Chciałam, ale nie stałam się minimalistką (jeszcze nie).



Potrzebuję prostego życia. Bez wielu toczących się równolegle spraw i bez tych stojących w kolejce do załatwienia. Czy to możliwe? 
Czuję się przytłoczona nadmiarem otaczających mnie rzeczy. Choć przed ostatnią przeprowadzką już tak wielu rzeczy się pozbyłam, to i tak samochód jeździł kilkanaście razy wożąc i wożąc ten nasz dobytek. Fakt, że zabieraliśmy trochę mebli, a te zajmują sporo miejsca, ale i mniejszych rzeczy spakowanych w pudła było mnóstwo. 
Stoi to wszystko teraz w gościnnym garażu naszej córki i czeka na kolejne przewiezienie, tym razem do nowego domu. Na samą myśl o tym robi mi się słabo. Znów kilkanaście kursów? Znów dźwiganie? 
Dopóki te kartony nie stanęły obok siebie, nie sądziłam, że mam tak dużo rzeczy. Przecież się odgruzowałam, tyle pooddawałam i powyrzucałam, tyle włożyłam w to pracy. Przyglądam się tym pudłom i myślę, że co najmniej jeszcze połowa z rzeczy, które je wypełniają mogłaby posłużyć komuś innemu. Co mam zrobić z tym nadmiarem? Nie chcę zagracić nowego domu, chcę mieć w nim tylko to, co rzeczywiście potrzebne.
W mieszkaniu mojej mamy, gdzie teraz przejściowo mieszkamy też zauważam nadmiar. Wydawało mi się, że zabrałam tylko to, co niezbędne. W końcu, czy dużo potrzeba na dwa, trzy miesiące takiego chwilowego mieszkania? Konieczne ubrania, kilka ulubionych książek i czasopism. Skąd więc ten nadmiar i porozkładane wszędzie rzeczy, z których nie korzystam na co dzień?
Jeszcze nie tak dawno szczyciłam się sama przed sobą tym, że oduczyłam się kupować i wydawać pieniądze bez sensu. Minimalistka, optymalistka, myślałam o sobie. Jak mogłam tak się pomylić? Oddałam trochę ciuchów, wyrzuciłam kilka talerzy, sprzedałam parę książek i myślałam, że to już? Że mam mniej? 
No mam mniej. Nie kupuję, więc rzeczy się nie mnożą. Ale jest wciąż zbyt wiele tych, które posiadam. I mam problem. Bo, o ile łatwo było mi się rozstać z rzeczami wydobytymi z czeluści szaf, o których nie pamiętałam, że je mam, o tyle z tymi, które teraz posiadam i używam choćby od czasu do czasu, już tak łatwo nie będzie. 
Sądziłam, że wykonałam krok milowy w stronę posiadania optymalnej ilości rzeczy, ale to był tak naprawdę dopiero pierwszy mały kroczek. Nawet nie. Ja dopiero raczkuję w drodze do osiągnięcia minimalizmu, bądź mojego optymalizmu. 
Na razie myśli i rzeczy mnie przytłaczają. Co robić?
Idę zaparzyć sobie herbatę, a potem pomyślę od czego zacząć. Bo, że prędzej, czy później poradzę sobie z tym nadmiarem, nie mam wątpliwości. 
Oby prędzej. 

Komentarze

  1. Oj jak ja to rozumiem... Tyle niepotrzebnych gratów wokół nas - przytłaczające...

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmmm... Fakt, że jeśli nazwę niektóre niepotrzebne rzeczy gratami, to będzie mi łatwiej się ich pozbyć. 😊

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz