Sierpień w obiektywie (nieco spóźniony).

Sierpień w obiektywie (nieco spóźniony).

Zaległości, zaległości. Blogowe, książkowe, życiowe po prostu. Szkoda, że czas nie jest z gumy. Choć o produkcji czasu pisałam niezwykle przemądrzale w tym miejscu, to w praktyce, ale takiej wiecie, prawdziwej praktyce, okazuje się, że nawet planowanie nie jest receptą na nadążenie ze wszystkim. Mało tego, choć plan jest i to taki, że zadania niemal wysypują się z kalendarza, to część z nich jest niezrealizowana i pozostaje na jutro, pojutrze, kiedyś tam...

Winna jestem jednak, nie tylko Wam, ale również sobie, te kadry sierpniowe z mojego domu i otoczenia, żeby można było, za czas jakiś, sobie do nich wrócić i oddać się wspomnieniom. Na stare lata może? Zobaczymy.





 



 



 






 
















 


Czwartkowa czytelnia, cz. 2.

Czwartkowa czytelnia, cz. 2.



Poradniki zdominowały moje czytelnicze wybory w ostatnim czasie. Od wyjątkowo rozczarowujących dwóch książek o ikigai, japońskiej sztuce szczęśliwego życia, po "Hygge na szczęście", książce, która mnie zachwyciła. Zainteresowały mnie też pozycje o wnętrzach, kwiatach, gotowaniu oraz kilka kryminałów. Swoisty misz-masz. Ale po kolei. 

Dwie książki autorstwa duetu Hector Garcia i Francesc Miralles "Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia" oraz "Trening Ikigai. Japońska sztuka codziennej radości" kupiłam zaczarowana promocją. Mój czytelniczy nos z dość dużej odległości jest w stanie zwęszyć taką okazję. Rzuciłam się na te książki w atrakcyjnie obniżonych cenach, nie sprawdzając dokładnie ani wnętrza, ani informacji o autorach, którzy nie są Japończykami i to wydaje mi się powodem, dla którego temat ikigai potraktowali dość pobieżnie. Ikigai to sztuka odkrywania sensu życia w swojej pasji, odkrywaniu jej, rozwijaniu i pielęgnowaniu tak, aby dawała jak najwięcej satysfakcji i radości z życia. Spodziewałam się informacji o tym, jak w Japonii odkrywa się swoje pasje i jak wdraża się je w życie, celebrując chwile wypełnione ich realizacją. Niestety, obie książki traktują wprawdzie o dobrym i szczęśliwym życiu, ale jak dla mnie to trochę za mało. O samej idei ikigai mówią dwa rozdziały, reszta to trochę taki koktajl o niczym. Jestem bardzo rozczarowana. Zamierzam oddać obie pozycje do biblioteki, może tam się przydadzą.

"Hygge na szczęście" Signe Johansen pożyczyła mi córka. Uwielbiam klimat skandynawskich kryminałów, zachwycam się szwedzkim wystrojem wnętrz i duńskim designem. Po prostu lubię Skandynawię, chciałabym się kiedyś tam wybrać. Podziwiam ludzi, którzy żyjąc w dość surowym klimacie, mając tak mało słońca w ciągu roku, potrafią być tak fantastycznie nastawieni do życia. Idea hygge opiera się na znajdowaniu szczęścia w każdej chwili, czerpaniu radości z codziennych, prostych czynności, celebrowaniu wspólnych chwil w towarzystwie bliskich osób, otaczaniu się pięknymi i funkcjonalnymi przedmiotami w domu, byciu blisko przyrody bez względu na pogodę za oknem, życiu w prostocie i radość z tego, co zostało nam dane. Ja wciąż muszę sobie przypominać, że najważniejsze są prostota i umiar, wiele już się nauczyłam i wiele wprowadziłam do swojego życia, ale wciąż lubię się zainspirować i poczytać, jak to robią inni. Tak, jak wspomniałam, książka była pożyczona, ale mam ochotę kupić sobie własną, żeby móc do niej wracać. 

"Projekt rośliny" Weroniki Muszkiety i Oli Sieńko to wspaniale napisana książka o kwiatach domowych dla tych, którzy zaczynają hodować kwiaty w domu, ale także dla tych, którzy już posiadają swoją dżunglę. Ja należę raczej do tych drugich, kwiaty w domu uwielbiam, o czym pisałam w tym miejscu. Ponieważ obecnie kwiaty doniczkowe można spotkać dosłownie w każdym sklepie, to zdarza się, że jadę po mleko, albo po gwoździe, a wracam z kwiatami. "Projekt rośliny" mnie zachwycił. Książka jest bardziej opowieścią, niż poradnikiem, jakie dotychczas miałam na półce. Zawiera zarówno informacje o najważniejszych roślinach hodowanych w domu, jak również masę doskonałych zdjęć, które są wnętrzarskimi inspiracjami pomocnymi przy aranżowaniu swoich roślinnych zakątków w domu. Do tego jest pięknie wydana. Dla mnie to po prostu uczta. Przeczytałam od początku do końca, a teraz wracam do niej i wracam. 

Marty Dymek z bloga Jadłonomia chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jej kuchnia roślinna podbiła i zaskoczyła już niejedno podniebienie. Książkę kucharską pod tym samym tytułem przeglądałam już nie jeden raz w księgarni, ale jakoś nigdy nie kupiłam. Teraz dostałam egzemplarz od koleżanki i od razu zaczęłam żałować, że tak późno stała się moja. Przepisy są zachwycające. Czasami zaskakują doborem składników, wszak to kuchnia roślinna, dla mnie nie do końca zgłębiona. Powoli jednak dążę do tego, by jeść znacznie więcej warzyw, niż obecnie, dlatego ta książka jest dla mnie nieocenioną inspiracją. Z wielką przyjemnością czytam przepisy i oglądam zdjęcia potraw, nawet, gdy nie mam zamiaru gotować.

Uwielbiam magazyny wnętrzarskie i po prostu nie mogę się bez nich obejść. Prenumeruję "Elle Decoration" i jak dziecko z wypiekami na twarzy zaglądam do skrzynki, czy już tam na mnie czeka. Oczywiście kupując skrzynkę, zwracałam baczną uwagę na to, by była pojemna i miała wymiary dostosowane do prenumeraty czasopism. Z kolei "Dobre wnętrze" zaprenumerowałam w wersji elektronicznej, żeby nie gromadzić zbyt dużo papieru. Początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić, zdawało mi się, że kolorowe pismo wyświetlone na ekranie komputera to pomyłka, ale już się przyzwyczaiłam i teraz cenię sobie przede wszystkim możliwość powiększenia różnych ciekawych dla mnie szczegółów i dokładnego ich obejrzenia. Przeglądając ostatnio inne tytuły wnętrzarskie, natknęłam się na dwa inspirujące magazyny, których nie znałam: "Wnętrza. Inspiracje" oraz "Otoczenie domu". Oba bardzo ciekawe, z mnóstwem inspiracji domowo-ogrodowych. Bardzo mi się spodobały, ale regularnie raczej ich kupować nie będę, biblioteczka i tak zaczyna pękać w szwach. 

Zachęcam Was do rozwijania swoich pasji przy pomocy ciekawej prasy. Pięknie wydanych tytułów jest mnóstwo i łatwo znaleźć coś dla siebie. Poza tym taki stosik kolorowych czasopism potrafi pięknie zaprezentować się we wnętrzu, dodając mu smaku i ukazując rąbek charakteru gospodarzy.

W ślad za magazynami wnętrzarskimi, z równą ciekawością podążam za albumami, przedstawiającymi wnętrza. Trochę przez przypadek, bo szukałam w księgarni czegoś innego, wpadł mi w oko album "Homebook Design vol. 4". Mówię Wam, cudo. Książka zawiera trzydzieści projektów wnętrz, zrealizowanych przez polskich projektantów. Piękne zdjęcia i masa pomysłów do wykorzystania u siebie w domu. Takie pozycje mogę przeglądać w nieskończoność.

A na zakończenie dzisiejszej czytelni proponuję trochę beletrystyki z gatunku książek około kryminalnych. Robiłam kilka podejść do tak popularnych ostatnio i wszechobecnych na półkach pozycji autorstwa Remigiusza Mroza i troszkę dziwię się zachwytom oraz wszelkim ochom i achom nad jego pisarstwem. Przeczytałam dwa kryminały, "Zaginięcie" i "Behawiorysta", oba z różnych cyklów, tak dla sprawdzenia stylu i poziomu tych książek. Pierwsza z nich nawet mnie wciągnęła, dobra intryga, pozornie niemożliwa do rozwikłania, ale główna bohaterka, pani Chyłka tak mnie irytowała, że nie miałam ochoty sięgnąć po kolejne powieści z jej udziałem. Spróbowałam także odnaleźć się w klimacie spraw prowadzonych przez byłego prokuratora Gerarda Edlinga i tu było jeszcze gorzej. "Behawiorysta" to książka, w której, autor skupił się na dokładnych opisach odcinanych kończyn, zbroczonych krzepnącą krwią, ale kompletnie zaniedbał fabułę, którą uważam za zwyczajnie nudną. Ponadto styl tej książki przypomina wypracowanie czwartoklasisty. Przepraszam pana Remigiusza, ale to był jeden z najgorszych kryminałów, jakie czytałam.

Jednak, żeby nie było, że tylko krytykuję, to zdołałam polubić autora, jako Ove Logmansbo. To pseudonim, pod którym została wydana jego trylogia z cyklu Vestmanna. "Enklawa", "Połów" i "Prom" to trzy powieści zdecydowanie inne, niż książki "polskie" i moim zdaniem, zdecydowanie lepsze. Rzecz dzieje się na Wyspach Owczych i ma klimat i fabułę, jak z najlepszych powieści skandynawskich autorów. Lubię przenieść się na trochę do takiej małej, zamkniętej społeczności skandynawskiej i podglądać, jak tam żyją ludzie, jak zmagają się z przyrodą i swoimi własnymi demonami, które mieszkają w ich wnętrzach. Lubię dobrze zarysowane postaci z ich charakterami, które odkrywa się strona, po stronie. To wszystko znalazłam w skandynawskiej trylogii pana Mroza vel Logmansbo i teraz z uwagą śledzę jego wyjątkowo płodną twórczość, sprawdzając, czy nie pojawi się kolejna seria książek podobnych do tej trylogii.

Podsumowując dzisiejszy post, napiszę krótko: czytajcie, Kochani! Gazety, czasopisma, książki, co tam wolicie, ale czytajcie, bo to niesłychanie rozwijające i przyjemne zajęcie.








Jak żyć zdrowo?

Jak żyć zdrowo?

ogród

Zauważyliście, że człowiek ma w swojej naturze coś, co popycha go do unicestwiania samego siebie? Buduje, jednocześnie burząc. Dokonuje odkryć, które mogłyby służyć, ale okazuje się, że niszczą. Albo toczy wojny i podbija innych, przez co ginie masa ludzi, albo, żyjąc w czasach względnego pokoju i dobrobytu, wymyśla coraz to nowe sposoby, jak by tu sobie zaszkodzić w sposób bardziej subtelny i z pozoru niezauważalny. Tworzy żywność, która powoduje choroby. Zanieczyszcza i niszczy środowisko, przez co żyje w świecie, w którym każdy kolejny oddech jest zatruty. Wymyśla technologie, które są wspaniałe, ale szkodzą zdrowiu. W pędzie za pracą i pieniędzmi, żyje w stresie i niedosypia, martwiąc się, że wciąż ma za mało. Czasami myślę sobie, że człowiek oszalał. Ma na wyciągnięcie ręki efekty swoich zabiegów, dostęp do najnowszych badań, które pokazują, co jest dla niego dobre, a co nie i dalej brnie w samozagładę, nie wyciągając wniosków i nie myśląc. 

Jak w takim świecie zdrowo żyć i przeżyć? Ja dochodzę do wniosku, że nie wiem. Szacuje się, że za kilka lat w Polsce co trzecia osoba zachoruje na jakiś rodzaj nowotworu. Nie wygląda to optymistycznie.

Przeczytałam ostatnio, że najnowsze badania wykazują szkodliwy wpływ telefonów komórkowych na nasz mózg. Badacze zalecają rozmawiać przez telefon trzymając go z dala od głowy. Czy to oznacza, że człowiek wynalazł telefon po to, by ostatecznie nie móc używać go do swobodnej komunikacji? Co by pomyślał Alexander Bell, gdyby mu ktoś powiedział, że jego wynalazek stanie się kiedyś urządzeniem, jakim jest dziś? Fantastycznym, rozbudowanym smartfonem, pełnym muzyki, zdjęć, filmów, czego tylko dusza zapragnie, ale że nie można zbliżyć go do głowy, aby porozmawiać, bo to szkodzi. Pomyślałby pewnie, że człowiek oszalał, modyfikując urządzenie służące do komunikacji w taki sposób, że nie można go swobodnie używać. Choć może w tym szaleństwie jest metoda, bo inaczej nie byłoby takich technologii, jak dziś, na czele z internetem, który ja osobiście uważam za najważniejszy wynalazek XX wieku. Oby najnowsze badania nie pokazały, że internet szkodzi.

Wiemy też jak bardzo mamy dziś niezdrową, przetworzoną żywność, którą karmimy się aż do przejedzenia. Jedzenie to podstawowa potrzeba, ale człowiek już dawno pomylił jedzenie z przejedzeniem. Jak to się dzieje, że robiąc zakupy, wciąż mam za dużo rzeczy w koszyku, wciąż za dużo kupuję? W efekcie albo jestem przejedzona, albo marnuję jedzenie. Albo i jedno i drugie. Pracuję nad tym, robiąc listy zakupów, próbując kupować bardziej z głową, ale wciąż daleko mi do ideału. Zawsze kupię coś spoza listy, zawsze coś wydaje się przydatne. A już robiąc zakupy bez listy, kompletnie idąc na żywioł, mam wrażenie, że to zakupy panują nade mną, a nie ja nad nimi. Kolejna sprawa to jakość tych produktów, które mam w koszyku. I naprawdę czytam etykiety, sprawdzam skład produktów, bardzo się staram, by nie jeść tych wszystkich konserwantów. Ale czasami mam wrażenie, że uwolnię się od nich w pełni tylko wtedy, gdy posadzę marchewkę w ogródku i uczynię ją jedynym składnikiem moich posiłków. Tylko jak tu powiedzieć mojej rodzinie, że od jutra tylko marchewka?

Był kiedyś taki program kulinarny w telewizji, w którym Amerykanka, Rachael Ray, przygotowywała posiłki w 20 minut. Miały być smaczne, szybkie i zdrowe. Żeby przygotować przeciętny posiłek dla rodziny, potrzeba przecież więcej czasu, niż te 20 minut, stąd pomysł ten wydawał mi się nieco naciągany. Jednak ta pani wyrabiała się w 20 minut, ponieważ używała głównie półproduktów, warzyw w puszkach, wstępnie przygotowanych produktów, które można kupić już nie tylko w amerykańskich, ale i w naszych sklepach. Czy takie posiłki, mimo, że przygotowane w domu, są zdrowe? Wątpię. Bo chociaż powszechnie wiadomo, że jedzenie domowe jest zdrowsze od gotowego, to kluczowe znaczenie ma to, z czego gotujemy i jakich składników używamy. Jak zrobić to zdrowo, skoro w sklepach mąka mocno przetworzona, mięso hodowane na antybiotykach, a w wędlinach więcej konserwantów, niż samej wędliny? Szukam nieustannie odpowiedzi na to pytanie i dotychczas nie znalazłam satysfakcjonującej.

Od zawsze było wiadomo, że ruch na świeżym powietrzu sprzyja zachowaniu zdrowia i dobrej kondycji. Sama chętnie przebywam na dworze, chociaż z tym ruchem to u mnie różnie bywa. Ale dookoła bombardują nas informacje o takim zanieczyszczeniu powietrza, że zaleca się raczej siedzieć w domu, a dodatkowo zaopatrzyć się w filtr oczyszczający powietrze w pomieszczeniu. Kolejne szaleństwo. Czy świat całkiem zwariował? Jakiś miesiąc temu zaczęłam korzystać z aplikacji, która informuje o jakości powietrza w mojej okolicy. Po miesiącu byłam tak zdołowana tym, co mi ta aplikacja podpowiadała, że ją odinstalowałam. Miałam dość codziennych komunikatów o konieczności pozostania w domu z powodu obecnych w powietrzu zanieczyszczeń.  

Żyję w świecie, w którym nie potrafię uchronić siebie, ani swojej rodziny przed skutkami nowoczesnych technologii, niezdrowym powietrzem, w końcu skutkami niezdrowego odżywiania. Marna to puenta i niestety, pytanie postawione w tytule, na razie pozostaje dla mnie bez odpowiedzi.


 
   
Zupa z dyni. Przepis idealny.

Zupa z dyni. Przepis idealny.

przepis na zupę z dyni
Moja babcia wyznawała zasadę, że w porządnym domu codziennie musi być zupa. Z przyjemnością stwierdzam, że dom mam porządny, ponieważ zupy uwielbiam i często je gotuję, choć przyznaję, że nie codziennie.

Lubię prostotę, a w gotowaniu przejawia się to tym, że szybkie i nieskomplikowane przepisy, składające się z małej ilości składników, łatwo podbijają moje kulinarne serce. Tak też było z zupą z dyni, którą gotuję od bardzo dawna. Używałam różnych dodatków, testując różne przepisy, dodając i eliminując składniki tak, aby znaleźć najbardziej odpowiadający mi smak. Gdy go w końcu znalazłam, jestem mu wierna. Zupa jest prosta i szybka w wykonaniu, a smakuje znakomicie. 

Obecnie różne rodzaje dyni są dostępne w sklepach przez cały rok, co mnie niezmiernie cieszy, bo nie muszę czekać do jesieni, aby móc sobie tą zupą poprawić humor. Szczególnie w deszczowy i chłodniejszy, letni dzień. Jak na prosty przepis przystało, mamy tu tylko trzy składniki i przyprawy. Potrzebujemy zaledwie pół godziny czasu wolnego i możemy zajadać się tą lekkostrawną zupą, która, dzięki dodatkowi kurkumy, świetnie działa na cały przewód pokarmowy. Dla osób mających jakiekolwiek problemy z żołądkiem, zupa z dyni nie powinna wcale wychodzić z menu. Spróbujcie. 

Przepis na zupę z dyni. 

Składniki:
- 1 nieduża dynia
- 1/3 puszki mleka kokosowego
- 4 łyżki dobrej oliwy z oliwek (ja najbardziej lubię grecką, bo nie ma goryczki, typowej dla oliwy hiszpańskiej)
- 1/3 łyżeczki soli
- 1/3 łyżeczki kurkumy
- pieprz do smaku

Wykonanie:
Dynię myjemy, przekrawamy na pół, wydrążamy nasiona i kroimy na kawałki. Dobra wiadomość dla osób, które odstrasza obieranie. Jeśli użyjecie dyni piżmowej, jak ja, nie musicie jej obierać. Skórka nadaje się do jedzenia i będzie po ugotowaniu miękka, jak sama dynia. 
Wrzucamy pokrojoną dynię do garnka, wlewamy wody mniej więcej do wysokości połowy dyni i gotujemy ją pod przykryciem ok. 20 minut. Po tym czasie blendujemy całość na gładki krem, dodajemy mleko kokosowe, oliwę i przyprawy. Jeszcze chwilę blendujemy i mamy gotową, lekkostrawną i pyszną potrawę. Ja lubię posypaną pestkami dyni, ale można posypać także posiekaną natką pietruszki, dodać grzanki, albo co kto lubi. 
Smacznego!  

przepis na zupę z dyni

przepis na zupę z dyni

przepis na zupę z dyni



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger