Ubieranie choinki i inne rodzinne zwyczaje.


Z przyjemnością dekoruję w tym roku mój nowy dom. I choć nie miałam czasu na wypakowanie wszystkich dekoracji bożonarodzeniowych, ani na bieganie po sklepach, by kupić nowe, to atmosfera, jaką dziś odczuwam jest niezwykła. Cieszę się ze zmian, które zaszły w naszym życiu i mam w sobie dużo nadziei na dobry czas w przyszłości. 

Ten wyjątkowy wigilijny poranek rozpoczynam od ubierania choinki. Ta czynność jest dla mnie jak powrót do dzieciństwa. Dlatego najczęściej robię to sama. Jeszcze mi ktoś potłucze moje kilkudziesięcioletnie bombki pochodzące z domu rodzinnego.


Te -dziesiąt lat temu choinkę ubierałam z dziadkiem. To był coroczny duet idealny i nikt nie miał prawa nam przeszkadzać. Musiałam być bardzo ostrożna, żeby nic się nie potłukło, to były czasy, gdy niczego się nie wyrzucało, tylko dawało do naprawy, a zniszczonej rzeczy naprawdę się żałowało. Ponieważ mój dziadek był uparty i zawsze wiedział lepiej, więc mówił mi gdzie mam powiesić którą bombkę. Kolejność była ściśle określona, najpierw lampki, obowiązkowo wcześniej rozłożone na podłodze i sprawdzone, czy świecą. Potem bombki, a na końcu łańcuchy. Raz były nawet cukierki, ale nie dotrwały do Wigilii, zjadłam je potajemnie, a potem udawałam, że nie wiem, co się stało. Nie miałam rodzeństwa, nie było na kogo zwalić, tylko to udawanie mi pozostawało. Uszło mi to wówczas na sucho, ale więcej słodyczy nie wieszaliśmy.


Tak więc własną choinkę ubieram w podobnym rytmie i nie chcę innego. Ponieważ to ja wiem lepiej, co gdzie powiesić i w jakiej kolejności, a nie ma nikogo, kto by potulnie zgodził się wypełniać w tym względzie moje polecenia, ubieram sama. Czasem mój mąż coś tam pochwyci i uda mu się to powiesić na choince, ale potem muszę przewieszać, poprawiać … co to ja mówiłam? A, że wiem lepiej co i gdzie ma wisieć.


Kolejne wspomnienie z dzieciństwa, które przerodziło się w tradycję mojego domu, to pozostawienie pustego miejsca przy stole. Babcia zawsze tego pilnowała, nie było zmiłuj. Czasami próbowałam rozstawić naczynia inaczej, luźniej poukładać potrawy, gdy nie mieściły się na stole, ale nie. Miejsce na puste nakrycie musiało być i kropka. Co z tego, że śledź wchodził na karpia, musieli się posunąć, ścisnąć, wolne miejsce na ten pusty talerz pozostawić.


Tak myślę o tym pustym miejscu już od dłuższego czasu, bo w ten wigilijny wieczór będzie mi bardzo brakowało mojej mamy, której już z nami nie ma. I widzę, że dla każdego taki talerz będzie kojarzył się z inną osobą. Albo żyjącą, ale przebywającą daleko, taką, która nie może z nami spędzić tych świąt. Albo zmarłą, która żyje już tylko w naszych wspomnieniach. I dlatego pusty talerz musi zmieścić się na moim stole wigilijnym. Najwyżej śledzia mniej podam.


Wesołych Świąt, Kochani! Pełnych tradycji i wspomnień, do których ciepło wracacie myślami.  















Komentarze

  1. Jako dziecko często upierałam się, że jakaś bombka musi być w tym konkretnym miejscu, a nie w innym. Teraz mi przeszło, po prostu chcę, żeby była choinka. I nawet jak coś jest krzywo ubrane, to zupełnie mi nie przeszkadza.
    A puste miejsce... Kiedy byłam mała, zawsze był taki talerz. Ostatnio chodziłam na Wigilie, gdzie czegoś takiego nie ma i bardzo mi tej tradycji brakowało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już jestem w tym wieku, że Wigilię organizuję u siebie :) Dlatego sama staram się dbać o zachowanie tych tradycji, które są dla mnie ważne.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz