Kuchnia - serce domu

Kuchnia - serce domu


Jest sama prawda w powiedzeniu, że kuchnia to serce domu. Jeszcze tydzień przed świętami w miejscu mojej kuchni straszyły puste ściany, a ja czułam się bezsilna i załamana. Szafki kuchenne pojawiły się dwa dni przed świętami. Prawdę mówiąc, nie wierzyłam, że uda się to spiąć w czasie, bo korpusy, bo kamieniarz, bo fronty. Jednak udało się. Cud bożonarodzeniowy w mojej kuchni się wydarzył. Brakuje jeszcze grafiki na ścianie za okapem i hokerów przy półwyspie, żeby wygodnie usiąść, ale to, co najważniejsze, czyli szafki i blat już mam.

W mojej poprzedniej kuchni najbardziej doskwierała mi ... samotność. Teraz kuchnia jest otwarta na salon, życie rodzinne sobie płynie, a z garnków unosi się para. Jest fajnie i wygodnie. Lakierowane szafki ustawiłam w kształcie litery U, z półwyspem, przy którym można usiąść. Dwa duże okna powodują, że jest tu bardzo widno, trudno mi nawet zrobić zdjęcia, żeby coś gdzieś się nie odbijało, jak w lustrze. Siadam czasami i obserwuję tę grę świateł, jest wyjątkowa.

Po jednej stronie mam wysoką zabudowę z lodówką, piekarnikiem i mikrofalą. Reszta to szuflady i szafki narożne z całkowicie wysuwanymi wkładami Le Mans, z wygodnym dostępem do zawartości. Bardzo przyjemnie się z nich korzysta i cieszę się, że w nie zainwestowaliśmy. Mam też miejsce na książki kucharskie i granitowy blat, o którym marzyłam. Zlew jest nieduży, za to zmywarka 60-tka. W poprzednim mieszkaniu mieliśmy taką o szerokości 45 cm i uważam, że była za mała. Stawiam na wygodę i już. Nie mam szafek wiszących i troszkę muszę się do tego przyzwyczaić. W kuchni nie jest to typowa sytuacja, choć wiele kuchni bez szafek wiszących, za to z dwoma oknami, obejrzałam, zanim zabrałam się za projektowanie własnej w takim układzie. Już widzę, że nie jest to żaden problem, a do kubków, szklanek i talerzy, które zamieszkały w szufladach, dostęp jest bardzo wygodny.

Po świętach wróciłam do normalnego trybu dnia z wczesną, poranną pobudką. Co zrobić, trzeba pracować. O tej porze roku, gdy wracam z pracy jest już niestety ciemno i czasu pozostaje mało na porządki, nie mówiąc o zrobieniu zdjęć, na których coś będzie widać. Nic na to nie poradzę, więc przestałam się tak spinać, denerwować, samą siebie poganiać i powoli rozpakowuję te sprzęty, które jeszcze do rozpakowania pozostały. Nigdzie mi się nie spieszy i daję sobie na to co najmniej kilka dni.

Najpotrzebniejsze rzeczy wyjęłam przed świętami i wpakowałam, żeby były pod ręką, bo priorytetem była Wigilia. Teraz mogę już zwolnić i na spokojnie zastanowić się, co i gdzie poukładać, żeby było wygodnie i jak najbardziej ergonomicznie. No i żeby korzystanie z kuchni było po prostu przyjemnością dla nas wszystkich. Żeby chciało się nie tylko jeść, ale też gotować i sprzątać.
















O pokonywaniu przygnębienia

O pokonywaniu przygnębienia



Życie naprawdę jest proste, jeśli tylko tego chcemy. Bo komplikujemy je sobie sami.

Z tą odkrywczą myślą budzę się dzisiaj, niewyspana, bo jakoś tak wyszło, że spać nie mogłam.

Mięśnie bolą mnie od sprzątania przedświątecznego i rozpakowywania kolejnych pudeł, ale coraz mniej ich już do rozpakowania zostało. Mam więc wybór. Albo nabzdyczyć się i narzekać, że noc kiepska i ruszać się nie mogę, ale komu tym dokopię, jeśli nie samej sobie? Albo cieszyć się, że dom coraz bardziej ogarnięty, a za mną wspaniałe święta spędzone z ludźmi, których kocham. Ja decyduję.

Warto poznać siebie na tyle, by wiedzieć, jak postawić się do pionu, jak zaradzić złym nastrojom. To kwestia treningu. No dobra, jeszcze trzeba się trochę przymusić, użyć silnej woli. Ale potem jest już tylko łatwiej. I po prostu przyjemniej się żyje.

Choć więc nie jest mi łatwo pokonać siebie i wyłażącą zewsząd niechęć do wczesnych poranków, wybieram radość z tego, co mam i z tą myślą w drodze do pracy układam sobie w głowie pomysły, co, gdzie i w jaki sposób jeszcze poukładam. Gdy dojeżdżam do celu, mam już plan na najbliższe popołudnie i w końcu czuję się tym, kim w rzeczywistości jestem - szczęściarą, która ma dom i zdrowych, kochających bliskich obok siebie.

Szczęściarą, bez względu na chandrę, przemęczenie, bolące plecy, błoto przed domem w grudniu zamiast śniegu, korki, smog za oknem, a nawet gościa, co trąbi z wyżyn swojego samochodu (bo w końcu jest mężczyzną za kółkiem i żadna baba mu nie podskoczy, a tym bardziej na światłach szybciej nie ruszy).

To wszystko mało znaczące drobiazgi, przeszkody, które popsują mi nastrój i skomplikują życie tylko wtedy, gdy sama na to pozwolę.      

Ubieranie choinki i inne rodzinne zwyczaje.

Ubieranie choinki i inne rodzinne zwyczaje.


Z przyjemnością dekoruję w tym roku mój nowy dom. I choć nie miałam czasu na wypakowanie wszystkich dekoracji bożonarodzeniowych, ani na bieganie po sklepach, by kupić nowe, to atmosfera, jaką dziś odczuwam jest niezwykła. Cieszę się ze zmian, które zaszły w naszym życiu i mam w sobie dużo nadziei na dobry czas w przyszłości. 

Ten wyjątkowy wigilijny poranek rozpoczynam od ubierania choinki. Ta czynność jest dla mnie jak powrót do dzieciństwa. Dlatego najczęściej robię to sama. Jeszcze mi ktoś potłucze moje kilkudziesięcioletnie bombki pochodzące z domu rodzinnego.


Te -dziesiąt lat temu choinkę ubierałam z dziadkiem. To był coroczny duet idealny i nikt nie miał prawa nam przeszkadzać. Musiałam być bardzo ostrożna, żeby nic się nie potłukło, to były czasy, gdy niczego się nie wyrzucało, tylko dawało do naprawy, a zniszczonej rzeczy naprawdę się żałowało. Ponieważ mój dziadek był uparty i zawsze wiedział lepiej, więc mówił mi gdzie mam powiesić którą bombkę. Kolejność była ściśle określona, najpierw lampki, obowiązkowo wcześniej rozłożone na podłodze i sprawdzone, czy świecą. Potem bombki, a na końcu łańcuchy. Raz były nawet cukierki, ale nie dotrwały do Wigilii, zjadłam je potajemnie, a potem udawałam, że nie wiem, co się stało. Nie miałam rodzeństwa, nie było na kogo zwalić, tylko to udawanie mi pozostawało. Uszło mi to wówczas na sucho, ale więcej słodyczy nie wieszaliśmy.


Tak więc własną choinkę ubieram w podobnym rytmie i nie chcę innego. Ponieważ to ja wiem lepiej, co gdzie powiesić i w jakiej kolejności, a nie ma nikogo, kto by potulnie zgodził się wypełniać w tym względzie moje polecenia, ubieram sama. Czasem mój mąż coś tam pochwyci i uda mu się to powiesić na choince, ale potem muszę przewieszać, poprawiać … co to ja mówiłam? A, że wiem lepiej co i gdzie ma wisieć.


Kolejne wspomnienie z dzieciństwa, które przerodziło się w tradycję mojego domu, to pozostawienie pustego miejsca przy stole. Babcia zawsze tego pilnowała, nie było zmiłuj. Czasami próbowałam rozstawić naczynia inaczej, luźniej poukładać potrawy, gdy nie mieściły się na stole, ale nie. Miejsce na puste nakrycie musiało być i kropka. Co z tego, że śledź wchodził na karpia, musieli się posunąć, ścisnąć, wolne miejsce na ten pusty talerz pozostawić.


Tak myślę o tym pustym miejscu już od dłuższego czasu, bo w ten wigilijny wieczór będzie mi bardzo brakowało mojej mamy, której już z nami nie ma. I widzę, że dla każdego taki talerz będzie kojarzył się z inną osobą. Albo żyjącą, ale przebywającą daleko, taką, która nie może z nami spędzić tych świąt. Albo zmarłą, która żyje już tylko w naszych wspomnieniach. I dlatego pusty talerz musi zmieścić się na moim stole wigilijnym. Najwyżej śledzia mniej podam.


Wesołych Świąt, Kochani! Pełnych tradycji i wspomnień, do których ciepło wracacie myślami.  















Czy ja jestem leniwa?

Czy ja jestem leniwa?



Zajmij się czymś, mawiała moja babcia, gdy nic mi się nie chciało i snułam się po domu w poszukiwaniu wczorajszego dnia. Zwykle wtedy znajdowałam sobie jakieś zajęcie, ale raczej było to udawanie, że coś robię, niż faktyczna aktywność. I miałam wyrzuty sumienia, że nic mi się nie chce. Do tego bałam się, że ktoś pomyśli, że jestem leniem. A ja leniem być nie chciałam. Chciałam być osobą aktywną, osiągającą sukcesy, niezmęczoną, nadążającą ze wszystkim, uśmiechniętą, zadbaną zadowoloną z siebie oraz zadowalającą wszystkich dookoła.

Cóż … Takie ideały nie istnieją. Musiało minąć trochę czasu, musiałam dorosnąć, zestarzeć się mentalnie, żeby to zrozumieć. Zmęczyłam się przy tym niejednokrotnie, udowadniając głównie samej sobie, że dam radę. Zepnę wszystko, co do spięcia pozostało. Co dotyczy mnie, moich bliskich, a często także jakichś innych, dalszych ludzi i spraw.

Dziś, bogatsza o te doświadczenia, rozumiem, że odpuszczanie sobie to nie jest lenistwo, nawet, jeśli znajdzie się ktoś, kto tak myśli. Że potrzebuję zatrzymania, chwili spokoju, choćby czasami ta chwila miała trwać dużo dłużej, niż to, co zwyczajowo chwilą nazywamy.   

Odpuszczam więc i pozwalam sobie na to, by nic nie robić. Chociaż zaraz, przecież zwykle wtedy czytam książkę, albo dziergam na drutach i intensywnie myślę! Takie to moje lenistwo, którego potrzebuję i na które sobie pozwalam.

A Wy? Jakie macie sposoby na lenistwo zwane wypoczynkiem?
Magia grudnia i rustykalne drzwi w tle

Magia grudnia i rustykalne drzwi w tle

Ulice i drzewa przystrojone lampkami, w sklepach dekoracje świąteczne. Magia grudnia widoczna jest na każdym kroku, choć najmniej w pogodzie. Gdy byłam mała o tej porze prószył już śnieg, temperatura spadała poniżej zera i czuć było zimę. Teraz zima każe na siebie czekać, bywa, że śnieg przychodzi dopiero w styczniu. Cóż, taki mamy klimat, jak już ktoś kiedyś zauważył.

Magia mojego osobistego grudnia też, że tak powiem, rodzi się w bólach. Trudno natchnąć atmosferą świąt i przystroić niewykończony i nieurządzony do końca dom. Na razie trudno nawet porządnie posprzątać, bo gdzieś wiertarka wierci w ścianie, a gdzieś po składaniu mebli zostaje masa kartonów. W garażu kolejne pudła czekają na rozpakowanie, brudno tam niemiłosiernie, wszystko mi się niesie do domu … Nie tak to sobie wyobrażałam. O tej porze miałam w planie układanie poduszek i obserwowanie drewna płonącego w kominku. Oczywiście w towarzystwie grzejącego ręce kubka herbaty cynamonowej.

Tegoroczny Adwent to dla mnie podwójne oczekiwanie. Oczekiwanie na wigilijny wieczór i oczekiwanie na uporządkowany dom. To szkoła wyższa dla mojej cierpliwości i emocji, nad którymi coraz częściej przestaję panować.

Co Wam będę dużo mówić, nie jest lekko. Zmęczenie daje o sobie znać, wizja świąt spędzonych wśród bałaganu przeraża, a w wiadomość o montażu szafek kuchennych dopiero w tygodniu przedświątecznym wciąż nie mogę uwierzyć. To dzieje się naprawdę? Jak bez kuchni przygotuję kolację wigilijną? W tej chwili radzimy sobie jakoś ze zbudowaną przez mojego męża prowizoryczną kuchnią, składającą się z kilku szafek i blatu, które docelowo przeznaczymy do użytku w pomieszczeniu gospodarczym. Ale świąt na tym nie przygotuję. Nie mówiąc już o wyglądzie tej prowizorki, niestety zbyt piękne to nie jest.  

Mimo wszystko staram się nie poddawać zwątpieniu, pocieszam się atmosferą już prawie do końca urządzonej sypialni i garderoby. Połączenie tych dwóch pomieszczeń stanowi ściana z białą cegłą, w całości nasze wykonanie (ból rąk i nóg nie do zapomnienia). Dumna jestem z niej ogromnie, wyszła dokładnie tak, jak chciałam. Do tego szerokie, rozsuwane drzwi w rustykalnym stylu, wykonane z desek podłogowych z postarzonego drewna dębowego. Projekt, wykonanie i montaż drzwi – mój mąż. Pięknie wyglądają i dodają stylu naszej sypialni, w której chciałam zachować maksimum prostoty w meblach i dodatkach. Te drzwi tworzą to „coś”. Kładę się czasami na łóżku, obok nie rozpakowane kartony z ubraniami, a ja po prostu leżę i tracę czas na przyglądanie się tym drzwiom.

Wszystkie opóźnienia w remoncie i wykończeniu domu, których ostatnio doświadczyłam, kolejny raz nauczyły mnie odpuszczać to, na co nie mam kompletnie wpływu, a skupiać się na pozytywach. Niby banał, a jednak nie jest to takie oczywiste. Skupiam się więc na pozostałych elementach związanych z nadchodzącymi świętami. Gromadzę prezenty, papier i ozdoby do pakowania, bo w najbliższych dniach mam zamiar pakować prezenty w gabinecie. Stoi w nim już biblioteczka (na razie prawie pusta) oraz biurko i urocza sofa. Po podłączeniu komputera zrobi się tu już całkiem biurowo. A gdy poukładam książki i postawię na biurku lampę – pamiątkę po mojej mamie, to usiądę przy biurku i napiszę stąd do Was kolejny post.









Bałagan poprzeprowadzkowy i Xanti na pocieszenie.

Bałagan poprzeprowadzkowy i Xanti na pocieszenie.

Nareszcie! 

Przeprowadzka dobiegła końca. Brak czasu, komputer w nie wiadomo którym pudle i przerwa w połączeniu z Internetem wymusiły na mnie tę dłuższą przerwę w prowadzeniu mojego blogowego pamiętnika.

Pracy fizycznej, jaką wraz z moją rodziną wykonaliśmy w ciągu ostatnich tygodni, nie da się z niczym porównać. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale jeszcze bardziej szczęśliwi. Święta będą w nowym domu i to bez względu na to, czy uda nam się posprzątać wszystko, czy tylko część. 

Na razie w każdym pomieszczeniu stoją nierozpakowane jeszcze pudła, część mebli jest już złożonych, część wciąż oczekuje na przywilej zaprezentowania się w całej okazałości.

Czekam ze zrobieniem zdjęć do momentu osiągnięcia takiego porządku, bym bez wstydu mogła Wam pokazać dom, ale także z innego prostego powodu: w tej chwili naprawdę nie pamiętam, gdzie jest aparat :) 

Mam jeszcze masę pracy, a niestety skończył mi się urlop, musiałam wrócić do pracy i resztę porządków oraz urządzanie muszę przenieść na godziny popołudniowe. Takie życie. 

Póki co, cieszę się tym, co już mam. Pięknym łóżkiem w sypialni z niesamowicie wygodnym materacem, który na pewno opiszę dokładnie w przyszłości. Garderobą z prawdziwego zdarzenia, w której nareszcie widzę ile mam ciuchów (sporo, wciąż sporo). Dużymi oknami z widokiem na prószący śnieg. Dębową podłogą na piętrze, a także, co niezwykle sobie cenię, ciepłymi, podgrzewanymi płytkami na parterze i w łazience (za sprawą ogrzewania podłogowego). 

Tuż przed przeprowadzką zdążyłam uwiecznić na zdjęciach skończony niedawno sweterek, którego fragment pokazywałam w tym miejscu. Potem rozpoczęło się pakowanie, a że nie korzystaliśmy z wyspecjalizowanej firmy i wszystko pakowaliśmy i przewoziliśmy sami, nie zdążyłam tego sweterka pokazać. 

Pozwólcie więc, że dziś podzielę się z Wami moim nowym udziergiem, a dom zacznę pokazywać w najbliższych dniach wraz z postępującym porządkiem i możliwością zrobienia zdjęć. 

Sweterek to niezwykle uroczy Xanti projektu Hani Maciejewskiej. 

Bardzo lubię projekty Hani, bo są doskonale rozpisane i każdy zawiera jakiś nowy dla mnie element, którego mogę się nauczyć. Daje to dużo satysfakcji z pracy i rozwija umiejętności w przyjemny sposób.

Mój Xanti powstał z Malabrigo Sock w kolorze Candombe. Fiolety i zielenie z dodatkiem niebieskiego to kolory, których brakowało w mojej garderobie. Wykończenie sweterka zrobiłam po swojemu, przede wszystkim wydłużając rękawy. Długość ¾ jesienią i zimą to nie dla mnie, jest mi po prostu za zimno w ręce. Lubię za to taki rękaw do wysokości nadgarstka, żeby było delikatnie widać zegarek i ew. bransoletkę. Rękaw nie za krótki i nie za długi, dla mnie w sam raz. Nic mi się nie majta, ale też nie odkrywa moich wiecznie zmarzniętych rąk. Zrobiłam też małą pliskę przy mankiecie, zawsze chciałam taki element wprowadzić do jednego z projektów. 

Rękawy, dół i dekolt wykończyłam inaczej, niż w projekcie Hani, jedynie cienkimi paskami niebieskiej Baby Alpaki Silk Dropsa. Krój sweterka nie tylko wyszczupla, ale także fajnie optycznie wydłuża sylwetkę. Mimo sportowego charakteru, pasuje do wszystkiego, spodni, spódnicy, jeansów. 
Lubię takie rzeczy, które są uniwersalne i bez specjalnego zastanowienia można je łączyć z wieloma innymi ubraniami. 

Sweterek nosi się świetnie, jest bardzo wygodny i dobrze się w nim czuję, co dla mnie już dawno stało się najważniejsze w wyborze ubrań. Jestem ciekawa, jak tę intensywną eksploatację zniesie Malabrigo Sock, włóczka, którą bardzo lubię za zestawy kolorystyczne, ale mniej za trwałość. Czy nie będzie się nadmiernie mechacić? Zobaczymy.

Teraz zastanawiam się, co w następnej kolejności wrzucić na druty. Ale, ale! Czy najpierw nie powinnam pomyśleć o tym, kiedy teraz, w moim nieurządzonym do końca domu, znajdę czas na dzierganie? Jedno jest pewne. Wiem, gdzie mam włóczkę :)








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger