Kuchnia - serce domu

Kuchnia - serce domu


Jest sama prawda w powiedzeniu, że kuchnia to serce domu. Jeszcze tydzień przed świętami w miejscu mojej kuchni straszyły puste ściany, a ja czułam się bezsilna i załamana. Szafki kuchenne pojawiły się dwa dni przed świętami. Prawdę mówiąc, nie wierzyłam, że uda się to spiąć w czasie, bo korpusy, bo kamieniarz, bo fronty. Jednak udało się. Cud bożonarodzeniowy w mojej kuchni się wydarzył. Brakuje jeszcze grafiki na ścianie za okapem i hokerów przy półwyspie, żeby wygodnie usiąść, ale to, co najważniejsze, czyli szafki i blat już mam.

W mojej poprzedniej kuchni najbardziej doskwierała mi ... samotność. Teraz kuchnia jest otwarta na salon, życie rodzinne sobie płynie, a z garnków unosi się para. Jest fajnie i wygodnie. Lakierowane szafki ustawiłam w kształcie litery U, z półwyspem, przy którym można usiąść. Dwa duże okna powodują, że jest tu bardzo widno, trudno mi nawet zrobić zdjęcia, żeby coś gdzieś się nie odbijało, jak w lustrze. Siadam czasami i obserwuję tę grę świateł, jest wyjątkowa.

Po jednej stronie mam wysoką zabudowę z lodówką, piekarnikiem i mikrofalą. Reszta to szuflady i szafki narożne z całkowicie wysuwanymi wkładami Le Mans, z wygodnym dostępem do zawartości. Bardzo przyjemnie się z nich korzysta i cieszę się, że w nie zainwestowaliśmy. Mam też miejsce na książki kucharskie i granitowy blat, o którym marzyłam. Zlew jest nieduży, za to zmywarka 60-tka. W poprzednim mieszkaniu mieliśmy taką o szerokości 45 cm i uważam, że była za mała. Stawiam na wygodę i już. Nie mam szafek wiszących i troszkę muszę się do tego przyzwyczaić. W kuchni nie jest to typowa sytuacja, choć wiele kuchni bez szafek wiszących, za to z dwoma oknami, obejrzałam, zanim zabrałam się za projektowanie własnej w takim układzie. Już widzę, że nie jest to żaden problem, a do kubków, szklanek i talerzy, które zamieszkały w szufladach, dostęp jest bardzo wygodny.

Po świętach wróciłam do normalnego trybu dnia z wczesną, poranną pobudką. Co zrobić, trzeba pracować. O tej porze roku, gdy wracam z pracy jest już niestety ciemno i czasu pozostaje mało na porządki, nie mówiąc o zrobieniu zdjęć, na których coś będzie widać. Nic na to nie poradzę, więc przestałam się tak spinać, denerwować, samą siebie poganiać i powoli rozpakowuję te sprzęty, które jeszcze do rozpakowania pozostały. Nigdzie mi się nie spieszy i daję sobie na to co najmniej kilka dni.

Najpotrzebniejsze rzeczy wyjęłam przed świętami i wpakowałam, żeby były pod ręką, bo priorytetem była Wigilia. Teraz mogę już zwolnić i na spokojnie zastanowić się, co i gdzie poukładać, żeby było wygodnie i jak najbardziej ergonomicznie. No i żeby korzystanie z kuchni było po prostu przyjemnością dla nas wszystkich. Żeby chciało się nie tylko jeść, ale też gotować i sprzątać.
















O pokonywaniu przygnębienia

O pokonywaniu przygnębienia



Życie naprawdę jest proste, jeśli tylko tego chcemy. Bo komplikujemy je sobie sami.

Z tą odkrywczą myślą budzę się dzisiaj, niewyspana, bo jakoś tak wyszło, że spać nie mogłam.

Mięśnie bolą mnie od sprzątania przedświątecznego i rozpakowywania kolejnych pudeł, ale coraz mniej ich już do rozpakowania zostało. Mam więc wybór. Albo nabzdyczyć się i narzekać, że noc kiepska i ruszać się nie mogę, ale komu tym dokopię, jeśli nie samej sobie? Albo cieszyć się, że dom coraz bardziej ogarnięty, a za mną wspaniałe święta spędzone z ludźmi, których kocham. Ja decyduję.

Warto poznać siebie na tyle, by wiedzieć, jak postawić się do pionu, jak zaradzić złym nastrojom. To kwestia treningu. No dobra, jeszcze trzeba się trochę przymusić, użyć silnej woli. Ale potem jest już tylko łatwiej. I po prostu przyjemniej się żyje.

Choć więc nie jest mi łatwo pokonać siebie i wyłażącą zewsząd niechęć do wczesnych poranków, wybieram radość z tego, co mam i z tą myślą w drodze do pracy układam sobie w głowie pomysły, co, gdzie i w jaki sposób jeszcze poukładam. Gdy dojeżdżam do celu, mam już plan na najbliższe popołudnie i w końcu czuję się tym, kim w rzeczywistości jestem - szczęściarą, która ma dom i zdrowych, kochających bliskich obok siebie.

Szczęściarą, bez względu na chandrę, przemęczenie, bolące plecy, błoto przed domem w grudniu zamiast śniegu, korki, smog za oknem, a nawet gościa, co trąbi z wyżyn swojego samochodu (bo w końcu jest mężczyzną za kółkiem i żadna baba mu nie podskoczy, a tym bardziej na światłach szybciej nie ruszy).

To wszystko mało znaczące drobiazgi, przeszkody, które popsują mi nastrój i skomplikują życie tylko wtedy, gdy sama na to pozwolę.      

Ubieranie choinki i inne rodzinne zwyczaje.

Ubieranie choinki i inne rodzinne zwyczaje.


Z przyjemnością dekoruję w tym roku mój nowy dom. I choć nie miałam czasu na wypakowanie wszystkich dekoracji bożonarodzeniowych, ani na bieganie po sklepach, by kupić nowe, to atmosfera, jaką dziś odczuwam jest niezwykła. Cieszę się ze zmian, które zaszły w naszym życiu i mam w sobie dużo nadziei na dobry czas w przyszłości. 

Ten wyjątkowy wigilijny poranek rozpoczynam od ubierania choinki. Ta czynność jest dla mnie jak powrót do dzieciństwa. Dlatego najczęściej robię to sama. Jeszcze mi ktoś potłucze moje kilkudziesięcioletnie bombki pochodzące z domu rodzinnego.


Te -dziesiąt lat temu choinkę ubierałam z dziadkiem. To był coroczny duet idealny i nikt nie miał prawa nam przeszkadzać. Musiałam być bardzo ostrożna, żeby nic się nie potłukło, to były czasy, gdy niczego się nie wyrzucało, tylko dawało do naprawy, a zniszczonej rzeczy naprawdę się żałowało. Ponieważ mój dziadek był uparty i zawsze wiedział lepiej, więc mówił mi gdzie mam powiesić którą bombkę. Kolejność była ściśle określona, najpierw lampki, obowiązkowo wcześniej rozłożone na podłodze i sprawdzone, czy świecą. Potem bombki, a na końcu łańcuchy. Raz były nawet cukierki, ale nie dotrwały do Wigilii, zjadłam je potajemnie, a potem udawałam, że nie wiem, co się stało. Nie miałam rodzeństwa, nie było na kogo zwalić, tylko to udawanie mi pozostawało. Uszło mi to wówczas na sucho, ale więcej słodyczy nie wieszaliśmy.


Tak więc własną choinkę ubieram w podobnym rytmie i nie chcę innego. Ponieważ to ja wiem lepiej, co gdzie powiesić i w jakiej kolejności, a nie ma nikogo, kto by potulnie zgodził się wypełniać w tym względzie moje polecenia, ubieram sama. Czasem mój mąż coś tam pochwyci i uda mu się to powiesić na choince, ale potem muszę przewieszać, poprawiać … co to ja mówiłam? A, że wiem lepiej co i gdzie ma wisieć.


Kolejne wspomnienie z dzieciństwa, które przerodziło się w tradycję mojego domu, to pozostawienie pustego miejsca przy stole. Babcia zawsze tego pilnowała, nie było zmiłuj. Czasami próbowałam rozstawić naczynia inaczej, luźniej poukładać potrawy, gdy nie mieściły się na stole, ale nie. Miejsce na puste nakrycie musiało być i kropka. Co z tego, że śledź wchodził na karpia, musieli się posunąć, ścisnąć, wolne miejsce na ten pusty talerz pozostawić.


Tak myślę o tym pustym miejscu już od dłuższego czasu, bo w ten wigilijny wieczór będzie mi bardzo brakowało mojej mamy, której już z nami nie ma. I widzę, że dla każdego taki talerz będzie kojarzył się z inną osobą. Albo żyjącą, ale przebywającą daleko, taką, która nie może z nami spędzić tych świąt. Albo zmarłą, która żyje już tylko w naszych wspomnieniach. I dlatego pusty talerz musi zmieścić się na moim stole wigilijnym. Najwyżej śledzia mniej podam.


Wesołych Świąt, Kochani! Pełnych tradycji i wspomnień, do których ciepło wracacie myślami.  















Czy ja jestem leniwa?

Czy ja jestem leniwa?



Zajmij się czymś, mawiała moja babcia, gdy nic mi się nie chciało i snułam się po domu w poszukiwaniu wczorajszego dnia. Zwykle wtedy znajdowałam sobie jakieś zajęcie, ale raczej było to udawanie, że coś robię, niż faktyczna aktywność. I miałam wyrzuty sumienia, że nic mi się nie chce. Do tego bałam się, że ktoś pomyśli, że jestem leniem. A ja leniem być nie chciałam. Chciałam być osobą aktywną, osiągającą sukcesy, niezmęczoną, nadążającą ze wszystkim, uśmiechniętą, zadbaną zadowoloną z siebie oraz zadowalającą wszystkich dookoła.

Cóż … Takie ideały nie istnieją. Musiało minąć trochę czasu, musiałam dorosnąć, zestarzeć się mentalnie, żeby to zrozumieć. Zmęczyłam się przy tym niejednokrotnie, udowadniając głównie samej sobie, że dam radę. Zepnę wszystko, co do spięcia pozostało. Co dotyczy mnie, moich bliskich, a często także jakichś innych, dalszych ludzi i spraw.

Dziś, bogatsza o te doświadczenia, rozumiem, że odpuszczanie sobie to nie jest lenistwo, nawet, jeśli znajdzie się ktoś, kto tak myśli. Że potrzebuję zatrzymania, chwili spokoju, choćby czasami ta chwila miała trwać dużo dłużej, niż to, co zwyczajowo chwilą nazywamy.   

Odpuszczam więc i pozwalam sobie na to, by nic nie robić. Chociaż zaraz, przecież zwykle wtedy czytam książkę, albo dziergam na drutach i intensywnie myślę! Takie to moje lenistwo, którego potrzebuję i na które sobie pozwalam.

A Wy? Jakie macie sposoby na lenistwo zwane wypoczynkiem?
Magia grudnia i rustykalne drzwi w tle

Magia grudnia i rustykalne drzwi w tle

Ulice i drzewa przystrojone lampkami, w sklepach dekoracje świąteczne. Magia grudnia widoczna jest na każdym kroku, choć najmniej w pogodzie. Gdy byłam mała o tej porze prószył już śnieg, temperatura spadała poniżej zera i czuć było zimę. Teraz zima każe na siebie czekać, bywa, że śnieg przychodzi dopiero w styczniu. Cóż, taki mamy klimat, jak już ktoś kiedyś zauważył.

Magia mojego osobistego grudnia też, że tak powiem, rodzi się w bólach. Trudno natchnąć atmosferą świąt i przystroić niewykończony i nieurządzony do końca dom. Na razie trudno nawet porządnie posprzątać, bo gdzieś wiertarka wierci w ścianie, a gdzieś po składaniu mebli zostaje masa kartonów. W garażu kolejne pudła czekają na rozpakowanie, brudno tam niemiłosiernie, wszystko mi się niesie do domu … Nie tak to sobie wyobrażałam. O tej porze miałam w planie układanie poduszek i obserwowanie drewna płonącego w kominku. Oczywiście w towarzystwie grzejącego ręce kubka herbaty cynamonowej.

Tegoroczny Adwent to dla mnie podwójne oczekiwanie. Oczekiwanie na wigilijny wieczór i oczekiwanie na uporządkowany dom. To szkoła wyższa dla mojej cierpliwości i emocji, nad którymi coraz częściej przestaję panować.

Co Wam będę dużo mówić, nie jest lekko. Zmęczenie daje o sobie znać, wizja świąt spędzonych wśród bałaganu przeraża, a w wiadomość o montażu szafek kuchennych dopiero w tygodniu przedświątecznym wciąż nie mogę uwierzyć. To dzieje się naprawdę? Jak bez kuchni przygotuję kolację wigilijną? W tej chwili radzimy sobie jakoś ze zbudowaną przez mojego męża prowizoryczną kuchnią, składającą się z kilku szafek i blatu, które docelowo przeznaczymy do użytku w pomieszczeniu gospodarczym. Ale świąt na tym nie przygotuję. Nie mówiąc już o wyglądzie tej prowizorki, niestety zbyt piękne to nie jest.  

Mimo wszystko staram się nie poddawać zwątpieniu, pocieszam się atmosferą już prawie do końca urządzonej sypialni i garderoby. Połączenie tych dwóch pomieszczeń stanowi ściana z białą cegłą, w całości nasze wykonanie (ból rąk i nóg nie do zapomnienia). Dumna jestem z niej ogromnie, wyszła dokładnie tak, jak chciałam. Do tego szerokie, rozsuwane drzwi w rustykalnym stylu, wykonane z desek podłogowych z postarzonego drewna dębowego. Projekt, wykonanie i montaż drzwi – mój mąż. Pięknie wyglądają i dodają stylu naszej sypialni, w której chciałam zachować maksimum prostoty w meblach i dodatkach. Te drzwi tworzą to „coś”. Kładę się czasami na łóżku, obok nie rozpakowane kartony z ubraniami, a ja po prostu leżę i tracę czas na przyglądanie się tym drzwiom.

Wszystkie opóźnienia w remoncie i wykończeniu domu, których ostatnio doświadczyłam, kolejny raz nauczyły mnie odpuszczać to, na co nie mam kompletnie wpływu, a skupiać się na pozytywach. Niby banał, a jednak nie jest to takie oczywiste. Skupiam się więc na pozostałych elementach związanych z nadchodzącymi świętami. Gromadzę prezenty, papier i ozdoby do pakowania, bo w najbliższych dniach mam zamiar pakować prezenty w gabinecie. Stoi w nim już biblioteczka (na razie prawie pusta) oraz biurko i urocza sofa. Po podłączeniu komputera zrobi się tu już całkiem biurowo. A gdy poukładam książki i postawię na biurku lampę – pamiątkę po mojej mamie, to usiądę przy biurku i napiszę stąd do Was kolejny post.









Bałagan poprzeprowadzkowy i Xanti na pocieszenie.

Bałagan poprzeprowadzkowy i Xanti na pocieszenie.

Nareszcie! 

Przeprowadzka dobiegła końca. Brak czasu, komputer w nie wiadomo którym pudle i przerwa w połączeniu z Internetem wymusiły na mnie tę dłuższą przerwę w prowadzeniu mojego blogowego pamiętnika.

Pracy fizycznej, jaką wraz z moją rodziną wykonaliśmy w ciągu ostatnich tygodni, nie da się z niczym porównać. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale jeszcze bardziej szczęśliwi. Święta będą w nowym domu i to bez względu na to, czy uda nam się posprzątać wszystko, czy tylko część. 

Na razie w każdym pomieszczeniu stoją nierozpakowane jeszcze pudła, część mebli jest już złożonych, część wciąż oczekuje na przywilej zaprezentowania się w całej okazałości.

Czekam ze zrobieniem zdjęć do momentu osiągnięcia takiego porządku, bym bez wstydu mogła Wam pokazać dom, ale także z innego prostego powodu: w tej chwili naprawdę nie pamiętam, gdzie jest aparat :) 

Mam jeszcze masę pracy, a niestety skończył mi się urlop, musiałam wrócić do pracy i resztę porządków oraz urządzanie muszę przenieść na godziny popołudniowe. Takie życie. 

Póki co, cieszę się tym, co już mam. Pięknym łóżkiem w sypialni z niesamowicie wygodnym materacem, który na pewno opiszę dokładnie w przyszłości. Garderobą z prawdziwego zdarzenia, w której nareszcie widzę ile mam ciuchów (sporo, wciąż sporo). Dużymi oknami z widokiem na prószący śnieg. Dębową podłogą na piętrze, a także, co niezwykle sobie cenię, ciepłymi, podgrzewanymi płytkami na parterze i w łazience (za sprawą ogrzewania podłogowego). 

Tuż przed przeprowadzką zdążyłam uwiecznić na zdjęciach skończony niedawno sweterek, którego fragment pokazywałam w tym miejscu. Potem rozpoczęło się pakowanie, a że nie korzystaliśmy z wyspecjalizowanej firmy i wszystko pakowaliśmy i przewoziliśmy sami, nie zdążyłam tego sweterka pokazać. 

Pozwólcie więc, że dziś podzielę się z Wami moim nowym udziergiem, a dom zacznę pokazywać w najbliższych dniach wraz z postępującym porządkiem i możliwością zrobienia zdjęć. 

Sweterek to niezwykle uroczy Xanti projektu Hani Maciejewskiej. 

Bardzo lubię projekty Hani, bo są doskonale rozpisane i każdy zawiera jakiś nowy dla mnie element, którego mogę się nauczyć. Daje to dużo satysfakcji z pracy i rozwija umiejętności w przyjemny sposób.

Mój Xanti powstał z Malabrigo Sock w kolorze Candombe. Fiolety i zielenie z dodatkiem niebieskiego to kolory, których brakowało w mojej garderobie. Wykończenie sweterka zrobiłam po swojemu, przede wszystkim wydłużając rękawy. Długość ¾ jesienią i zimą to nie dla mnie, jest mi po prostu za zimno w ręce. Lubię za to taki rękaw do wysokości nadgarstka, żeby było delikatnie widać zegarek i ew. bransoletkę. Rękaw nie za krótki i nie za długi, dla mnie w sam raz. Nic mi się nie majta, ale też nie odkrywa moich wiecznie zmarzniętych rąk. Zrobiłam też małą pliskę przy mankiecie, zawsze chciałam taki element wprowadzić do jednego z projektów. 

Rękawy, dół i dekolt wykończyłam inaczej, niż w projekcie Hani, jedynie cienkimi paskami niebieskiej Baby Alpaki Silk Dropsa. Krój sweterka nie tylko wyszczupla, ale także fajnie optycznie wydłuża sylwetkę. Mimo sportowego charakteru, pasuje do wszystkiego, spodni, spódnicy, jeansów. 
Lubię takie rzeczy, które są uniwersalne i bez specjalnego zastanowienia można je łączyć z wieloma innymi ubraniami. 

Sweterek nosi się świetnie, jest bardzo wygodny i dobrze się w nim czuję, co dla mnie już dawno stało się najważniejsze w wyborze ubrań. Jestem ciekawa, jak tę intensywną eksploatację zniesie Malabrigo Sock, włóczka, którą bardzo lubię za zestawy kolorystyczne, ale mniej za trwałość. Czy nie będzie się nadmiernie mechacić? Zobaczymy.

Teraz zastanawiam się, co w następnej kolejności wrzucić na druty. Ale, ale! Czy najpierw nie powinnam pomyśleć o tym, kiedy teraz, w moim nieurządzonym do końca domu, znajdę czas na dzierganie? Jedno jest pewne. Wiem, gdzie mam włóczkę :)








Już za chwileczkę, już za momencik … przeprowadzka zacznie się kręcić, a więc nowy dom (5)

Już za chwileczkę, już za momencik … przeprowadzka zacznie się kręcić, a więc nowy dom (5)

Jeszcze tylko 2 tygodnie i zamieszkamy w nowym domu. Przeprowadzka odbędzie się pod koniec listopada. Można się już, mówiąc kolokwialnie, wysikać, można umyć rączki, choć woda na razie zimna, a i drzwi brakuje. Co tam, jest pięknie.

Gaz popłynie w drugiej połowie miesiąca, wtedy będzie się można myć i myć, pod piękną deszczownicą w łazience stać i stać. Prace remontowe dobiegły końca, ekipa poszła pracować dla następnego klienta.

Dumna jestem bardzo, że mi się własny projekt tak udał. Ściany mają delikatny, szary odcień, jedna ze ścian w gabinecie otrzymała tapetę. Łazienka na dole, choć malutka i pod schodami, wyszła fantastycznie. Jest niewielka, ale słodka (o ile takiego słowa można użyć w odniesieniu do wc). W delikatnej szarości i subtelnie ozdobiona. Łazienka górna wygląda prosto, ale według mnie całkiem stylowo i mam nadzieję, że będzie funkcjonalna. Jest w kolorze, który określiłabym jako beżowo-szary. W obu łazienkach brakuje jeszcze szafek, trzeba troszkę na nie poczekać.

Będzie też wieszak na ubrania i szafa w wiatrołapie. Póki co lubię sobie tam postać i pozachwycać się płytkami heksagonalnymi położnymi na podłodze i wdrapującymi się na ściany. 

W tym tygodniu będzie położona podłoga na górze i zostaną obsadzone drzwi. Wtedy będzie można ustawiać meble, te, które już mamy oraz dokupić pozostałe. Niektóre z nich mamy już zamówione, będziemy czekać na dostawę.

W międzyczasie, mam nadzieję, zadzieją się też schody i przyjedzie kuchnia z pięknym, granitowym blatem. Ten sam kamień, z którego będą blaty w kuchni mamy już przy kominku oraz w formie półki na ścianie telewizyjnej. Długo szukaliśmy tak wyjątkowego kamienia, ale trud się opłacił. Kominek przeszedł już pierwszy test i muszę powiedzieć, że tworzy wyjątkowy klimat.

Na ścianie telewizyjnej zaprojektowałam beton architektoniczny, podobnie jak na fragmencie ściany po przeciwnej stronie, pod którą stanie kanapa. Pięknie to wygląda, jestem bardzo zadowolona z efektu.

Nad stołem zawiśnie pasująca do całości lampa betonowa Loft Ligt, a nad półwyspem kuchennym dwie lampy marki TAR. Obie firmy są polskie i produkują wyjątkowe oświetlenie. Ich projekty, które znalazłam podczas targów Home Expo, urzekły mnie prostotą i doskonałym wykonaniem. Lampy TAR, które zamówiliśmy, miały swoją premierę na targach, jeszcze nie ma ich w ofercie firmy, więc będę mogła je pokazać, jak sfinalizujemy zamówienie i zawisną u nas pod sufitem.

Już Wam wspominałam, że chętnie stawiam na polskich producentów i z ciekawością śledzę trendy w polskim designie. Uważam, że w tym zakresie naprawdę nie mamy się czego wstydzić na tle europejskim, czy nawet światowym. Takie dodatki są może droższe, niż znalezione w marketach budowlanych, ale czasami wystarczy jeden, albo dwa dobrze dobrane elementy, uzupełnione tańszymi, kupionymi w sieciówkach i efekt jest świetny.

A teraz, niech przemówią zdjęcia. Dajcie znać w komentarzach, czy Wam się podoba.























Książkowy optymalizm z nową biblioteczką w tle.

Książkowy optymalizm z nową biblioteczką w tle.

Bardzo lubię czytać i kupować książki. Wróć. Bardzo lubię czytać. Kupować lubiłam. Odkąd zrobiłam sobie prezent w postaci Kindle w pięknej, niebieskiej okładce, większość moich książek to e-booki. 
Przyzwyczajenie się do czytania na czytniku wymagało czasu. Gdy minął początkowy zachwyt urządzeniem, zdałam sobie sprawę, że tęsknię do książek, przede wszystkim do ich zapachu.
Ta tęsknota pozostała we mnie do dziś i zaspokajam ją wypożyczając od czasu do czasu książki z biblioteki. Już samo pójście do biblioteki i pooddychanie tam zapachem książek jest moją terapią na pojawiające się chęci kupowania wciąż nowych i nowych pozycji.


W starym mieszkaniu moja szafka-biblioteczka nie była zbyt duża, ale książki były poukładane na niej w rzędach i stosach. Jedne zasłaniały drugie, niczego nie można było znaleźć. Nie pamiętałam co posiadam, a ważne dla mnie biografie oraz pozycje ulubionych Jonathana Carolla i Artura Pereza Reverte były wciśnięte pomiędzy książki, które znalazły się u mnie przez przypadek. Ani do jednych ani do drugich nie miałam dostępu przez panujący bałagan i ścisk. Po opanowaniu chęci zabudowania całej ściany półkami, postanowiłam zredukować ilość książek. Pozycje, których chciałam się pozbyć nie były wartościowe, ani pod względem ceny, ani sentymentów. Zebrałam je więc w kilka pudeł i zadzwoniłam do antykwariatu. Po kilku dniach przyjechał miły pan i za kilkadziesiąt złotych wybawił mnie z kłopotu. Oczywiście, gdybym próbowała sprzedać te książki np. na Allegro, uzyskałabym więcej. To jednak wymagałoby wykonania zdjęć, opisów, wyceny, słowem dużo czasu i pracy, której chciałam uniknąć. Nie miałam też siły dźwigać pudeł do biblioteki, zresztą sprawdziłam w katalogu i większość książek występowała już w bibliotece i to w kilku egzemplarzach. Wybrałam więc wyjście najprostsze, ale i najmniej dochodowe. Nie szkodzi, ważne, że książki komuś posłużą.

Podczas tych porządków znalazłam też kilka książek pożyczonych i nie oddanych! Nie pytajcie, jak to się stało. Nie lubię, gdy ktoś coś pożycza i nie oddaje, ale sama, jak widać, jestem w tym świetna. Co za wstyd. Książki czekają na najbliższą okazję, by wrócić do właścicieli. Obecnie mam tyle książek, ile chcę mieć. Mało kupuję, więc księgozbiór nie będzie rozrastał się tak, jak kiedyś. W tej chwili prawie wszystkie moje książki leżą sobie cichutko w kartonach, mam ze sobą tylko kilka ważnych dla mnie w tym czasie pozycji i kilka takich, które zostawiłam sobie po uporządkowaniu mieszkania mojej mamy.



Myślę teraz o tym, jak wyeksponować całą moją biblioteczkę w nowym domu. Obejrzałam mnóstwo inspiracji w internecie, zrobiłam kilka rundek po sklepach. Wiem, czego chcę i czego oczekuję. Musi być miejsce na książki, ale także na zapas włóczki, której nie chciałabym upychać w pudła. Bardzo nie lubię odkurzać książek i półek (w ogóle staram się minimalizować i usprawniać sprzątanie), a włóczki położone bezpośrednio na półkach też wymagają ochrony. Wybór ograniczam więc do zamkniętych regałów.
Myślę, że stary, dobry, ikeowski Billy ze szklanymi drzwiczkami i podświetleniem sprawdzi się doskonale. Ma klasyczny, pasujący do wielu rzeczy, wygląd.
Książki zamieszkają w gabinecie, w którym ma znaleźć się miejsce także na biurko i niewielką, ale rozkładaną kanapę, aby od czasu do czasu jakiś gość mógł się na niej przespać. Dokupię więc biurko w Ikei, to będzie zapewne możliwe od ręki. Kanapy natomiast muszę poszukać, bo jak na razie wszystko, co mi się podobało, było nierozkładane. Kanapa powinna mieć 100-120 cm szerokości, zatem, jeśli coś ciekawego przychodzi Wam do głowy, będzie mi miło, jeśli pozostawicie inspiracje w komentarzach. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger