O pokonywaniu przygnębienia



Życie naprawdę jest proste, jeśli tylko tego chcemy. Bo komplikujemy je sobie sami.

Z tą odkrywczą myślą budzę się dzisiaj, niewyspana, bo jakoś tak wyszło, że spać nie mogłam.

Mięśnie bolą mnie od sprzątania przedświątecznego i rozpakowywania kolejnych pudeł, ale coraz mniej ich już do rozpakowania zostało. Mam więc wybór. Albo nabzdyczyć się i narzekać, że noc kiepska i ruszać się nie mogę, ale komu tym dokopię, jeśli nie samej sobie? Albo cieszyć się, że dom coraz bardziej ogarnięty, a za mną wspaniałe święta spędzone z ludźmi, których kocham. Ja decyduję.

Warto poznać siebie na tyle, by wiedzieć, jak postawić się do pionu, jak zaradzić złym nastrojom. To kwestia treningu. No dobra, jeszcze trzeba się trochę przymusić, użyć silnej woli. Ale potem jest już tylko łatwiej. I po prostu przyjemniej się żyje.

Choć więc nie jest mi łatwo pokonać siebie i wyłażącą zewsząd niechęć do wczesnych poranków, wybieram radość z tego, co mam i z tą myślą w drodze do pracy układam sobie w głowie pomysły, co, gdzie i w jaki sposób jeszcze poukładam. Gdy dojeżdżam do celu, mam już plan na najbliższe popołudnie i w końcu czuję się tym, kim w rzeczywistości jestem - szczęściarą, która ma dom i zdrowych, kochających bliskich obok siebie.

Szczęściarą, bez względu na chandrę, przemęczenie, bolące plecy, błoto przed domem w grudniu zamiast śniegu, korki, smog za oknem, a nawet gościa, co trąbi z wyżyn swojego samochodu (bo w końcu jest mężczyzną za kółkiem i żadna baba mu nie podskoczy, a tym bardziej na światłach szybciej nie ruszy).

To wszystko mało znaczące drobiazgi, przeszkody, które popsują mi nastrój i skomplikują życie tylko wtedy, gdy sama na to pozwolę.      

Komentarze