Lizbona. Dobre wspomnienia.

Lizbona. Dobre wspomnienia.

W marcu tego roku spędziłam kilka fantastycznych dni w Lizbonie. Jadąc tam nie obiecywałam sobie zbyt wiele. Byłam pogrążona w czymś w rodzaju letargu po chorobie i śmierci mojej mamy. Wiedziałam, że potrzebuję odskoczni, odpoczynku po kilku bardzo stresujących miesiącach, ale prawdę mówiąc było mi wszystko jedno, co zobaczę. Mało czułam, byłam jakaś taka zasklepiona.
I to miasto mnie otworzyło. Zaczęłam czuć coś więcej, niż tylko ból, tęsknotę i żal.
Poczułam piękno tego miasta, jego niezwykłą atmosferę. Byłam oczarowana. Pojawiły się emocje, zachwyt. Lizbona mnie uratowała. 


Lizbona położona jest na siedmiu wzgórzach. Widoki są obłędne.


Poruszanie się po mieście ułatwiają windy, które są niezwykłą atrakcją dla turystów.


Windy-tramwaje są jeszcze bardziej atrakcyjne.


Uliczki Alfamy, jednej z dzielnic, mają niesamowity klimat i są tak wąskie, że czasami trudno się minąć.


Jedliśmy masę pysznych rzeczy, bo Lizbona to także klimatyczne knajpki z wyjątkowymi potrawami i świetnym winem. 
Ale dobre wino, owoce i ser można kupić w każdym sklepie i skonsumować w bardziej niekonwencjonalny sposób, jak ja na powyższym zdjęciu. 

Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś wrócić do Lizbony i ponownie spędzić tam cudowne chwile. Może zrobię zakupy? Portugalczycy słyną z doskonałych skór. Fakt, buty i torebki widziałam przepiękne. 
Niestraszna mi jesień

Niestraszna mi jesień

Robić na drutach i na szydełku nauczyła mnie babcia, gdy miałam około dziesięciu lat. Robiłam wówczas głównie ubranka dla lalek. Miałam najlepiej ubrane lalki na całym podwórku (było to w czasach, gdy dzieci wychowywały się na podwórku).

Później przeszłam etap dziergania rzeczy użytkowych: poduszek, serwetek, podkładek pod garnki. Gdy byłam już dorosła, robiłam swetry dla siebie, ale jakoś zawsze odrobinę się ich wstydziłam, szczytem mody był wtedy turecki sweter kupiony na bazarze.

Następnie robiłam sweterki dla córki. Miałam najlepiej ubraną córkę w całej piaskownicy (były to czasy, gdy piaskownica służyła dzieciom do zabawy, a nie psom do sikania).

A potem porzuciłam moje hobby, choć było (i jest) moją wielką miłością. Zapomniałam o dzierganiu na kilka lat. I nagle, w dobie Internetu, okazało się, że osób, które kochają dziergać jest całkiem sporo, a sztuka robienia na drutach niesamowicie ewoluowała i rozwinęła nowe techniki (np. ulubione przeze mnie dzierganie bezszwowe, gdyż nigdy nie lubiłam zszywać elementów dzianiny).

To było jak odkrycie Ameryki. Do tego piękne włóczki, takie szlachetne, ekskluzywne, ręcznie farbowane (moja miłość) i wzory projektowane przez zdolne dziewczyny. A jak poznałam Ravelry, to już przepadłam na dobre.

I tak powoli, posiłkując się wytycznymi zdolnych blogerek, zaczęłam zgłębiać techniki bezszwowe i oto już kolejny rok, wciąż uczę się czegoś nowego. Czasami tak sobie dziergam i myślę, że moja babcia byłaby ze mnie dumna.

Ostatnio skończyłam sweterek z myślą o nadchodzącej jesieni i zimie.


Prosty golf z nieco przedłużonymi rękawami, które można wywijać, albo i nie, w zależności od nastroju.


Zrobiony z ciekawej włóczki Lace Paillettes od Lana Grossy, kupionej w Amiqsie w zasadzie z zamiarem popełnienia chusty. Jednak po zrobieniu próbki możliwość była tylko jedna: sweter.


Robiłam od góry, bez wzoru, golf na końcu. Sama prostota, nic więcej nie potrzeba przy tego rodzaju włóczce o ciekawym wyglądzie, wzbogaconej o delikatne cekiny (naprawdę delikatne) i ciekawym składzie (45% alpaka, 20% wełna, 15% bawełna, 15% poliamid, 5% poliester).


Sweterek już wypróbowany. Ciepły, ale leciutki, niemal piórkowy i co najważniejsze milutki,  nic a nic nie gryzie. Bardzo wygodny i przyjemny w noszeniu.

Teraz jesień mi niestraszna.

Kolejny projekt mam już na drutach. Napiszę o nim wkrótce.
Nowy dom

Nowy dom

Kilka miesięcy temu wybrałam się na kurs projektowania wnętrz. Zrobiłam to przede wszystkim po to, aby zdobyć wiedzę potrzebną do zaprojektowania wnętrza mojego nowego domu, który właśnie się buduje. Kurs kosztuje mniej, niż zatrudnienie projektanta. Miałam marzenie - samodzielnie zaprojektować wszystko od początku do końca.
Od razu powiem, że nie jest to takie proste, jak się powszechnie wydaje. Bo cóż taki projektant robi? Porozgląda się, podpowie gdzie co postawić i na jaki kolor pomalować ściany. Nic bardziej mylnego. Praca przy projektowaniu wnętrz to godziny spędzone przy komputerze w programie do projektowania. To żmudna i czasochłonna praca, uczenie się na własnych błędach, dyskusje z wykonawcami, bieganie po sklepach w poszukiwaniu idealnych płytek. Nie twierdzę, że nie jest to przyjemne. Jest. Jednak chylę czoła przed profesjonalistami w tej dziedzinie. Nie jest prosto pogodzić wiele aspektów projektu i jeszcze wyrobić się ze wszystkim na czas.
Póki co, projekt powstaje, dom się buduje, a ja nie mogę się doczekać, kiedy w nim zamieszkamy całą rodziną.
Tak wyglądała nasza budowa kilka tygodni temu:


W oczekiwaniu na elewację. Będzie waniliowo - czekoladowa. Mam na myśli kolory, rzecz jasna.


Wejście i kuchnia otwarta na salon, która ma dwa piękne okna.

Schody na górę.



Widok na salon i drzwi przesuwne do ogródka.

Z przyjemnością zamieszczam te kilka zdjęć w moim blogowym pamiętniku, by kiedyś do nich wrócić.

Będzie pięknie.
Zobaczycie.
Początek

Początek


Pierwszy wpis na nowym blogu jest jak pierwsza kartka w pamiętniku - czysty zeszyt leży otwarty i domaga się uwagi, domaga się słów.
Jako dziecko marzyłam, by pisać pamiętnik, ale bardzo bałam się, że wpadnie w niepowołane ręce. 
Dziś mogę mieć pamiętnik, ale internetowy. Niech wpada w ręce, które zechcą go przyjąć. 

Chcę się z Wami, Czytelnicy, podzielić kawałkiem swojego świata. Sposobem na życie i pasjami, które mnie pochłaniają. Tym, co nie zawsze widoczne we mnie na pierwszy rzut oka. 
Moje drugie imię. Mój blog - pamiętnik.


Witajcie, Czytelnicy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger