nie pomaga. Krytykowanie siebie za to, jaka jestem, tylko obniża poczucie własnej wartości. Będąc lepszą wersją siebie, a nie ideałem, jakich pełno w instagramowym świecie, rozwijam się i realizuję swoje cele w wewnętrznej wolności. Lepsza wersja mnie to osoba, która stara się akceptować swoje niedoskonałości i pokonywać ograniczenia. We własnym tempie i tylko dla siebie, nie dla innych. 


Rozwijaj się mądrze.


Własny rozwój jest nieodłączną częścią naszego życia. Cały czas się rozwijamy, nawet, gdy tego specjalnie nie planujemy. Życie stawia przed nami nowe wyzwania, które nas zmieniają i kształtują. Warto jednak od czasu do czasu wejść w ten proces nieco bardziej świadomie. Można wybrać jakąś cechę charakteru i nad nią pracować. Można znaleźć jeden aspekt życia i próbować go zmienić na bardziej satysfakcjonujący. Można także bardziej kompleksowo przyglądać się sobie i świadomie budować własną samoakceptację. Najważniejsze jednak, aby robić to dla siebie, a nie dla innych. Zgodnie ze swoimi wartościami, a nie tym, co sądzą inni. Zawsze zaskakuje mnie to, ile inne osoby mają do powiedzenia na temat tego, co jest dobre dla mnie, co powinnam, a czego nie, na czym mam się skupić i co robić ze swoim życiem. Nie daję się wciągnąć w takie rozważania. Słucham jednym uchem, drugim wypuszczam, bo dość dobrze znam siebie i wiem o sobie to, czego te osoby nawet nie podejrzewają. Nie pozwalam, żeby to niszczyło moje poczucie własnej wartości, które z takim bólem buduję całe życie. Wszystkim wiedzącym lepiej mówię w swojej głowie stanowcze "nie". Oczywiście nie oznacza to, że nie korzystam z rad innych osób. Nie zrozum mnie źle. Cenię sobie zdanie innych i czerpię z niego, jeśli tego potrzebuję. Jednak nie mam zamiaru żyć według czyichś zasad, bo to nie są zasady moje i przeznaczone dla mnie. Rozwój wewnętrzny będzie skuteczny tylko wtedy, gdy nastąpi na moich warunkach i będzie zgodny z moimi wartościami. Każdy z nas potrzebuje czegoś innego. Jeden medytacji, drugi terapii, trzeci zwykłego relaksu z pomocną książką. Kluczem jest znalezienie własnej drogi rozwoju. Potem już idzie z górki.


Lepsza, czy najlepsza wersja mnie?


Zrozumienie tego, jaka jestem i czego tak naprawdę potrzebuję oraz oczekuję od życia, zajęło mi dużo czasu. Błąkałam się po bezdrożach mojego wnętrza, próbowałam zadowalać innych, aż dotarłam do takiego wyobrażenia mnie samej, do którego chcę dążyć. To jestem ja, jaką chciałabym siebie widzieć. I to wyobrażenie nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, jak chcieliby widzieć mnie inni. Wiem, jaka jest najlepsza wersja mnie i każdego dnia staram się do tego ideału zmierzać. Zrobić coś wartościowego dla siebie, rozwinąć nową umiejętność, pokonać jeden z moich lęków, zrobić choć mały krok w stronę, w którą dotąd nawet nie odważyłam się spojrzeć. Ten rozwój to proces na całe życie. Jeśli byłabym w stanie stać się tą najlepszą wersją mnie już dziś, w tej chwili, to jak mogłabym zmieniać się na lepsze każdego dnia? Jak miałabym szansę się rozwijać? Najlepsza wersja mnie, to wersja z wyobraźni, a dążenie do niej, to stawanie się troszeczkę tylko lepszą wersją mnie każdego dnia. 










Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:

Więcej warzyw na talerzu. Czyli nietolerancje pokarmowe oraz jak zostałam swoim własnym dietetykiem.

Więcej warzyw na talerzu. Czyli nietolerancje pokarmowe oraz jak zostałam swoim własnym dietetykiem.

nietolerancje-pokarmowe


Brak energii i notoryczne zmęczenie, to objawy, które obserwuję u coraz większej liczby osób. Sama też zmagam się z tym problemem i uważam, że odpowiedzialność za pogarszającą się naszą kondycję fizyczną i psychiczną ponosi to, co mamy na talerzu. Do tego pozycja siedząca przez większą część dnia, brak ruchu i jest gotowy przepis na schorowane społeczeństwo, któremu nic się nie chce. Nie ignoruj sygnałów, jakie daje Ci Twoje ciało. Jeśli odczuwasz zmęczenie zaraz po wstaniu z łóżka i w ciągu dnia wydaje Ci się, że nie masz na nic siły, pomyśl o swojej diecie. O tym co jesz i czy poprzez jedzenie wspierasz swój organizm, czy go osłabiasz.

 

 

Jesz, żeby żyć, czy żyjesz, żeby jeść?


Jest takie powiedzenie, uważam, że trafne. "Jesteś tym, co jesz". Sposób odżywiania ma podstawowy wpływ na kondycję naszego organizmu i na to, jak się czujemy. Czy mamy w sobie dość energii, czy jesteśmy przemęczeni. To, co jemy, może albo niszczyć nasz organizm, albo go wspierać i utrzymywać w dobrej formie. Jedzenie w dzisiejszych czasach straciło status pokarmu. Jemy więcej, niż potrzebujemy, do tego mnóstwo jadzenia marnujemy. Jemy, bo się nudzimy, albo, żeby się pocieszyć po ciężkim dniu w pracy. Wydajemy zbyt dużo na jedzenie, a w rezultacie i tak jesteśmy niedożywieni. Brakuje nam wigoru i siły do stawiania czoła codziennym wyzwaniom. Czujemy się ospali i przemęczeni. Mamy niedobory witamin i mikroelementów. Latami pracujemy na nasze złe samopoczucie, a potem sądzimy, że jeden zdrowy posiłek pomoże nam odzyskać zdrowie. Niestety tak nie jest. Jedna dieta nie załatwi nam zdrowia, jeden posiłek nie sprawi, że poczujemy się lepiej. Chociaż mniej żywności przetworzonej, mięsa i słodyczy, a za to więcej warzyw na talerzu, to droga, którą należy rozważyć.

Zrozumienie tego, że na moje samopoczucie bezpośredni wpływ ma to, co jem, zajęło mi dużo czasu. Moje, przeciągające się, chroniczne zmęczenie, zrzucałam na karb wielu obowiązków i braku czasu. Sądziłam, że coś jest ze mną nie tak, skoro żyję jak inni, pracuję, wychowuję dzieci, mam swoje obowiązki, a wciąż czuję się osłabiona. Defekt jakiś wrodzony, czy co? Inni też żyją w pędzie, a jednak mają więcej siły. Porównywanie się z innymi, to najgorsza rzecz, jaką mogłam sobie zafundować. Bo przecież każdy jest inny, ma inne geny, inną wydolność organizmu, co innego mu służy, a co innego szkodzi.

 

 

Nietolerancje pokarmowe i testy, na które mnie nie stać.


Wiedza o tym, jakie pokarmy powinniśmy spożywać, by czuć się dobrze i zachować zdrowie, wcale nie jest taka prosta do pozyskania, jak to się wydaje. Alergie pokarmowe stosunkowo łatwo wykryć. Testy na nie są ogólnie dostępne i miarodajne. Jeśli jednak w grę wchodzą nietolerancje pokarmowe, sprawa nie jest taka prosta. Niestety, wówczas szkodliwość poszczególnych produktów jest trudna do wychwycenia. A spożywanie przez lata tego, czego nasz organizm nie toleruje, może nam wyrządzić sporą szkodę.

Ja rozpoczęłam od całkowitego wykluczenia alergii, bo to jest najprostsze i już daje jakąś wiedzę o sobie. Poddałam się testom na wykrycie alergenów IgE, IgA i IgG. Są to przeciwciała występujące w ludzkim organizmie, z których każdy ma zdolność wykrywania określonego rodzaju antygenów, tj. czynników wywołujących alergię oraz reagowania na nie. IgE wyklucza dodatkowo zakażenia pasożytnicze. Testy te potwierdziły, że nie mam alergii na podstawowe produkty żywnościowe, jak mleko, czy jajka, nie jestem też uczulona na gluten.

Kolejnym krokiem, jaki powinnam zrobić, jest poddanie się badaniom wykluczającym nietolerancje pokarmowe. Ale to już wyższa szkoła jazdy. Rozważam, czy w ogóle je robić, głównie ze względu na wysokie koszty. A jeśli tak, to co wybrać? Czy podstawowe badania na nietolerancje, tzw. panel pokarmowy, czy (wyższy level) badania genetyczne, określające genotyp i wskazujące, jakie pokarmy mi służą, a jakie nie. Koszt takich badań kształtuje się w granicach od kilkuset do tysiąca kilkuset zł, więc muszę to sobie dobrze przemyśleć i ewentualnie zebrać fundusze.


Jak zostałam swoim własnym dietetykiem.


Zanim będę bardzo bogata i stać mnie będzie na opłacenie testów na nietolerancje pokarmowe, postanowiłam, że zostanę swoim własnym dietetykiem i drogą sprawdzania i eliminacji dojdę do optymalnej dla mnie diety. Jest to proces długotrwały i wymaga sporo pracy, ale warto go przeprowadzić. Mamy jedno życie i nasze zdrowie jest w naszych rękach. Przede wszystkim mamy wpływ na to, co jemy. Mimo, że w moim przypadku badanie nie wykazało alergii na gluten, ja wiem, że jest to składnik, który mi nie służy. Czuję się po nim źle, mam nabrzmiały brzuch, niemal puchnę. Co więcej, gdy w dłuższym okresie czasu serwuję sobie bułeczki pszenne i makarony, staję się ospała i notorycznie przemęczona. Wystarczy jednak, że stosuję dietę bezglutenową solidnie przez kilka miesięcy, a odzyskuję siły, nie męczę się tak szybko i moja skóra odzyskuje gładkość. To jest najlepsze, że brak glutenu w moim organizmie ma bezpośredni wpływ na zmniejszenie np. cellulitu. Rozumiesz, o czym mówię? Gładszy tyłek w pewnym wieku wart jest takiego poświęcenia.

Tak więc staram się jeść zdrowo i nie przejadać się. Uczucie pewnego niedosytu po skończonym posiłku, to stan, do którego dążę. Zdecydowanie lepiej czuję się, gdy jem mniej. Ograniczam mięso, dbam o to, żeby mieć więcej warzyw na talerzu. Jem dobrej jakości kasze. O mojej miłości do kaszy jaglanej pisałam tutaj. A co z białkiem, może ktoś zapytać. Otóż mięso hoduje się dziś w sposób, który nie zapewnia zdrowego produktu końcowego. W efekcie na talerzu mogą znaleźć się, oprócz białka, o które głównie nam chodzi, również antybiotyki, hormony i inne produkty uboczne paszy, jaką żywione było zwierzę. Ja za takie komponenty dziękuję. Jeśli chcę zjeść mięso, to staram się, żeby pochodziło z chowu bez antybiotyków. Ale prawdę mówiąc, na mięso mam ochotę rzadko. Poza tym, wartościowe białko można znaleźć w produktach roślinnych i kaszach.

Jak już napisałam, zanim doszłam do tego, co powinnam jeść, żeby czuć się dobrze, lekko i mieć więcej energii, stosowałam dietę obserwacyjną i eliminacyjną. Wszystko, co jadłam, zapisywałam na liście kontrolnej moich posiłków i stąd mogłam dowiedzieć się, co mi służy, a co nie. Poniżej zostawiam Ci taką listę do pobrania. Jeśli chcesz przyjrzeć się sobie i temu, co jesz oraz sprawdzić, jakie produkty Ci nie służą, wydrukuj ją i zapisuj wszystko, co zjadasz. Notuj też swoje samopoczucie po jedzeniu. Wymaga to trochę zachodu, ale jest to jedyny sposób na ułożenie sobie diety, która jest korzystna dla naszego organizmu. Poza kosztownymi testami na nietolerancje pokarmowe, które nie każdy ma możliwość przeprowadzić. Jeśli poświęcisz trochę czasu na przyjrzenie się sobie i efektom tego, co jesz oraz swojemu samopoczuciu po jedzeniu, Twój organizm odwdzięczy Ci się bardzo szybko. Jedząc potrawy, przygotowane z produktów, które dobrze tolerujesz, odzyskasz energię do działania i siły, których, być może, bardzo Ci brakowało. 


A poniżej możesz zobaczyć, co ja miałam na talerzu w ostatnich dniach. Przepis na pyszne brownie z batata znajdziesz na FB. Jeśli jeszcze Cię tam nie było i nie jesteś fanem profilu Drugie imię, czas to zmienić :) Zapraszam!


nietolerancje-pokarmowe

nietolerancje-pokarmowe

nietolerancje-pokarmowe











Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:

Kuchnia roślinna w prostej odsłonie. Przepis na placki z cukinii.

Kuchnia roślinna w prostej odsłonie. Przepis na placki z cukinii.

placki-z-cukinii-przepis


Kuchnia roślinna ma przede mną coraz mniej tajemnic. Jem mało mięsa i widzę, że to mi służy. Czuję się lekko i nawet wtedy, gdy się przejem, uczucie pełności szybko mija. Tak, tak, zdarza mi się zjeść za dużo, ponieważ bardzo lubię jeść. Ty też? No to jest już nas dwoje. A potrawy jarskie, jak się mówiło dawniej, zanim świat zwariował na punkcie wegetarianizmu, potrafią być niesamowicie urozmaicone i pyszne. 

Według mnie, kuchnia roślinna jest niezwykle inspirująca. Kluczową rolę, oprócz warzyw, grają w niej przyprawy. Ja uwielbiam smaki Bliskiego Wschodu, dlatego garam masala, kurkuma, czy imbir są zawsze obecne w mojej kuchni i dodaję je do wielu potraw. Nawet, jeśli przepis tego nie przewiduje. Najbardziej bowiem lubię eksperymentować.  Przepis, przepisem, a ja lubię gotować po swojemu. Kuchnia roślinna jest idealna do takich eksperymentów.

Przeglądam książki kucharskie, ale są one dla mnie raczej inspiracją, niż wyrocznią. Przepisy lubię tworzyć sama. Zmieniam składniki, urozmaicam smaki przyprawami, które lubię, eksperymentuję. Czasami dodanie jakiegoś nieoczywistego składnika zmienia zwykłą potrawę w małe dzieło sztuki, czy raczej smaku. Zdarza się też, że moje starania nie kończą się wymarzonym smakiem, ale z tym jestem pogodzona. Bez eksperymentów nie byłoby najlepszych dań. 

Latem bogactwo warzyw i owoców potrafi onieśmielić. Jest ich tak dużo i wszystkich chciałoby się spróbować... Wiadomo jednak, że pojemność żołądka jest ograniczona. Z kolei z moimi kubkami smakowymi jest tak, że jak mi coś zasmakuje, to mogę to jeść w nieskończoność i nie tęsknię za innymi potrawami. Potem się budzę i zaczynam żałować, że np. truskawki już się skończyły, a ja nie najadłam się ich do syta, zajęta akurat cukinią i malinami. 

Tego lata to właśnie cukinia skradła mi serce. Jem i jem i nie mogę się nasycić. Cukinia jest obecnie dostępna w zasadzie przez cały rok, ale jednak ta letnia jest najsmaczniejsza. Niby taka  niepozorna, niektórzy twierdzą nawet, że bez smaku, jednak odpowiednio doprawiona, dla mnie jest królową stołu. 

Dziś zapraszam Cię do mojego domu na placki z cukinii. Przepis, modyfikowany przeze mnie od początku wakacji, nabrał już kształtu, z jakiego jestem całkowicie zadowolona. Proste składniki i przyprawy, które nie zmieniają zbytnio delikatnego smaku cukinii. Kuchnia roślinna w bardzo prostym, ale pysznym wydaniu. Spróbuj. Mało pracy, a efekt wspaniały. Placki z cukinii to danie, którego smak możesz zmieniać przy pomocy dodatków. Podaj je z kwaśną śmietaną, jak tradycyjne placki ziemniaczane. Albo posyp startym parmezanem i włóż na chwilę do piekarnika.

Ciekawa jestem, czy Ty też lubisz puścić wodze fantazji i eksperymentować w kuchni. Jeśli nie, to spróbuj. Zobacz, ile satysfakcji daje odkrywanie nowych smaków i kulinarnych połączeń.
 

 

Przepis na placki z cukinii. 

 

Składniki:


1 duża cukinia (lub 2 mniejsze),
1 spora cebula, drobno posiekana,
1 jajko,
3 łyżki mąki ziemniaczanej i 3 łyżki mąki kukurydzianej (lub 6 łyżek mąki pszennej, jeśli gluten nie jest dla Ciebie problemem),
sól, pieprz, kurkuma (w ilościach, jakie preferujesz, ja lubię sporo pieprzu, daję pół łyżeczki),
olej rzepakowy do smażenia.

Wykonanie:


Zetrzyj cukinię na średnich oczkach tarki, bezpośrednio na sitko. Odrobinę posól i pozostaw na 15 min., aż cukinia puści sok, który ścieknie przez sitko. Następnie wygnieć resztę soku rękoma i przełóż cukinię do miski. Dodaj pozostałe składniki i dokładnie wymieszaj masę łyżką. Smaż niewielkie placuszki, smarując za każdym razem patelnię olejem przy pomocy pędzelka lub ręcznika papierowego. Gdy jedna strona dobrze się zrumieni, odwróć delikatnie placki i ponownie smaż do zrumienienia. Podawaj, jak lubisz. Nawet solo są doskonałe. Z podanych składników wychodzi ok. 10 placków.

Dodatek kurkumy nadaje plackom z cukinii soczysty, zielono-żółty kolor. Jest to niesamowita przyprawa. Jedna z najlepszych naturalnych substancji przeciwnowotworowych, działająca przeciwwirusowo, przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo. Kurkuma hamuje procesy zapalne w organizmie i redukuje zły cholesterol. Dwie, trzy szczypty dodane w przepisie, nie mają znaczącego wpływu na smak placków, ale podkreślają zielony kolor cukinii i dodają nam zdrowia.

Smacznego!


placki-z-cukinii-przepis

placki-z-cukinii-przepis

placki-z-cukinii-przepis

placki-z-cukinii-przepis

placki-z-cukinii-przepis

placki-z-cukinii-przepis

placki-z-cukinii-przepis

placki-z-cukinii-przepis





Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:


Jak stworzyć wakacyjną capsule wardobe.

Jak stworzyć wakacyjną capsule wardobe.


garderoba-kapsułowa

Od pewnego czasu buduję swoją garderobę zgodnie z zasadą „mniej mieć, wszystko nosić”. Idealnie wpisuje się ona w ważny dla mnie trend slow fashion oraz ideę minimalizmu, która jest mi bliska.


Moja osobista garderoba kapsułowa.


Moja szafa nie jest jeszcze idealna pod tym względem, ale pracuję nad tym, żeby mieć tylko tyle ubrań, ile potrzebuję i ile jestem w stanie wykorzystać. Tworzę własną capsule wardrobe. Zestaw ubrań, z których jestem zadowolona, które są dla mnie wygodne i komfortowe pod względem materiałowym. Nie kupuję nowych ubrań, chyba, że dana rzecz zupełnie się zniszczy i nie mogę się obejść bez uzupełnienia swojej szafy o ten element. Pisałam o tym tutaj. Rzeczy, których nie noszę, regularnie oddaję na różne zbiórki dla potrzebujących lub staram się sprzedać. Fascynuje mnie nadawanie drugiego życia ubraniom. Raz wyprodukowane, nie powinny trafić na wysypisko, ale w dobre ręce kogoś, komu mogą jeszcze posłużyć. Sama chętnie korzystam z second handów, bo można tam znaleźć niesamowite ciuchy za ułamek ceny wyjściowej. Szperanie w takich miejscach wymaga czasu, ale może być bardzo satysfakcjonujące.


Ćwiczenie pozwalające stworzyć idealną capsule wardrobe.


Są różne narzędzia, które pomagają w stworzeniu capsule wardrobe, garderoby dopasowanej do siebie, z niewielką, optymalną ilością ubrań, które można z satysfakcją zestawiać. Jednym z takich narzędzi jest ćwiczenie polegające na wybraniu określonej ilości ubrań i noszenie ich w określonym przedziale czasowym. W tym czasie nie nosimy nic innego, poza wybranymi do ćwiczenia ciuchami. Są osoby, które podejmują takie wyzwanie na tydzień z 10 sztukami odzieży. Są i takie, które wydłużają ten czas. Nie to jest najważniejsze, ile potrwa nasze ćwiczenie. Musimy dobrać czas optymalnie do nas samych. Najważniejsze jest to, by zastanowić się chwilę nad wyborem ciuchów do wyzwania. Kilka dołów i kilka gór pasujących do siebie oraz optymalną ilość dodatków. Ja postanowiłam przeprowadzić sobie takie ćwiczenie w tegoroczne wakacje. Bo nie tylko ograniczam kupowanie, ale też uczę się, jak wykorzystywać do maksimum ciuchy, które posiadam. Stworzenie sobie tzw. capsule wardrobe jest świetnym zadaniem, by to poćwiczyć. Kapsułowa garderoba na określony czas pokaże nam co lubimy nosić, a czego ze swojej szafy spokojnie możemy się pozbyć. Ponieważ wakacje już na półmetku, moje ćwiczenie trwa od ponad miesiąca, mogę więc co nieco się o tym eksperymencie wypowiedzieć. Wybrałam z mojej szafy kilkanaście sztuk ubrań, które postanowiłam nosić przez dwa miesiące. Oddzieliłam je od reszty rzeczy i chodzę tylko w nich.

Wybrałam:

2 pary jeansów

2 pary spodni materiałowych

2 spódnice (1 do kolan i 1 maxi)

1 sukienkę o długości maxi

6 T-shirtów

1 bluzkę z rękawem ¾

2 bluzki koszulowe z długim rękawem (z możliwością zawinięcia rękawów)

2 marynarki

2 swetry rozpinane (kardigany)

3 pary butów (baleriny, sandały, tenisówki)

2 torebki (codzienna większa i mała na wyjście)

W sumie 20 sztuk odzieży oraz 5 sztuk dodatków. Jestem w połowie tego wyzwania i dochodzę do wniosku, że na lato, spędzane w mieście, gdy pracuję, nie potrzebuję ani jednej rzeczy więcej.


Zalety stworzenia garderoby kapsułowej na dwa miesiące.


Utworzenie takiej capsule wardrobe na określony czas to świetne ćwiczenie, a jego zalety są niepodważalne:

1. Pozwala zobaczyć, co z naszych rzeczy można ze sobą miksować i co do czego pasuje. Jeśli lubisz, jak ja, gdy bluzka trochę zakrywa pupę, a masz głównie kuse bluzeczki, które nie wyglądają dobrze z posiadanymi spodniami, to nie zechcesz ich nosić.

2. Daje doskonałą orientację w spójności kolorystycznej naszej garderoby, bądź jej braku. Ubrania muszą dobrze zestawiać się kolorystycznie. Pasować do siebie wzajemnie i do naszego typu urody.

3. Pozwala szybko policzyć ile mamy dołów, a ile ubrań górnych. Tych drugich powinno być więcej, a jeśli jest odwrotnie, to mamy przyczynę, dla której rano wydaje nam się, że nie mamy co na siebie włożyć.

4. Pozwala zorientować się, czy mamy wystarczającą ilość ubrań na dość zróżnicowane temperatury, co jest domeną naszego klimatu. Ja na przykład odkryłam, że nie mam porządnych butów na deszcz. Ale ponieważ w większości jeżdżę samochodem, to na razie odpuszczam sobie ich kupno. Jednak myślę, żeby w przyszłości uzupełnić moją garderobę o ten element.

5. Pokazuje, czego nie chcemy nosić i w związku z tym, czego należałoby się pozbyć z szafy.

6. Uczy, jak ubrać się szybko i być zadowolonym ze swojego wyglądu. I ten punkt, pomimo, że wymieniam go na końcu, dla mnie jest najważniejszy.


To co? Odważysz się zaeksperymentować ze swoją garderobą?















Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Życie zawodowe nabiera barw. Mój sklep internetowy plus porcja zamierzeń na przyszłość.

Życie zawodowe nabiera barw. Mój sklep internetowy plus porcja zamierzeń na przyszłość.


sklep-z-herbata-online

Moje życie zawodowe sprawia mi ostatnio wiele radości. Zaczęłam robić to, co faktycznie lubię i co daje mi satysfakcję. Sama sobie jestem szefem, co wymaga nie lada dyscypliny, ale jest też pobudzające do działania. Z dumą mogę powiedzieć, że zorganizowałam sobie życie zawodowe, o jakim marzyłam.

Prowadzę autorski sklep, pod własną marką, z doskonałej jakości herbatą liściastą. W ubiegłym miesiącu uruchomiłam też sklep internetowy. Wciąż jeszcze nad moim sklepem pracuję, uzupełniając towary i nasycając go treścią przyjazną dla wyszukiwarek. Zgłębiam tajniki SEO, o którym jeszcze do niedawna sądziłam, że to coś, jak UFO. 

 

Uczę się przez całe życie. Także życie zawodowe.


Ogólnie mówiąc, uczę się tych internetów i sprawia mi to niemałą frajdę. Głębia sieci internetowej jednocześnie mnie zachwyca i przeraża. Bo z jednej strony, mam w internecie wszystko, czego potrzebuję, całą wiedzę świata. Na każdy temat już coś zostało napisane, wystarczy poklikać i to odszukać. Z drugiej strony, boję się, że nigdy nie ogarnę tego tematu na poziomie, na jakim ogarniają go młodzi. Świadomość własnych ograniczeń boli mnie w tej właśnie dziedzinie bardziej, niż w jakiejkolwiek innej. Sklep internetowy rządzi się własnymi prawami. Zrozumienie tego, jak działać, by go z powodzeniem prowadzić, zajmuje mi dużo czasu. Wielu rzeczy nie jestem w stanie pojąć od razu. Nie rozumiem terminologii, wciąż napotykam nową i się jej uczę. Próbuję zrozumieć. Dążę do tego. Żadne studia nie sprawiały mi takiej satysfakcji, jak te moje samodzielne poszukiwania internetowe.

Nie ma lepszego lekarstwa na wzrost poczucia własnej wartości, jak twórczość. Wytworzenie czegoś własnymi rękoma, choćby to były tylko palce stukające w klawiaturę, sprawia, że serce przyspiesza, ładują się życiowe akumulatory i chce się żyć. Chce się tworzyć dalej. Wymyślać opisy dla towarów w sklepie internetowym, tematy na artykuły blogowe, chce się pisać i publikować. Odczuwam tę radość, pisząc na stronie sklepu, ale także tu, na blogu. Chyba nigdy nie sądziłam, że pisanie będzie sprawiało mi taką przyjemność. I, że kliknięcie "opublikuj" może wywoływać niemal słyszalny trzepot serca. No po prostu niesamowicie się jaram, jak to mówią dziś młodzi (ale, czy pani w wieku 40+ wypada tak powiedzieć?).    

Mój sklep powstał z miłości i pasji do herbaty, o której pisałam trochę w tym miejscu.

 

 

Ja też mogę odczuwać satysfakcję z pracy.


Gdybym miała górę pieniędzy, to zleciłabym fachowcom wszystkie prace, konieczne do wykonania w sklepie internetowym. Prawdopodobnie sama nie napisałabym ani jednego słowa. Nie wprowadziłabym ani jednego towaru na wirtualną półkę. Prawdopodobnie ktoś inny zrobiłby to za mnie. Prawdopodobnie też ograbiłabym siebie z poczucia satysfakcji oraz dumy. Dziś moja natura Zosi Samosi cieszy się, że mogę zrobić dużo rzeczy samodzielnie, bo dzięki temu w końcu moja praca stała się moją pasją. Bardzo tego potrzebowałam i bardzo to sobie cenię. Praca z pasją uskrzydla i dodaje sił, o jakich nie myślałam, że istnieją.

Przez lata życie zawodowe nie było dla mnie podstawą do satysfakcji. Byłam z tym milcząco pogodzona. Pracowałam w korporacji i jako trybik tej wielkiej machiny, odczuwałam więcej frustracji, niż zadowolenia z pracy. Miałam swoje powody, dla których trzymałam się takiego, a nie innego zajęcia. Dziś mogę się cieszyć z tego, że nadszedł czas na zmiany i że odważyłam się te zmiany podjąć. O początkach transformacji mojego życia zawodowego pisałam w tym miejscu. Zajrzyj, jeśli nie pamiętasz.

 

Mój sklep internetowy plus głowa pełna pomysłów.


Mam jeszcze masę planów związanych ze sklepem. Jest mnóstwo towarów, które chciałabym wprowadzić na półki sklepowe. Zgłębiam herbacianą wiedzę i mam wiele pomysłów na posty, które zamierzam zamieścić na blogu sklepu. Przygotowuję się do stworzenia herbacianego newslettera, żeby raz w miesiącu przybywać wirtualnie do moich klientów z nową dawką inspiracji. Zgłębiam wiedzę dotyczącą herbaty, jej historii, sposobów parzenia i podawania. Mam jeszcze wiele do odkrycia, ale nauka sprawia mi wiele radości i satysfakcji. Czytam blogi, przeglądam strony sklepów z herbatą, inspiruję się, czytam książki na temat herbaty. Tak mnie to kręci, że aż nie znajduję słów, aby dobrze opisać stan, w jakim się teraz znajduję.

Przekopuję strony sklepów i hurtowni w poszukiwaniu oryginalnej porcelany i ceramiki, w której można serwować napary. Chciałabym mieć na półkach sklepowych niezbyt dużą, ale oryginalną kolekcję naczyń do parzenia i serwowania herbaty. Cieszę się, jak dziecko, gdy znajdę świetnej jakości syropy i konfitury, którymi można wzbogacić smak ulubionej herbaty. Wciąż poszukuję oryginalnych gatunków herbat i mieszanek. Każdą herbatę najpierw sama dokładnie testuję. Sprawdzam wygląd liści, smak naparu, jakość pierwszego i drugiego parzenia. Dopiero, gdy jestem całkowicie zadowolona z danego gatunku i dodatków, jeśli takie występują, wprowadzam herbatę na półkę sklepu. Tego stacjonarnego i tego internetowego.

Mam nadzieję, że to dopiero początek. Że jeszcze przede mną wiele aromatów do odkrycia, mnóstwo naparów do skosztowania i ciekawych ludzi do poznania. Bo w mojej pracy, tak samo ważni, jak doskonała herbata, są ludzie, których spotykam. Od których mogę dowiedzieć się, co lubią, jaka herbata jest według nich najlepsza i jak ją przyrządzają. Czasami ja nauczę czegoś moich klientów, a czasami oni nauczą czegoś mnie. Bo moi klienci są fantastyczni. To dzięki ich miłym słowom chce mi się działać dalej.

Jestem wdzięczna losowi, że moje życie zawodowe uległo tak pozytywnej zmianie. Trzymaj za mnie kciuki, żebym rozwijała swój sklep i mogła pracować z pasją.

Do przeczytania!







Jeśli tekst wydał Ci się inspirujący, udostępnij go dalej. Dziękuję!  
30 książek, które w swoim życiu musisz przeczytać. Czwartkowa czytelnia i moja subiektywna lista książek do przeczytania.

30 książek, które w swoim życiu musisz przeczytać. Czwartkowa czytelnia i moja subiektywna lista książek do przeczytania.

must-read

Dziś w czwartkowej czytelni trochę inny temat, ale jednakowo związany z książkami, czytelnictwem i polecaniem wartościowych pozycji. Nie będzie jednak ani jednej recenzji, tylko lista książek do przeczytania. 

Natknęłam się ostatnio na listę 100 książek, które trzeba przeczytać w swoim życiu. Lista została utworzona ładnych parę lat temu przez stację BBC, na podstawie głosowania słuchaczy. Ponieważ mamy w tym zestawieniu Biblię obok Dziennika Bridget Jones i dzieł Szekspira, podchodzę do niej trochę z przymrużeniem oka. Odczytuję ją, jako zbiorowy gust osób głosujących w plebiscycie. 

Nie będę wymieniać tutaj tych stu książek BBC. Całą listę możesz w dowolnej chwili znaleźć przez wyszukiwarkę. Jednak zainspirowałam się do utworzenia mojej własnej listy książek, które trzeba przeczytać. To moje bardzo subiektywne zestawienie, bazujące na tym, co lubię, klimatach, które cenię sobie w książkach, no i oczywiście oparte o książki, które sama przeczytałam. Znajdziesz tu tylko te pozycje, które mnie naprawdę zachwyciły. Książki, do których chcę kiedyś wrócić oraz takie o których często myślę. Mieszkają w mojej pamięci, bo są tego warte. 

Ograniczyłam moją listę książek do przeczytania do 30 pozycji, chociaż, gdybym chciała, spokojnie dociągnęłabym do setki. Ale to już nie byłoby tak inspirujące. Zbyt duży wybór, to w gruncie rzeczy brak możliwości wyboru. 

A oto i moje must read. Moja subiektywna lista książek, które trzeba przeczytać. Może znajdziesz wśród nich coś dla siebie.


1. Mistrz i Małgorzata - Michaił Bułhakow

2. Zimowa opowieść - Mark Helprin

3. Wichrowe Wzgórza – Emily Brönte

4. Poza ciszą - Jonathan Carroll

5. Zły - Leopold Tyrmand

6. Malowany welon - William Somerset Maugham

7. Czekolada - Joanne Harris

8. Pasja życia - Irving Stone

9. Czerwony namiot - Anita Diamant

10. Wyznania Gejszy – Arthur Golden

11. Ciemno, prawie noc - Joanna Bator

12. Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafon

13. Dziennik Bridget Jones – Helen Fielding

14. Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett

15. Piąte dziecko - Doris Lessing

16. 1Q84 – Haruki Murakami

17. Szklany klosz – Sylvia Plath

18. Kwiaty na stepie - Barbara Piotrowska-Dubik

19. Poczwarka - Dorota Terakowska

20. Złodziejka książek - Markus Zusak

21. Ania z Zielonego Wzgórza - Lucy Maud Montgomery

22. Słowik – Kristin Hannah

23. Wielka samotność – Kristin Hannah

24. Szachownica flamandzka – Arturo Perez Reverte

25. Trzynasta opowieść – Diane Setterfield

26. Dom duchów – Isabel Allende

27. Godziny - Michael Cunningham

28. Ukraiński kochanek - Stanisław Srokowski

29. Ja nie jestem Miriam – Majgull Axelsson

30. Jej wszystkie życia – Kate Atkinson 






Jeśli tekst wydał Ci się inspirujący, udostępnij go dalej. Dziękuję!  
  
Chcieć mało, chcieć mniej, chcieć jeszcze mniej. Czym jest rozsądne podejście do posiadania.

Chcieć mało, chcieć mniej, chcieć jeszcze mniej. Czym jest rozsądne podejście do posiadania.

posiadanie


Zastanawiam się czasami, skąd wziął się mój zachwyt nad minimalizmem. Całe moje życie przeczy tej idei. Zawsze raczej chciałam mieć więcej, niż mniej. Posiadanie było dla mnie celem. Nie potrafiłam oszczędzać, bo wydawałam większość pieniędzy na rzeczy, wydawałoby się, że potrzebne. Prędko okazywało się, że one potrzebne mi nie są. Byłam jednak przyzwyczajona do kupowania, więc kupowałam. Nie myślałam o tym, żeby chcieć mniej. Wręcz przeciwnie, wszystkiego chciałam mieć więcej. Zdecydowanie nie byłam materiałem na minimalistkę. 

Aż pewnego dnia gdzieś przeczytałam o minimalizmie i w jednej chwili poczułam ciężar posiadania. Tak, jakby wszystko, co zgromadziłam, ciuchy, kosmetyki, książki, pamiątki, wszystkie moje rzeczy usiadły mi na plecach. To zadziwiające, ale naprawdę czułam ciężar nadmiaru i zapragnęłam coś z nim zrobić. 


Nie wystarczy chcieć mniej.


W swoim zachwycie nad minimalizmem, od początku mylnie założyłam, że to będzie łatwe. Pozbędę się nadmiaru rzeczy i niemal z dnia na dzień stanę się dumną minimalistką. Jakoś nie pomyślałam, że samo chcenie, samo poczucie, by chcieć mniej, to za mało, żeby osiągnąć ten cel. Bo minimalizm to ciągła praca. Fizyczna, gdy pozbywasz się przedmiotów. I mentalna, gdy przekonujesz siebie, że nie potrzebujesz kolejnego cienia do powiek, bo do zużycia masz ich jeszcze co najmniej kilka. Minimalizm to ciągła walka z chęcią posiadania nowych rzeczy.

W ciągu ostatnich niespełna trzech lat dwa razy się przeprowadziłam. Każda przeprowadzka była związana ze świadomym pozbywaniem się rzeczy. Po pierwsze, bo już wiedziałam, czym jest minimalizm i zdecydowałam podążać w jego stronę. A po drugie, by mniej rzeczy trzeba było pakować. Przeprowadzka to doskonały czas na zmierzenie się ze swoim stanem posiadania. Jak na dłoni widać tę masę niepotrzebnych do niczego przedmiotów, które tylko zajmują miejsce. Moje przeprowadzki spowodowały, że mam zdecydowanie mniej. A i tak uważam, że wciąż mam za dużo. Chcę mieć jeszcze mniej, ale naprawdę niełatwo to osiągnąć. 


Minimalizm to droga na całe życie.


Paradoksalnie to, co wydaje się najtrudniejsze, czyli ta początkowa walka z zauważonym nadmiarem, to najłatwiejsza część całej układanki. Segregujesz, wyrzucasz, oddajesz, wywozisz i tyle. Fakt, napracujesz się fizycznie, ale efekty są szybko widoczne i to daje siłę do działania. Potem, niestety, już tak fajnie nie jest. 

Zaczynasz widzieć kolejne rzeczy, których nie używasz i myślisz sobie, że to się chyba nigdy nie skończy. Rozumiesz, że posiadanie nie powinno być celem życia, ale pewnych rzeczy nie potrafisz usunąć. Jak zostać minimalistką, skoro tak trudno pozbyć się przedmiotów. Z drugiej strony, żyjesz w świecie konsumpcjonizmu, reklam, kolorowych witryn. Piękne przedmioty aż krzyczą zewsząd, żeby je zabrać ze sobą do domu. Wracasz z zakupów i nieustannie myślisz o rzeczach, które mogłyby się przydać w domu. Ja wciąż od nowa muszę przekonywać samą siebie, że przedmioty, które widziałam w sklepie, wcale nie są mi potrzebne. Bo, albo już mam podobne, albo zwyczajnie nie mam na nie miejsca. Jak dojść do punktu, w którym idąc do sklepu, nie pomyślę o kolejnej nowej rzeczy?

I tak zmagam się z tym minimalizmem, który wciąż mnie zachwyca, który innym pomaga, zmienia ich stan posiadania, uprzyjemnia życie, a mnie trochę frustruje. Pocieszam się jednak, że jeszcze bardziej frustruje mnie nadmiar, dlatego wciąż wymyślam nowe sposoby na to, jak chcieć mniej. 







Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger