Idzie nowe.

Idzie nowe.



Dla wielu osób czas, który teraz nadszedł jest bardzo trudny. Dla mnie także. Ufam, że w życiu wszystko dzieje się po coś. Każda zmiana jest początkiem czegoś nowego, lepszego. A życie potrafi zaskoczyć i często wymaga od nas obrania nowego kierunku. Pytanie, jak wykorzystamy szanse, które otwierają się przed nami wraz z każdą zmianą? Czy dla własnego rozwoju, czy dla zamartwiania się i dołowania? Ja wybieram to pierwsze rozwiązanie.

Jednak, żeby rozwijać się i wzrastać muszę mieć perspektywę angażowania się w projekty, które mnie całkowicie pochłaniają. Sprawiają, że się ekscytuję i z radością czekam na postawienie kolejnego kroku w obranym kierunku.

Dziś staję przed Tobą i z żalem stwierdzam, że prowadzenie tego bloga nie należy już do takich fascynujących mnie czynności. Nadal chcę pisać i się rozwijać, ale od pewnego czasu podążam już w całkiem nowym kierunku. Nie myśl, że jest to dla mnie łatwa decyzja. Wręcz przeciwnie. Jest bardzo trudna. Jednak muszę ją podjąć, żeby móc iść dalej. Nie mam czasu do stracenia, a chcąc angażować się w coś na 100%, nie pozostaje mi tego czasu wiele na inne sprawy.

Obecnie pracuję nad projektem, który siedzi w mojej głowie dobrych parę lat, choć do dziś brakowało mi odwagi, żeby się za niego zabrać. Trzeba było tego trudnego czasu, żebym zrozumiała, o czym chcę pisać, jakimi swoimi doświadczeniami chcę się dzielić i w czym mogę (i powinnam) pomóc innym.

Dlatego zawieszam działanie bloga Drugie imię i kieruję się w stronę, w którą czuję, że powinnam teraz się udać. Bloga nie likwiduję, byłaby to zbyt drastyczna decyzja i nie jestem na nią w tej chwili gotowa. Blog na razie pozostanie tutaj i będzie można wracać do wszystkich opublikowanych treści.

Nie powstaną jednak nowe. Przynajmniej na razie. Jeśli zechcesz, już wkrótce możemy spotkać się na portalu odepresji.pl

Tymczasem trzymaj się, dbaj o siebie i opiekuj się sobą tak, jak na to zasługujesz.

Dziękuję, że mogłam dla Ciebie pisać. Do przeczytania w innym wartościowym miejscu. 


Jak się zrelaksować w świecie opanowanym przez koronawirus.

Jak się zrelaksować w świecie opanowanym przez koronawirus.

jak-sie-zrelaksowac


Zamknięte przedszkola, szkoły i firmy, odwołane imprezy, tłumy w sklepach, ludzie z przerażeniem kupujący wszystko, co tylko znajdzie się na półkach. To scenariusz z ostatnich dni. Strach jest bardzo destrukcyjnym uczuciem, nie lubię go i nie chcę go dla moich bliskich, dlatego zastanawiam się, jak się zrelaksować w tych obecnych i nadchodzących dniach, żeby strach nie zostawił we mnie trwałych śladów.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że taki czas już kiedyś przeżywałam, że już znam to uczucie narastającej paniki i zagrożenia. Byłam dzieckiem, gdy ogłoszono stan wojenny. Eskalacja strachu była wówczas podobna. Nie pamiętam mojej mamy zrelaksowanej, za to strach o rodzinę i o przyszłość pamiętam doskonale. Ten strach udzielał się i mnie, kilkuletniej dziewczynce, chociaż nie w pełni go rozumiałam.

To właśnie te uczucia odnajduję w sobie dzisiaj, gdy obserwuję doniesienia o kolejnych zarażeniach koronawirusem. Świat się zmienia, zagrożenia się zmieniają. Tylko uczucie strachu, opanowujące ludzkie serca, wciąż pozostaje takie samo.

Nie panikuj. To jedyna, słuszna droga.


Z mojego sklepu mam doskonały widok na jeden z supermarketów. A, że lubię obserwować ludzi, to przyglądam się mężczyznom, kobietom i dzieciom pchającym w panice wypełnione wózki sklepowe. Przepychankom, kłótniom i pokrzykiwaniom nie ma końca. Miejsc parkingowych mało, bo przecież nikt nie budował sklepu na czasy ostateczne, więc i klaksony są w nadmiernym użyciu. Rozsądek? Nie ma. Został w domu, albo gdzieś się zagubił i w panice raczej trudno będzie go odnaleźć.

Przyzwyczailiśmy się do świata bez wojen i zagrożeń. Młodzi ludzie znają świat stojący przed nimi otworem, bez barier, zamkniętych granic, pustych półek sklepowych. Dobry świat. Przyjazny. Świat, w którym pracują, cieszą się życiem, relaksują, odpoczywają. Ale, gdy spojrzeć na świat realnie, on nie zawsze taki jest. Bo wojny i choroby dotykają różne zakątki świata i nie dzieją się tylko na ekranie telewizora. Jak się zrelaksować w takim świecie? Czy można, wobec ostatnich wydarzeń, pozostać spokojnym i zrównoważonym człowiekiem? Oczywiście, że można. A nawet trzeba.

Jak się zrelaksować. Mój patent na strach.


Każdą sytuację można świadomie wykorzystać do osobistego rozwoju. Gdy odczuwam strach, zadaję sobie pytanie, na ile realne jest to, czego się boję? Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że wydarzy się najgorszy scenariusz, który jestem w stanie sobie wyobrazić? Po rozpatrzeniu różnych możliwości, dochodzę do wniosku, że, o ile zachowam rozsądek, to prawdopodobieństwo katastrofy wcale nie jest tak wysokie, jak mi się na początku wydawało. Opanowanie strachu to dla mnie wyzwanie, bo z natury jestem osobą, która boi się wielu rzeczy. Jednak staram się nie panikować, tylko rozkładać daną sytuację na czynniki pierwsze. To mi pomaga opanować strach i spojrzeć realnie na rzeczywistość.

Być może dziś, w sytuacji zagrożenia epidemią koronawirusa, dojdzie do tego, że będziemy zmuszeni przez pewien czas pozostać w domu. Robię więc zapasy jedzenia, niezbyt duże, tyle, ile zmieści mi się w szafkach. Rozsądek podpowiada mi, że przez tydzień, dwa, dam radę zapewnić mojej rodzinie normalne posiłki, przygotowane z tego, co mam w domu. Bez konieczności wychodzenia do sklepu, jeśli takie będą wymogi.

Jak mam zamiar się zrelaksować w tych dniach? Upiekę bochenek chleba. Dom wypełni się aromatem pieczywa, a nie ma zbyt wielu tak wspaniałych aromatów, sprzyjających relaksowi. Przygotuję jakiś deser. Zapalę świece. Zaparzę ulubioną herbatę i nareszcie znajdę dość czasu, by się nią do woli delektować. I spędzimy ten czas z rodziną, zajmując się sobą, śledząc wiadomości i starając się nie nakręcać w sobie nadmiernie spirali strachu. Trzeba być na bieżąco, ale trzeba też zachować rozsądek i nie ulegać panice. Panika może się okazać gorsza, niż sam wirus. 












Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję!
Jak być sobą w świecie mediów społecznościowych.

Jak być sobą w świecie mediów społecznościowych.

jak-byc-soba-w-mediach-spolecznosciowych


Czy tego chcemy, czy nie, duża część życia toczy się dziś w świecie wirtualnym. Rozrywka, zakupy, filmy, książki, porady jak żyć, tego wszystkiego szukamy w internecie. Łatwiej jest przeklikać się przez kilkadziesiąt witryn internetowych, niż odwiedzić tyle samo sklepów, kin, czy księgarni. Łatwiej też znaleźć ciekawych, inspirujących ludzi i śledzić ich w sieci, niż ze wszystkimi spotkać się w realnym życiu.

Będąc obecnym w mediach społecznościowych, trudno być jedynie widzem. Prędzej czy później przychodzi ochota na to, żeby dać coś od siebie. Zaistnieć. Być widocznym. Zabrać głos. I prędko okazuje się, że internet to miejsce, w którym możesz być tym, kim tylko zechcesz. Możesz pokazać swoją prawdziwą twarz, albo możesz udawać kogoś innego i nikt się nawet nie zorientuje. To bardzo kuszące, bo możesz stać się tą wspaniałą osobą, jaką zawsze chciałaś być. Piękną, wystylizowaną kobietą, która wszystkich lubi i jest przez wszystkich podziwiana. Elokwentną, piszącą porywające komentarze pod postami innych. Ponadprzeciętnie inteligentną. 

Wierz, albo nie, ale tak właśnie kiedyś wyobrażałam sobie siebie w internetach. Na szczęście szybko się tym zmęczyłam, a wizerunek eterycznej piękności okazał się zbyt trudny do osiągnięcia.

W takim razie, jak być sobą w świecie mediów społecznościowych? Czy w ogóle da się pozostać sobą w tym wirtualnym, troszkę nieprawdziwym, świecie?


Jak być sobą, gdy dookoła wszyscy tacy ładni i mądrzy?

 

Media społecznościowe pełne są pięknych, mądrych ludzi. Szczególnie my, kobiety, jesteśmy na to wrażliwe i szybko wyłapujemy tych najpiękniejszych, żeby za nimi podążać. A jak do tego jeszcze ktoś osiągnął sukces (a przynajmniej, jako osoba sukcesu się przedstawia), pójdziemy za nim w ciemno drogami sieci internetowych. Pokusa bycia, jak ktoś taki szybciutko nas dopada i ani się obejrzymy, a też chcemy podobnie. Podobnie żyć, pracować, kupować te same rzeczy, wyjeżdżać w te same miejsca.

Łatwo w tym wszystkim zagubić siebie i albo dążyć do ideału, który nas pociąga, albo frustrować się, że nam się tak nie udaje. A, że się nie udaje, to nic dziwnego. Każdy z nas jest inny, niepowtarzalny. Ma swoje, wyjątkowe cechy charakteru i nie stanie się kimś innym tylko z powodu czytania czyjegoś bloga, albo oglądania czyichś zdjęć na Instagramie.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że wizerunek osoby, którą podziwiamy, może być wykreowany przez nią na potrzeby świata wirtualnego. W zasadzie to nie ma w tym niczego złego. Jeśli ktoś jest osobą przedsiębiorczą i, dajmy na to, prowadzi biznes online, to wizerunek profesjonalisty pomaga mu sprzedawać jego produkty, czy usługi. Ale pamiętaj, że taka osoba też żyje normalnie. Ma swoje troski i zmartwienia, kiepsko wygląda nie umalowana, wstaje rano z podkrążonymi oczami, albo wcale nie zmywa makijażu wieczorem. Niekiedy chce to pokazać, ale częściej tego nie zrobi. Instagram ugina się od wystylizowanych zdjęć, które łatwo mogą wpędzić nas w kompleksy. Mam wrażenie, że Facebook pod tym względem jest bardziej prawdziwy. Choć pewnie jest różnie. 



Czerp inspiracje, ale nie porównuj się z innymi.


Co sprawia, że tak często porównujemy się z innymi? Pragniemy innego życia, nie doceniając tego, które sami otrzymaliśmy. Inne, wydaje się lepsze. Nie jest łatwo funkcjonować w mediach społecznościowych tak, by być sobą. Obserwuję osoby, którym się to udało i widzę, że ta ich prawdziwość daje im rzesze wiernych fanów. Prawdziwość jest w cenie. Choć, z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że to też może być prawdziwość kontrolowana. Każdy sam stawia granicę, której nie przekroczy w pokazywaniu siebie i dla każdego ta granica będzie w innym miejscu. 

Wróćmy jednak do porównywania się. Z jednej strony podążamy za ludźmi sukcesu, ładnie wyglądającymi, zazdrościmy im życia, jakie wiodą, a z drugiej strony czerpiemy od nich inspiracje do własnego życia. W inspiracji nie ma niczego złego, dopóki jest inspiracją, a nie kopiowaniem czyjegoś życia. Inspiracja jest dobrym zjawiskiem, bo nas rozwija i sprawia, że kroczymy ścieżkami, na które sami byśmy nie weszli. Kopiowanie zaś jest czymś bardzo niszczącym, ponieważ prowadzi do frustracji i rozczarowania. Nie uda się nam żyć życiem innym, niż nasze.    

Jak więc być sobą i jednocześnie czerpać ze świata mediów społecznościowych? Weryfikować pomysły, które nas inspirują przez pryzmat własnego życia. Odkąd zaczęłam to robić, jest mi dużo łatwiej, ponieważ przestałam się porównywać z innymi i chcieć tego, co mają inni. Gdy czyjś pomysł na życie wydaje mi się niezwykle kuszący, to najpierw zastanawiam się, co by było, gdybym to ja tak żyła, pracowała, odpoczywała. Co by było, gdybym pojechała w to miejsce, albo miała taką pracę. Czy na pewno tego chcę, czy się w tym odnajdę. Takie podejście szybko ściąga mnie na ziemię. Ostatnio, zachwycona wyprawą jednej z blogerek na narty biegowe, zaczęłam przeglądać sklepy narciarskie, sprawdzając, ile takie narty kosztują. Szybko stuknęłam się w głowę, bo przecież ja w ogóle nie lubię nart, więc co mnie podkusiło, żeby sobie wyobrażać, że na takich nartach jeżdżę?


Bierz tylko to, co dla Ciebie dobre, z reszty zrezygnuj.


Media społecznościowe są fantastyczne. W realu nigdy nie dałoby się obserwować życia tylu osób. Nigdy nie dałoby się czerpać tylu inspiracji, tak się rozwijać. Nigdy też nie byłoby możliwości pokazania siebie, dania czegoś innym od siebie. Jest mnóstwo osób, które mają do zaoferowania swoje doświadczenia, swoją wiedzę, a dając ją innym, zmieniają czyjeś życie na lepsze. To jest wspaniałe i sama czerpię z doświadczeń innych osób, za którymi podążam i które śledzę w mediach społecznościowych. Sama też bardzo chciałabym być dla innych inspiracją. 

Jednak zdrowy rozsądek i realne spojrzenie na życie osób, które obserwujemy, są niezbędnymi elementami podróży przez sieci internetu. By pozostać sobą, nie robić niszczących i frustrujących porównań, musimy pamiętać, że życie osób, które nas inspirują nie zawsze jest takie, jak sobie wyobrażamy na podstawie wykreowanego wizerunku. Ba, najczęściej jest to zupełnie inne życie, które toczy się poza internetowymi kulisami, a to co widzimy w mediach społecznościowych, to tylko wycinek tego życia, często zaaranżowany, trochę, jak w filmie, by ładnie wyglądał i dobrze się sprzedał.   

Od każdej osoby bierz to, co inspirujące i filtruj przez pryzmat własnego życia. Sprawdzaj, co może Ci się przydać i co będzie dla Ciebie rozwijające. Błędne przekonania, zazdrość i wszystko to, co powoduje negatywne spojrzenie na siebie, odrzucaj. Twoje życie jest Twoim, niepowtarzalnym życiem. Pozostań sobą, nie chciej zmienić się w kogoś innego.   












 Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję!
Jak ujędrnić skórę twarzy po 40 roku życia. Sprawdzone sposoby.

Jak ujędrnić skórę twarzy po 40 roku życia. Sprawdzone sposoby.

jak-ujedrnic-skore-po-40-ce




Za kondycję skóry, szczególnie skóry twarzy, odpowiada wiele czynników. Wśród największych grzechów, które mają niszczący wpływ na jej stan, można wymienić złe nawilżenie, niezdrową dietę i niedostateczną ilość snu. O dziwo, brak drogiego, luksusowego kremu do twarzy, nie ma takiego wpływu na pogarszanie się stanu skóry wraz z wiekiem, jak sądzą niektórzy.


Jak ujędrnić skórę twarzy po 40-ce?


Nie jest tajemnicą, że skóra twarzy starzeje się wraz z wiekiem. Traci swoją młodzieńczą jędrność, jej koloryt się zmienia. Zmniejsza się poziom kolagenu i elastyny w skórze, odpowiadających za jej elastyczność. Zmniejsza się także poziom lipidów, odpowiedzialnych za nawilżenie skóry. W konsekwencji tych zmian, cera staje się odwodniona, nadmiernie przesuszona, pojawia się jej nadwrażliwość i pieczenie. Pogarsza się jej koloryt, skóra staje się ziemista, bez wyrazu. W przypadku cery naczyniowej, do tych objawów dochodzi silne zaczerwienienie, czasem przeradzające się w trądzik różowaty. Cera tłusta natomiast, wydziela zbyt dużo sebum, broniąc się przed takimi zmianami, co z kolei prowadzi do stanów zapalnych.

O doskonały stan skóry twarzy trzeba dbać w każdym wieku. Jednak po 40-ce warto wdrożyć do swojego rytuału pielęgnacyjnego kilka prostych metod, które sprawią, że skóra długo utrzyma młodość.


Jędrna skóra, to skóra doskonale nawilżona.


Do tego, że picie wody w odpowiedniej ilości jest niezbędne, nie trzeba nikogo przekonywać. Skóra dorosłego człowieka stanowi ok 25% całej jego wagi i ma grubość od 0,5 do 4 mm. Składa się z naskórka, skóry właściwej i tkanki podskórnej. Zawiera także gruczoły łojowe i potowe, naczynia krwionośne, zakończenia nerwowe oraz naczynia chłonne. Aby ten dość skomplikowany mechanizm mógł działać i spełniać swoje zadanie, musi otrzymać odpowiednią dawkę wody. Skóra chroni cały organizm zarówno przed zimnem, jak i ciepłem. To dzięki niej, do organizmu nie dociera zbyt duża dawka promieniowania, które może mu zaszkodzić. Skóra jest barierą dla promieniowania, ale niejako przyjmuje je na siebie. Dlatego tak ważne jest nawilżenie, aby się nadmierne nie przesuszyła, a także odpowiednia jej ochrona przy pomocy filtrów UV.

Jak więc ujędrnić skórę twarzy po 40-ce? Pić dostateczną ilość wody, odpowiednimi porcjami przez cały dzień. Normy Instytutu Żywności i Żywienia podają, że kobieta powinna wypijać ok. 3 litrów wody dziennie. Biorąc pod uwagę herbatę, kawę i zupy, które spożywamy, a które także wliczamy do podstawowego bilansu spożycia wody, pozostaje nam do wypicia dziennie ok. 2 l wody. To dużo, ale warto podzielić tę ilość na porcje i pamiętać o piciu wody przez cały dzień. Dobrym pomysłem jest skorzystanie ze specjalnej, często bezpłatnej, aplikacji i kontrolowanie procesu picia wody. To wiele ułatwia.


Jedz zdrowo i nie przejadaj się.


Jesteś tym, co jesz. Co więcej, Twoja skóra jest tym, co jesz. Jeśli nie zadbasz o nią od środka, stosując zrównoważoną dietę, bogatą w witaminy i mikroelementy, nie pomoże nawet najbardziej luksusowy krem. Aby mieć jędrną skórę po 40-ce, musisz zwracać uwagę na to, co jesz. Im wcześniej zadbasz o właściwą dietę, tym lepiej dla Twojej skóry. O sprawdzonych sposobach na zdrowe i smaczne odżywianie piszę w tym miejscu.

Uważaj na ostre przyprawy, szczególnie, gdy masz wrażliwą skórę twarzy. Chili, ostra papryka, czy pieprz, chociaż są zdrowe, bo pobudzają trawienie, to przy delikatnej cerze, mogą spowodować zaostrzenie się zmian np. trądzikowych.

Odpowiednia ilość jedzenia w ciągu dnia jest kluczem do zachowania zdrowia i pięknej skóry. W przeważającej większości jemy zbyt dużo. Organizm potrzebuje określonej ilości energii i wszystko, co dostanie w nadmiarze, gdzieś sobie odłoży. Przejadanie się powoduje skoki wagi, a gdy tyjesz, twoja skóra ulega rozciągnięciu. To szybko postępujący proces, szczególnie po 40-ce, gdy skóra traci swoje elastyczne właściwości. Niestety, nie jest już tak łatwo ten proces odwrócić. Nawet, jeśli schudniesz, skóra będzie miała trudności z powrotem do poprzedniej kondycji. Stanie się nieestetycznie obwisła, co po 40-ce momentalnie uwidacznia się na policzkach i w okolicy podbródka, aż po szyję.


Stosuj automasaż twarzy.


Ten sposób odkryłam niedawno i niezwykle pozytywnie zaskoczyło mnie jego działanie. Wykonywany regularnie masaż twarzy jest skuteczniejszy, niż najdroższy krem.

Nie raz przekonałam się, że tzw. inwestycja w dobry i drogi krem do twarzy, to w rzeczywistości nie żadna inwestycja, tylko wydane niepotrzebnie pieniądze. Nie spodziewaj się cudów po kremie do twarzy, choćby producent obiecywał Ci po jego zastosowaniu oblicze dwudziestolatki. To tylko marketing, wszak każdy produkt trzeba sprzedać. Podstawą jest nawilżenie. Dobry krem nawilżający to specyfik, którego trzeba używać, ale nie musi on kosztować milionów monet. Wszelkie opowieści z reklam o cudownym działaniu ujędrniającym, podnoszącym, czy niwelującym obwisłość, można włożyć między bajki.

Kupiłam sobie niedawno masażer jadeitowy do twarzy i codziennie masuję nim twarz po nałożeniu kremu. Przyjemnie chłodzi on moją skórę. Powoduje też, że krem szybko się wchłania. Taki automasaż jest bardzo przyjemny i stosowany regularnie poprawia owal twarzy, spłyca zmarszczki i zapobiega tworzeniu się nowych. Jest bardzo delikatny, nie podrażnia. Stosuję go razem z moim kremem aptecznym, któremu jestem wierna od dawna. Wszelkie próby stosowania innych, bardziej „luksusowych” kremów nie sprawdziły się. Moja wrażliwa skóra jest od nich podrażniona i bardziej jej szkodzę takimi eksperymentami, niż pomagam. O moich perypetiach z wrażliwą cerą pisałam w tym artykule.

Automasaż twarzy możesz też wykonywać palcami. Jest wiele filmów instruktażowych w internecie, warto z tego skorzystać. Regularny masaż jest naprawdę doskonałym sposobem na zachowanie jędrnej skóry po 40 roku życia.


Wysypiaj się.


Moja babcia mówiła, że sen to najlepszy kosmetyk. Do tego to kosmetyk bezpłatny. 8 godzin snu na dobę to nie żadna fanaberia, ale po 40-ce absolutna konieczność, aby skóra twarzy mogła się zregenerować i wypocząć. Jeśli śpisz za mało, to z pewnością masz podkrążone oczy, ziemistą cerę i wyglądasz na zmęczoną osobę. Żeby wyglądać promiennie i czuć się świetnie, trzeba poświęcić na sen 8 godzin. Niewyspanie to obniżona jakość życia, zdenerwowanie, zmęczenie i szarość na twarzy, której nie da się ukryć pod makijażem.

Podczas snu w skórze zachodzą procesy regeneracyjne, odpowiedzialne za wygląd cery i zachowanie młodego wyglądu skóry. Dermatolodzy i kosmetolodzy twierdzą, że tak samo ważne, jak ilość snu, jest to, o której kładziemy się spać. W procesie regeneracji skóry największą rolę odgrywa sen trwający od godz. 23.00 do 2.00. Są to tzw. złote godziny snu. Optymalnym więc będzie, gdy położymy się spać mniej więcej o 22.00 - 23.00, a wstaniemy o 6.00 – 7.00. Warto o to zadbać, a skóra twarzy odwdzięczy się nam pięknym wyglądem i dobrą kondycją.

Wierzę, że jędrna skóra po 40 roku życia to efekt, który jest możliwy do osiągnięcia bez skalpela i drogich kosmetyków. Kluczem jest zachowanie równowagi w kilku sferach życia, które być może na pierwszy rzut oka nie wydają się powiązane z kondycją skóry. Ale wierz mi, że są. Nawilżenie, dbanie o dietę, masaż i sen, oto moje sprawdzone sposoby. Wypróbuj je, ale też dodaj do tej listy swoje metody na zachowanie młodego wyglądu, nie tylko po 40-ce. Napisz mi, co dobrego robisz dla swojej skóry.




Może Cię zainspirować także: Pokochać siebie, czyli kogo?






Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję!






Dobry kryminał w zasięgu ręki. W czwartkowej czytelni historia o tym, jak poznałam komisarza Mortkę.

Dobry kryminał w zasięgu ręki. W czwartkowej czytelni historia o tym, jak poznałam komisarza Mortkę.

jakub-mortka




Dziś czwartek, więc zapraszam Cię do mojej czwartkowej czytelni na porcję poleceń i inspiracji książkowych. Dziś dobry kryminał, bo tak się składa, że ostatnio wśród serii kryminalnych czuję się najlepiej. Czytam to, co lubię i co sprawia mi przyjemność. Nie zmuszam się do czytania książek, które mi się nie podobają. Zwykle daję książce 50 stron, o czym pisałam tutaj. Jeśli mnie nie wciągnie, odkładam. Nie męczę siebie, a powieść wędruje dalej. Zwracam do biblioteki lub oddaję komuś, komu się spodoba.



Dobry kryminał jest ... dobry. Ale cała seria jest jeszcze lepsza.


Pisałam już o tym, że lubię kryminalne intrygi. Ale, żeby kryminał zyskał w mojej klasyfikacji wysoką notę, i został uznany za dobry kryminał, to, poza interesującą intrygą, musi spełniać jeszcze jeden warunek. Otóż musi mieć w sobie wyraźnie zarysowanych bohaterów z ich problemami, osobowością i wnętrzem. Nie interesują mnie książki, w których postaci są płytkie i czytelnik kompletnie nie wie, co dzieje się w ich głowach. Słowem, na równi z toczącym się wątkiem kryminalnym, oczekuję, że bohater stanie się mi bliski i, że dobrze go poznam. Jeśli jeszcze do tego będzie miał skomplikowaną naturę, zagmatwane życie osobiste i ukaże mi rąbek ciemnej strony swojego charakteru, to jest duża szansa, że się zaprzyjaźnimy.

Wszystkie cechy, które według mnie powinien posiadać dobry kryminał, spełnia seria polskiego autora Wojciecha Chmielarza z komisarzem Jakubem Mortką w roli głównej. Uwielbiam serie! Jedna książka to dla mnie za mało. Jak poznam i polubię bohatera, to chcę go mieć więcej! 

Wojciecha Chmielarza znają już wszyscy. Mam wrażenie, że tylko ja, zanurzona w intrygach kryminalnych pióra autorów zagranicznych, nie miałam okazji z nim się spotkać. Całe szczęście, że pobuszowałam trochę w poszukiwaniu opinii o polskich pisarzach, uzmysławiając sobie, że mało czytam rodzimej literatury i wpadłam na opinie o książkach z komisarzem Mortką. Szybko się zakochałam i w ciągu kilku miesięcy przeczytałam pięć części tej, znakomitej według mnie, powieści kryminalnej. 



Dobry kryminał to przede wszystkim ciekawy bohater. 


Mortka jest trudny. Nie zawsze się go lubi, a jego wybory życiowe właściwie cały czas poddaje się krytyce. Ale jedno trzeba mu przyznać. Jest doskonałym policjantem. Z niezwykłą intuicją gliny, wrażliwością zwykłego człowieka, jest też kimś, kto działa zdecydowanie i nie waha się narażać swojego życia bardziej, niż robią to inni. Czytelnik całkiem dobrze poznaje pracę dochodzeniowca i widzi pracę policji od kulis. Pracę prawdziwą, trudną i niedocenianą. Z całym jej bagażem. 

Wojciech Chmielarz napisał pięć książek z udziałem Jakuba Mortki. Są to kolejno: "Podpalacz", "Farma lalek", "Przejęcie", "Osiedle marzeń" oraz "Cienie". Liczę na to, że autor pracuje nad kolejną książką, bo poziom dotychczasowych utrzymywał wysoko. I nie jest w tym przypadku tak, jak to się zdarza w serialach, gdzie każda następna seria jest gorsza od poprzedniej. W przypadku serii o komisarzu Mortce, książki trzymają poziom, a każda kolejna historia wciąga od pierwszych stron.

Jak to w seriach kryminalnych bywa, każda książka stanowi odrębną opowieść, z nową, trzymającą w napięciu intrygą. Bohaterowie są stali, ale też pojawiają się nowi, żeby na kartach tej powieści żyć lub to życie stracić. Czasami idą z nami dalej, wchodząc na strony kolejnych części serii i znajdując swoje miejsce w świecie wykreowanym przez autora. Te subtelne połączenia są niezwykłym atutem każdej kolejnej książki, czyniąc ją naprawdę godnym uwagi, dobrym kryminałem. Na polskiej scenie serii kryminalnych, książki Wojciecha Chmielarza mają już swoją ugruntowaną pozycję.

Jak się zapewne domyślasz, nie dostaniesz ode mnie tradycyjnych recenzji polecanych książek. Mam nadzieję, że powyższy opis serii wyda Ci się zachęcający. Jeśli chcesz się przekonać, czy i Ciebie wciągnie historia o komisarzu Mortce, wykreowana przez Wojciecha Chmielarza i, czy dasz się porwać jej klimatowi, musisz sięgnąć po "Podpalacza". Sprawdź, czy odnajdziesz się na kartach pierwszej części serii, czy spodoba Ci się pióro autora i, przede wszystkim, czy wciągną Cię intrygi piętrzące się na kartach powieści. Jeśli nie, nic nie szkodzi. Nie rezygnuj i dalej poszukuj swoich ulubionych książek. 


Tymczasem do przeczytania!











Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję!
Proste życie, czyli kanapa, a nie kuchnia, jest sercem mojego domu.

Proste życie, czyli kanapa, a nie kuchnia, jest sercem mojego domu.

Proste-życie


"W moim magicznym domu....",  tak sobie nucę dziś od samego rana, biegając ze ścierką, żeby sobie to bieganie jakoś umilić i przychodzi mi do głowy pewna myśl. Napisałam kiedyś w tym poście, a było to niedługo po mojej przeprowadzce, że sercem domu jest kuchnia. I teraz, jak tak o tym myślę, jeżdżąc na odkurzaczu i machając ścierkami, to widzę, że to nie do końca była prawda. Bo, owszem, w kuchni spędzam dużo czasu, ale moje życie domowe kręci się głównie wokół kanapy.

Otóż, Panie, Panowie, ja jestem zwierzęciem kanapowym! Być może kiedyś byłoby mi wstyd się do tego przyznać, ale dziś, bez krzty zażenowania odkrywam tę prostą prawdę o mnie. Uwielbiam ten kąt. Uwielbiam moją kanapę, na której jednakowo łatwo jest się smucić i cieszyć. Rozmawiać i się kłócić. Kochać i nienawidzić. Pić herbatę z kubka, parząc sobie palce. Jeść śniadanie, nie zwracając uwagi na sypiące się okruchy. I nieważne, że to nieelegancko i niezdrowo. Śniadanie zjedzone na kanapie, smakuje bardziej, niż zjedzone przy stole. Koniec i kropka. A, że niewygodnie? Że talerzyk w ręku, albo na kolanie? A co to kogo...?  

Lubię prostotę i cenię sobie zwykłe, proste życie. Nie gonię za życiem szybkim, pełnym spektakularnych wydarzeń, bo takie życie zawsze więcej mi odbierało, niż dawało. Zbyt dużo emocji, ciągły pośpiech, to wszystko mnie wypala, wysysa ze mnie soki, zostawiając wyschnięty na wiór szkielet obleczony w skórę, tylko na pozór przypominający człowieka. Moje wnętrze potrzebuje powolnego dokarmiania wartościowymi dla mnie rzeczami i sprawami, w tempie, pozwalającym mi przyswoić to, co sobie daję. Proste, codzienne przyjemności, jak choćby to śniadanie na kanapie przy dźwiękach ulubionej muzyki.

Gdy mam czas wolny, uwielbiam czytać, siedząc z podkulonymi nogami, owinięta kocem. Nie ma nic lepszego w życiu.... no może poza sushi z mojej ulubionej restauracji. A moje dzierganie? Babcine hobby, wiem, ale nie wyobrażam sobie, że miałabym dziergać w innym miejscu, niż kanapa. Lubię też siedzieć i patrzeć na ogród, zamyślić się, zatrzymując na chwilę wszystko to, co siedzi w mojej głowie. To jest możliwe tylko tutaj. Tylko tutaj potrafię się wyciszyć, być tu i teraz. To coś na kształt mojej własnej medytacji, która pozwala mi nabrać sił i wrócić do życia z nową mocą, nową wiarą w siebie. Wiara w siebie jest bardzo ważna, czyż nie?

W moim salonie nie może zabraknąć pięknego zapachu. Uwielbiam aromaterapię i staram się czerpać z jej leczniczych właściwości. Dlatego w pobliżu zawsze mam kominek do aromaterapii, z którego unosi się zapach ulubionego olejku eterycznego. Mam ich sporo i często kupuję nowe. Do moich ulubionych należą lawenda i cynamon. Olejki do aromaterapii muszą być naturalne, warto więc kupować tylko sprawdzone produkty.

Kocham świece i ich także nie może zabraknąć w miejscu, w którym spędzam czas. Kiedyś kupowałam najtańsze świece, dostępne w popularnych sieciówkach, nie zastanawiając się, co tak naprawdę wdycham. Teraz stawiam na produkty naturalne i wolę kupić jedną, naturalną świecę o pięknym aromacie, niż kilka tańszych odpowiedników, które mogą podrażniać moje drogi oddechowe.

Jeśli jeszcze nie masz w swoim domu miejsca, które uwielbiasz i w którym czujesz, że jesteś sobą i, że możesz wszystko, to czym prędzej go poszukaj. Jeśli na Twojej kanapie królują małe lepkie paluszki, albo jakiś inny kanapowiec wpatruje się z tego miejsca w telewizor, to być może nie będzie to kąt, w którym odpoczniesz i poczujesz się wyciszony. Znajdź więc inne miejsce dla siebie. Może fotel, postawiony gdzieś blisko okna, albo biurko, przy którym zrealizujesz swoje, nieodkryte dotąd, pasje. Szukaj tego miejsca, a jeśli trzeba, stwórz je od podstaw. Bycie w nim choć przez krótką chwilę w ciągu dnia, pozwoli Ci nabrać oddechu, dystansu do wszystkiego, co dzieje się dookoła. Pozwoli Ci lepiej poznać siebie. Bo proste życie, to życie w zgodzie z tym, co masz wewnątrz, w sercu. Moje serce najlepiej czuje się na tej kanapie. A Twoje?

Proste-życie

Proste-życie

Proste-życie

Proste-życie

Proste-życie






Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję!
Pokochać siebie, czyli kogo?

Pokochać siebie, czyli kogo?


jak pokochac siebie



Nie ma nic lepszego, niż poczucie, że wiesz, kim naprawdę jesteś oraz to, że akceptujesz tę osobę, którą jesteś. Jeśli odkryjesz, jak pokochać siebie, to lepiej, niż jakbyś wygrał los na loterii.


Pokochać siebie, czyli ja nie jestem dość dobra, a trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada. 

 

Gdy byłam bardzo młodą osobą, wszędzie widziałam krytykę, słyszałam ją w słowach innych, widziałam ją w ich oczach. Tej krytyki wcale tam nie było, a w każdym razie nie zawsze. Do mnie jednak trafiał taki wykrzywiony przekaz. Nie wierzyłam w siebie, nie ufałam sobie, dokonywałam wyborów na podstawie wyborów innych osób, bo tylko te uważałam za trafne. Własne wybory wydawały mi się nic nie warte. Zawsze czyjaś sukienka była ładniejsza, czyjś dom lepiej urządzony, czyjeś zdanie bardziej godne uwagi. Pisałam o tych odczuciach w tym miejscu.

Zawsze byłam niezadowolona z siebie. Swoje wybory analizowałam bez końca, po to, by i tak ostatecznie dojść do wniosku, że mogłam wybrać inaczej, lepiej. Że decyzja, którą podjęłam jest nic nie warta. Nie błędna, choć to także, ale nic nie warta. Ja także czułam się nic nie warta. Wydawało mi się, że moja wartość wzrośnie, gdy kupię sobie ciuchy, jakie noszą inni, wybiorę fryzurę, w której komuś jest dobrze, urządzę dom tak, jak to widziałam u kogoś. Nie było we mnie miejsca na mnie samą. Dążyłam do jakiegoś ideału, który nie istniał. Sama nawet nie byłam pewna, jak ten ideał ma wyglądać. Może tak, jak koleżanka z pracy, albo jak spotkana na przystanku osoba. O! Gdybym tak właśnie wyglądała, to z całą pewnością byłoby mi lepiej. Inni by mnie zaakceptowali i przede wszystkim sama czułabym się w końcu ze sobą dobrze. Nie miałam pojęcia, jak pokochać siebie i jak poczuć się ze sobą dobrze.


Jak poczuć się najlepszą wersją siebie i jak pokochać siebie … dla siebie, a nie dla innych. 

 

Prawda jest taka, że nie znosiłam siebie. Nie potrafiłam znaleźć takiej wersji siebie, którą bym polubiła. Wciąż szukałam, ale na darmo. Sukienka, jaką nosiła koleżanka, albo płaszcz zobaczony na kimś innym, nie czyniły mnie w moich oczach bardziej atrakcyjną, milszą, lepszą, ciekawszą osobą. Taką, którą mogłabym polubić.

Po wielu latach tej walki, która zawsze skazana była na porażkę z mojej strony, odkryłam, że ten ideał, do którego dążę, nie istnieje. Nawet jeśli kupię stos ciuchów, które noszą inni, przeczytam książki, które innym się podobają (ja zawsze lubiłam kryminały, ale przecież to takie mało inteligentne powieści), to i tak nie osiągnę czegoś, czego po prostu nie ma. Zrozumiałam, że najlepsze, co mogę zrobić, to odnaleźć siebie taką, jaką jestem naprawdę i tę właśnie osobę polubić. Dobrze poznać siebie, aby móc pokochać siebie prawdziwą.

Nie będę tu nikomu mydlić oczu, że to jest prosta sprawa. Droga do polubienie siebie zajęła mi klika lat i myślę, że jest to droga, która nigdy się nie kończy. Droga na całe życie. Odkrywać siebie oznacza bowiem nauczyć się cieszyć ze swoich dobrych stron i jednocześnie akceptować swoje słabe strony. Oznacza być dla siebie wyrozumiałym, tak jak jest się wyrozumiałym dla swojego najlepszego przyjaciela, gdy ten nawali, albo, gdy zrobi coś, co nam się nie podoba. Odkrywać siebie oznacza każdego dnia akceptować siebie trochę bardziej, dawać sobie pozwolenie na bycie dość dobrym. Nie najlepszym, bo najlepszy nie istnieje.


Najtrudniej uciszyć siebie - swojego największego krytyka. 

 

Pewien niemiecki aktor, Gerd Vespermann powiedział kiedyś: „Rzeczywiste trudności można pokonać, tylko wyimaginowane są nie do pokonania.” Mój problem, moja pogoń za najlepszą wersją mnie, która nie istnieje, nie był moim rzeczywistym problemem. Problemem było to, że nie potrafię siebie pokochać taką, jaką jestem. Dlatego moje poszukiwania zawsze skazane były na porażkę. Ja, mój najbardziej surowy krytyk, dążyłam do stanu, który zaraz krytykowałam. Szukałam kolejnego i gdy jakoś do niego dobrnęłam, znów czułam, że to nie to i ponownie poddawałam się krytyce.

W końcu, zmęczona naprawianiem siebie, jakiej nie ma, zaczęłam od najbardziej podstawowego pytania: jaka ja naprawdę jestem i jaka chcę być? Co mi się we mnie nie podoba, a co chciałabym zmienić? Co lubię, a co jest takie sobie, ale jestem w stanie to zaakceptować? Jaka jest najlepsza wersja mnie? Jaką chciałabym się widzieć i co mogę zrobić, aby się do tej wersji każdego dnia choć trochę przybliżyć?

Dopóki poszukiwałam siebie ubranej w ciuchy innych osób, czytającej książki, które lubią inni, spędzającej czas tak, jak inni to robią, dopóty nie mogłam się odnaleźć, bo takiej mnie nigdy nie było. Gdy zaś szczerze spojrzałam na siebie, na to, jaką jestem osobą, co lubię robić, jak i z kim spędzać czas, wtedy okazało się, że owszem są rzeczy, które mi się w sobie nie podobają, ale jeśli tylko zechcę, mogę je zmienić. Mogę pokochać siebie. Jednak nie dlatego, że chcę być, jak ktoś inny, ale dlatego, że z całego serca pragnę być sobą. Najlepszą wersją mnie. Dla mnie.




Może Cię zainspirować także: Proste życie, czyli kanapa, a nie kuchnia, jest sercem mojego domu.



 




Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Postanowienia noworoczne. Czy warto je robić? Plus kalendarz z motywującymi cytatami do pobrania.

Postanowienia noworoczne. Czy warto je robić? Plus kalendarz z motywującymi cytatami do pobrania.

postanowienia noworoczne

Witaj w Nowym Roku! Nadchodzą lata dwudzieste. Jak pięknie to brzmi, prawda?

Temat postanowień noworocznych jest stary, jak świat i głęboki, jak rzeka. Ile osób, tyle zdań na temat tego, czy warto robić postanowienia noworoczne. Czy warto spisywać swoje cele i marzenia, a potem ... no właśnie, co potem? Radość z ich zrealizowania, czy samobiczowanie z powodu tego, że jednak się nie udało?


Warto wiedzieć, do czego się dąży.

 

Do niedawna byłam w gronie osób, które krytykowały postanowienia noworoczne. Byłam im przeciwna, uważając, że poczucie porażki, gdy się ich nie zrealizuje, jest zbyt niszczące. Dlatego sama postanowień noworocznych nie robiłam, a na tych, którzy w styczniu zapełniali swoimi celami kartki i kalendarze, patrzyłam z pobłażaniem. Zakładałam, że przecież i tak ich nie zrealizują. 

Dziś wiem, że moje stanowisko wynikało ze strachu przed samooceną, z założenia, że nie jestem dość dobra, by zrealizować to, co sobie postanowię. Z góry zakładałam, że nawet, jeśli wszystko spiszę, to i tak większości celów nie zrealizuję. Moja niechęć do tworzenia list z postanowieniami noworocznymi wynikała też z nieumiejętnego ich formułowania. Pisałam sobie: "Rozwinę blog", a gdy minął rok, stwierdzałam, że mój blog raczej należy do niedorozwiniętych, niż rozwiniętych. Bo co to oznacza: "Rozwinę blog"? Wszystko i jednocześnie nic.  Pisałam też: "Będę więcej czytać." I po roku nie byłam pewna, czy właściwie więcej czytałam, czy raczej nic się nie zmieniło w tej kwestii.  

 

Dobre postanowienia, czyli jakie?

 

Postanowienia to nic innego, jak cele, do których dążymy. A każdy cel charakteryzuje się kilkoma niezmiennymi cechami. I choć metoda formułowania i wyznaczania celów (SMART) wywodzi się z nauk ekonomicznych, to wiele zyskamy, gdy wykorzystamy ją w naszej codzienności.  

Według tej metody, dobry cel powinien być jednocześnie:

SZCZEGÓŁOWY - "Będę rozwijać swoją pasję do pisania, pisząc posty na moim blogu."

MIERZALNY - "Będę rozwijać swoją pasję do pisania, pisząc jeden post tygodniowo na moim blogu."

ATRAKCYJNY - "Będę rozwijać swoją pasję do pisania, którą uwielbiam, pisząc jeden post tygodniowo na moim blogu."

REALISTYCZNY - "Będę rozwijać swoją pasję do pisania, którą uwielbiam, publikując jeden post tygodniowo na moim blogu. Każdego dnia napiszę 150 słów."

TERMINOWY - "Będę rozwijać swoją pasję do pisania, którą uwielbiam, publikując jeden post tygodniowo na moim blogu. Każdego dnia napiszę 150 słów, a skończony post opublikuję w każdy piątek."

Gdy porównam mój poprzedni cel "Rozwinę blog" ze sformułowanym w ten sposób: "Będę rozwijać swoją pasję do pisania, którą uwielbiam, publikując jeden post tygodniowo na moim blogu. Każdego dnia napiszę 150 słów, a skończony post opublikuję w każdy piątek", to aż chce mi się pisać.

I w końcu wiem, czego od siebie oczekuję i co mnie do zrealizowania tego celu doprowadzi. Zadanie nie wygląda na tak straszne, jak je początkowo postrzegałam. Ba... wydaje się całkowicie wykonalne. Nawet proste...

Postanowiłam, że w tym roku, w styczniu, poświęcę trochę czasu i przekuję kilka swoich zamierzeń w tak sformułowane cele. Nie będzie ich dużo. Kilka zaledwie, dotyczących zdrowego ruchu (wczesne wstawanie i joga), czytania, pisania, fotografii. Pasji, które uwielbiam, ale na realizację których wciąż brakuje mi czasu. Podejrzewam, że z powodu złej organizacji czasu.


A co, gdy czegoś nie zrealizujesz? Czy da się przekuć porażkę w sukces?


Myślę, że niezrealizowane postanowienia należy podzielić na dwie grupy. Pierwsza, to sprawy, których nie udało się wykonać z przyczyn kompletnie niezależnych od nas. Druga, to te, których niezrealizowanie wynika z naszego lenistwa, zapominalstwa, czy tendencji do odkładania rzeczy na potem. Także ze złej organizacji czasu. Tylko ta druga grupa niezrealizowanych postanowień jest warta naszej uwagi. 

Nieosiągnięty cel można odczytać, jako porażkę, pogrążyć się w swoim rozczarowaniu i niezadowoleniu z siebie i na tym poprzestać. Tylko po co? Niezwykle to niszczące i niczego nie wnosi do rozwoju osobistego. 

Lepiej wykorzystać niezrealizowane cele, jako wstęp do lepszego zrozumienia siebie. Dokonać analizy własnych cech, zachowań i uczuć, które spowodowały, że cele pozostały jedynie, jako puste frazy zapisane w kalendarzu. Po takim przyjrzeniu się sobie, temu, czego chcę, a czego nie mogę osiągnąć, wiemy już dlaczego tak się dzieje. Widzimy, co oddziela nas od efektywnego działania i możemy zmienić własne nawyki, albo organizację czasu tak, aby bardziej konstruktywnie realizować nasze plany, zamierzenia i marzenia.


Kalendarz z motywującymi cytatami na 2020 rok.


Żeby planowanie celów na nowy rok było przyjemne, mam dla Ciebie prezent. Kalendarz na 2020 rok, podzielony na miesiące i wzbogacony o motywujący cytat na każdy miesiąc. Możesz go sobie wydrukować i powiesić nad biurkiem, albo oprawić, jak ja i ustawić w widocznym miejscu. Został przygotowany w formacie A4, nie za dużym, nie za małym, takim jak w sam raz. Kalendarz jest minimalistyczny i będzie pasował do każdego wnętrza. Inspirujące cytaty niech będą dla Ciebie miłym urozmaiceniem i motywacją do działania.

Kalendarz z motywującymi cytatami pobierzesz w panelu bocznym, po prawej stronie bloga. Dobrego Roku 2020! Niech będzie pełen rozwijających i inspirujących działań, prowadzących Cię do realizacji pasji.

Do przeczytania!


postanowienia noworoczne






Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:

Miejsca z pasją. W poszukiwaniu inspiracji do ciekawego życia.

Miejsca z pasją. W poszukiwaniu inspiracji do ciekawego życia.



Ciekawość świata sprawia, że wciąż poszukuję. Nie zadowalam się jednym rozwiązaniem, jednym działaniem, jednym miejscem. Chcę więcej i bez żalu porzucam nietrafione pomysły, nudne miejsca, nieciekawe książki, mało pasjonujące projekty. Szukam nowych. A inspiracje do ciekawego życia są wszędzie. Można w ich poszukiwaniu odbywać dalekie podróże. Można też znaleźć własne klimaty gdzieś blisko, tuż obok siebie. Potrzeba tylko otwartej głowy i chęci do podkręcania własnego życia tak, aby nie stało się nudne. By było inspirujące i ciekawe.

Wypoczynek z pasją.

 

Jednym z niezwykle inspirujących miejsc, jakie ostatnio udało mi się odkryć, jest Zatoka sztuki w Sopocie. To miejsce z niezwykłą przestrzenią dla artystów, doskonałą restauracją i pokojami z widokiem na morze. Kilkudniowy pobyt w Zatoce sztuki dał mi to, co w odpoczynku cenię sobie najbardziej. Ciszę, spokój, możliwość wpatrywania się w horyzont, słuchania szumu morza, obserwowania ludzi spacerujących po plaży. Kilkuminutowy spacer do sopockiego molo, czy pobliskiej galerii sztuki, dopełniły całości. Moc inspiracji i oddech od codzienności.

Źródło: Zatoka sztuki


Kultura z pasją.


Za kilka dni kończy się w Warszawie niezwykła wystawa. 36 x Rembrandt. Jest to 36 dzieł tego malarza, pochodzących z rożnych polskich kolekcji. Nie ma więc innej możliwości, aby zobaczyć je wszystkie razem. Wśród pokazywanych obrazów znajdują się dwa wyjątkowe: "Dziewczyna w ramie obrazu" oraz "Uczony przy pulpicie". Poza tym kolekcja składa się z oryginalnych rysunków oraz grafik Rembrandta tworząc razem grupę 36 autorskich dzieł wielkiego malarza holenderskiego. Są to studia postaci kobiet, starców, uczonych oraz autoportrety Rembrandta i wizerunki osób z jego otoczenia. Wystawa ta to możliwość zapoznania się z różnymi technikami, w jakich tworzył malarz. Dzieła pochodzą m.in. z Gabinetu Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie oraz Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Wystawa na Zamku Królewskim kończy się 11 listopada, więc trzeba się spieszyć. 

Źródło: Zamek Królewski w Warszawie



Jedzenie z pasją.



Jedzenie na mieście ma wiele zalet. Nie trzeba gotować w domu, można spotkać się z przyjaciółmi, ale przede wszystkim jest okazją do pozyskania inspiracji kulinarnych do wykorzystania we własnej kuchni. Takich właśnie inspiracji do gotowania z pasją i pięknego podawania dań we własnym domu, poszukiwałam niedawno w restauracji Reforma, która mieści się w warszawskim Wilanowie. Właściwie na styku Sadyby i Wilanowa. Fantastyczny klimat tego miejsca sprawia, że nie chce się stamtąd wychodzić. Jedzenie jest przepyszne i podane w niezwykle inspirujący sposób. Warto zajrzeć.

Źródło: Reforma Bar


Zdrowie z pasją.


Ciekawe miejsce w sieci, gdzie można wiele dowiedzieć się na temat zdrowego stylu życia, to strona Kampanii Społecznej "Żyję świadomie". Masa ciekawych artykułów o zdrowiu i funkcjonowaniu organizmu człowieka, a także zaproszenie do udziału w szeregu konferencji organizowanych w całej Polsce. Warto edukować się w dziedzinie zdrowia, póki jeszcze zdrowie na to pozwala. Bo, gdy zaczynamy chorować, już jest zwykle za późno na edukację. W Polsce wciąż jeszcze zbyt mało mówi się na temat profilaktyki i zdrowego trybu życia. Apteki na każdym rogu i wszechobecne reklamy lekarstw nie powodują wzrostu świadomości, ale dają złudne wyobrażenie o tym, że każdą chorobę da się wyleczyć. Wystarczy połknąć tabletkę i uśmiech wraca na twarz. W rzeczywistości tak to nie działa, a najważniejsza jest profilaktyka. Wiedzę o tym, co robić, żeby nie chorować i jak ustrzec się przed zagrożeniami cywilizacyjnymi, które są odpowiedzialne za choroby, można czerpać z konferencji organizowanych przez Kampanię "Żyję świadomie" i artykułów obecnych na stornie. 





Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:

 Niedzielne śniadanie mistrzów. Przepis na domowe powidła śliwkowe bez cukru.

Niedzielne śniadanie mistrzów. Przepis na domowe powidła śliwkowe bez cukru.


sniadanie-mistrzow


Niedzielny poranek to dla mnie czas, gdy nie muszę się spieszyć. Wałęsam się po domu z kubkiem kawy w ręku, przysiadam na schodach i spoglądam na ogród. Zieleń zawsze mnie uspokaja. Sprawia, że wolniej oddycham, spokojniej myślę o nadchodzących wydarzeniach i doceniam to, co już mam. Takie wyciszenie jest mi bardzo potrzebne. 
Zanim zacznę ogarniać śniadanie, włączam ulubioną muzykę. Ostatnio zachwyciła mnie Joanna Bejm i jej interpretacja wierszy Haliny Poświatowskiej. Z taką muzyką i treścią zapowiada się poranek idealny. Do pełni szczęścia potrzebuję jeszcze pysznego śniadania, a takie potrafi zrobić jedynie mój mąż. Jego omlety biją na głowę wszystkie inne dania. Są puszyste i po prostu rozpływają się w ustach. Niedzielne śniadanie mistrzów. Ja wyjmuję ze spiżarni słoik naszych ulubionych, domowych powideł śliwkowych. Z omletem stanowią duet idealny. 
Co roku zamykam kilka kilogramów śliwek w słoikach. Podczas ich przygotowywania dom pachnie obłędnie. To niesamowite, jak w prosty sposób można cieszyć się ze spraw codziennych. Najprostszych wydarzeń, w których uczestniczymy.  
Teraz, jesienią, warto poświęcić trochę czasu na to, by mieć na zimę własne powidła. Są niezwykle proste w przygotowaniu, zawierają tylko jeden składnik - śliwki, nie zawierają cukru i można się nimi bezkarnie objadać. Polecam Ci mój przepis, z którego korzystam w każdym roku o tej właśnie porze. Później przez cały rok wykorzystujemy powidła śliwkowe do omletów i naleśników. 
Zrób coś pysznego dla siebie i swojej rodziny. Dodam jeszcze, że powidła śliwkowe doskonale nadają się do podjadania ze słoika zawsze wtedy, gdy ogarnie Cię ochota na coś słodkiego. Jak można z tego nie skorzystać?


Przepis na domowe powidła śliwkowe bez cukru.

Potrzebne będą:
  • 4 kg śliwek węgierek,
  • duży garnek o grubym dnie, 
  • łyżka drewniana, 
  • 5 słoików 450 - 500 ml.

A oto, jak zrobić domowe powidła śliwkowe:

Śliwki dokładnie umyć, każdą przekroić na pół i wyjąć pestkę. Śliwki włożyć do dość dużego garnka z grubym dnem i podgrzewać, aż delikatnie puszczą sok. Gotować na wolnym ogniu 4 godziny, mieszając i pilnując, aby się nie przypaliły. Przykryć pokrywką i odstawić. Następnego dnia zdjąć pokrywkę, a gotowanie i mieszanie powtórzyć. Trzeciego dnia gotować kolejne 4 godziny, w międzyczasie przygotować umyte słoiki. Napełniać słoiki gorącymi powidłami, zakręcać i pasteryzować w piekarniku. Jest to doskonały i prosty proces pasteryzacji. Nagrzewam piekarnik do 100°C, wstawiam umyte i osuszone słoiki, a po 20 minutach wyjmuję je i napełniam powidłami. Zakręcam wyparzonymi nakrętkami i ponownie wstawiam do piekarnika na 20 minut. Pasteryzuję w temp. 100°C, wyłączam piekarnik i pozostawiam słoiki do całkowitego ostygnięcia. Wklęśnięte pokrywki mówią mi o tym, że powidła mogą być bezpiecznie przechowywane w spiżarni.

Początkowo powidła mogą wydawać się rzadkie, ale zgęstnieją po ostygnięciu. Szukaj dobrych węgierek, bo to w nich tkwi tajemnica doskonałych powideł. Degustuj przed zakupem i wybieraj te najbardziej słodkie.


Jesień to piękna pora roku. Warto się zatrzymać i zachwycić jej kolorami. Są niepowtarzalne i szybko przemijają. Dlatego pośpiesz się, jeszcze zdążysz dostrzec to, co ulotne.














Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Katarzyna Puzyńska. Motylek i reszta w czwartkowej czytelni.

Katarzyna Puzyńska. Motylek i reszta w czwartkowej czytelni.


Motylek

Tym razem czwartkowa czytelnia wpada na blog w piątek. :) Pochłonięta pracą, nie zdążyłam bowiem skończyć tego posta wczoraj. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. :)

A będzie o świetnej, moim zdaniem, serii kryminalnej polskiej autorki. Katarzyna Puzyńska to pani psycholog, pracująca niegdyś, jako nauczyciel akademicki. W pewnym momencie postanowiła porzucić to zajęcie i poświęcić się swojej pasji, którą jest pisanie. Powstała seria kryminalna, jakiej próżno szukać na polskim rynku wydawniczym, a Katarzyna Puzyńska odniosła niebywały sukces. Uwielbiam takie historie, gdy z pasji ludzie rzucają się na głęboką wodę i okazuje się to być najlepszą rzeczą, jaką zrobili w życiu. To bardzo inspirujące.   

Pierwsza książka z serii o policjantach z Lipowa, to jednocześnie debiut pisarski Katarzyny Puzyńskiej. Motylek, bo o nim mowa, dosłownie zawrócił mi w głowie. Chyba pierwszy raz natknęłam się na książkę polskiej autorki, z fabułą osadzoną w Polsce i z tym, co najbardziej lubię, czyli połączeniem warstwy kryminalnej, społecznej i obyczajowej w doskonałych proporcjach. Wyobraźcie sobie komisariat na jakiejś zapomnianej, polskiej wsi i tam policjantów oraz policjantki, którzy rozwiązują zagadki kryminalne, ale też każdy z nich jest swoistą zagadką. Ze swoimi słabościami, wadami, zaletami. I tak poznajemy ich po trochu i towarzyszymy im w pracy i życiu osobistym. Katarzyna Puzyńska kreśli bohaterów, takich, jak my, czy ona sama. Na przykład jedna z bohaterek serii, tak jak autorka, jeździ konno i uwielbia spacery z psem. 

Przeczytałam dotychczas pięć z dziesięciu książek z serii o policjantach z Lipowa. Dosłownie nie mogłam się od nich oderwać. Kończąc jedną, już myślałam o tym, co będzie działo się w następnej. Każda z książek jest tak skonstruowana, że można czytać ją, jak oddzielny kryminał, ale ja polecam zachować kolejność. Każda część dotyczy bowiem innej zagadki kryminalnej, ale losy stałych bohaterów, czyli policjantów i ich bliskich, toczą się w określonej kolejności. Warto im towarzyszyć, zachowując tę kolejność. 

Dotychczas przeczytałam:
"Motylek",
"Więcej czerwieni",
"Trzydziesta pierwsza",
"Z jednym wyjątkiem",
"Utopce".

Przede mną jeszcze:
"Łaskun",
"Dom czwarty",
"Czarne narcyzy",
"Nora",
"Rodzanice".


Autorka pracuje nad kolejną powieścią, już jedenastą częścią mojej ulubionej polskiej serii kryminalnej. Prawa do publikacji książek o policjantach z Lipowa, pióra Katarzyny Puzyńskiej, sprzedano do ponad dwudziestu krajów, a autorkę okrzyknięto polską Camillą Läckberg. Według mnie całkowicie słusznie. Jeśli  i Ty lubisz kryminały z wątkiem obyczajowym, czytaj! Myślę, że się nie zawiedziesz.

Z całego serca polecam wypożyczanie książek w bibliotece. Jeśli jednak, z jakiegoś powodu, wolisz kupować książki, to pozycje pióra Katarzyny Puzyńskiej, w dobrych cenach, możesz znaleźć w tym miejscu.  










Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2020 Drugie imię by Monika Joanna Bojanowska , Blogger