Optymalizm, czyli moja wersja minimalizmu.

Minimalizmem zainteresowałam się około półtora roku temu, gdy zauważyłam, że nadmiar rzeczy mnie przytłacza. Męczyło mnie zastanawianie się nad tym, w co się ubiorę następnego dnia. Irytowało mnie, gdy nie mogłam znaleźć jakiejś rzeczy, która, wydawało mi się, jeszcze niedawno była w zasięgu ręki. 

Zainspirowana między innymi książkami „Minimalizm po polsku” i „Chcieć mniej” oraz blogami ich autorek, przystąpiłam do odgruzowywania. Zaczęłam od szafy. Wyniosłam do pojemników na odzież używaną wszystko, czego nie nosiłam. Porządki dotyczyły nie tylko ubrań, ale też bielizny, dodatków i butów. Po pierwszej selekcji szafa uwolniła się na tyle, że widziałam, co w niej mam, ale i tak czułam, że wciąż mam za dużo rzeczy. Nie potrafiłam pozbyć się ubrań, które nosiłam od czasu do czasu, albo takich, które mi się bardzo podobały, ale w ogóle do mnie nie pasowały, nie nosiłam ich, gdyż nie czułam się w nich komfortowo. Wisiały więc sobie w szafie nadal, a ja miałam poczucie, że na razie zrobiłam jeden mały krok w kierunku uproszczenia życia. Przy tej okazji potwierdziło się to, co już o sobie wiedziałam: lubię drogę małych kroków. Rzut na głęboką wodę to nie dla mnie. 



Drugie podejście do zminimalizowania posiadanych ubrań przyniosło kolejną przestrzeń w szafie. Przyspieszyła ją zorganizowana przez koleżanki z pracy wymiana ubrań, na którą zaniosłam rzeczy nienoszone, z którymi nie mogłam się rozstać. Nie wzięłam z tej wymiany nic dla siebie, za to oddałam sporo i cieszyłam się, że oddaję w dobre ręce. Było mi łatwiej, bo nie chciałam wyrzucać. 

Nie mogę powiedzieć, że w tej chwili w mojej szafie panuje minimalizm. Nie mogę się pochwalić tym, że mam dwie pary spodni, trzy T-shirty, marynarkę i dwa swetry i, że to mi wystarcza. Podczas porządkowania szafy zrozumiałam, że muszę minimalizm zastąpić słowem optymalizm, bo nie chodzi o to, żebym pozbyła się wszystkiego, ale żebym wiedziała, co mam i używała tego. 

Wiele się nauczyłam o sobie i swoich potrzebach. Wiem, że mogę się obejść bez wielu bluzek, ale butów potrzebuję więcej, bo lubię je zmieniać i dwie pary to za mało. Ponieważ lubię sukienki, głównie za to, że pomagają się ubrać w nieskomplikowany sposób (nie muszę łączyć dołu i góry, od razu wszystko do siebie pasuje), to potrzebuję mieć ich w szafie więcej, niż obecne trzy sztuki. Planuję sobie więc sprawić kolejne na rzecz spódnic, które kiedyś wydawały mi się niezbędne, jednak okazało się, że niezbyt je lubię. 

Zoptymalizowałam swoją szafę na tyle, żeby rano nie mieć problemów z ubieraniem się (choć drobne czasami się zdarzają). Wiem, w czym czuję się najlepiej i co chcę nosić. Oduczyłam się biegania po sklepach dla przyjemności i wydawania pieniędzy na przypadkowe rzeczy. Staram się przemyśleć najpierw każdy zakup ubraniowy, a jest to łatwiejsze, odkąd dzielę myśli o zakupach na potrzeby i zachcianki. 

To jest proces. Nic nie stało się z dnia na dzień, wymagało przemyślenia, zmierzenia się ze swoimi przyzwyczajeniami. Optymalizuję więc, a nie minimalizuję swoją szafę, a najbliższe porządki planuję w listopadzie, gdy przeprowadzę się do nowego domu i umieszczę w garderobie tylko to, co lubię najbardziej i w czym czuję się fantastycznie, bez żadnych kompromisów. 

No i to słowo: garderoba. Już nie szafa, ale garderoba! Nie mogę się doczekać. 

Komentarze