Męski świat.

Męski świat.

Jest w mojej rodzinie srebrna papierośnica, a wewnątrz niej wygrawerowana data ślubu moich dziadków oraz imię babci. Bardzo cenna to dla mnie pamiątka, bo mój dziadek otrzymał ją od babci w prezencie ślubnym. Był rok 1938 i miano widać taki zwyczaj, by panna młoda ofiarowywała coś swojemu przyszłemu mężowi. Męski prezent. Przez wiele lat mogłam obserwować wspólne życie moich dziadków, ich niezwykle delikatne względem siebie uczucia i wielka to była dla mnie szkoła miłości wzajemnej i oddania. Przeżyli ze sobą 64 lata, a miłość, którą między nimi widziałam, była jak ta papierośnica, wygrawerowana w ich sercach na zawsze. 

Wiele się zmieniło od tamtej pory w relacjach damsko-męskich, ale czy na korzyść, to już temat na inny post.

Ja też lubię robić prezenty, sprezentowałam więc mojemu mężowi sweterek. Nie była to niespodzianka. Ponieważ sama robiłam go na drutach, trudno byłoby taki fakt ukryć. Jednak prezent bez niespodzianki też jest, mam nadzieję, rzeczą przyjemną. Lubię włóczkę Alpaca Silk od Dropsa. Ma świetny skład. Zgodnie z nazwą, jest to mieszanka alpaki i jedwabiu. Jest niesamowicie miękka, lekko lejąca, a nitka ma delikatny połysk. Przyjemnie się z niej robi i jak na tak dobry skład ma dość przystępną cenę. Wybrałam mój ulubiony granatowy kolor, niech się stanie także ulubionym kolorem mego męża. Tym bardziej, skoro postanowiłam, że granatem otoczymy się w domu. Sweter robiłam prosto, bez wzoru, zupełnie z głowy. Taki prosty raglan, co to do wszystkiego pasuje. Nie jest to może prezent na miarę srebrnej, grawerowanej papierośnicy, również okres zaręczynowy mamy już za sobą tak daleko, że czasami zastanawiam się, czy w ogóle miał miejsce, ale prezent to prezent. W ten sposób męski świat naszej wspólnej garderoby powiększył się nieznacznie o ten granatowy sweterek.

W ostatnim czasie granaty zdominowały moją głowę. Jeszcze niedawno czułam, że potrzebuję oddechu od porządkowania, układania i rozpakowywania, ale także od dekorowania. Zbyt dużo było do zrobienia, czułam się zmęczona, przeładowana bodźcami i nie mogłam się skupić na szczegółach. Czułam też, że nie mam w głowie żadnej wizji tego, jak miałyby wyglądać nasze wykończone wnętrza. Stały meble, mieszkaliśmy już, ale brakowało mi pomysłów na ten ostateczny sznyt. Jakby się pozamykały wszystkie szuflady w mojej głowie z pomysłami na aranżacje. Odłożyłam więc dekorowanie na jakiś nieokreślony czas w przyszłości, kiedy to pomysły do mnie wrócą.

Długo nie musiałam czekać, lubię zmieniać wnętrza, więc i pomysły na wykończenie domu dodatkami zaczęły się pojawiać. Rozpoczęłam od sypialni, a powód był banalny, brakowało mi podparcia pod plecy w postaci poduszek podczas czytania, więc ich zakup był konieczny. A dalej to już samo poszło.

Nie chciałam przeładować sypialni dodatkami, ale też nie chciałam, żeby zostały zupełnie puste ściany. Ponadto zależało mi na tym, żeby dekoracje nie były takie babskie, rozumiecie, w końcu sypialnia jest nie tylko moja, to także męski świat i chcę żeby mój mąż poczuł się tu dobrze. Zbyt dużo, dajmy na to różu, mogłoby to poczucie nieco zaburzyć. Postawiłam więc na mój ulubiony granat, który wydaje mi się, dobrze odnajduje się także w męskim świecie. Poza tym chciałam jak najwięcej naturalnych materiałów, głównie bawełny, żeby się wszystko ładnie komponowało z pościelą, która i tak jest widoczna. Co prawda jeden koc jest sztuczny, ale mięciutki i bardzo go lubię, nawet nie elektryzuje się zanadto i fajnie jest się nim owinąć. 

Do tego doszły półki, ale nie chciałam ich dużo, bo przecież ktoś musi potem ścierać gromadzący się na nich kurz. Zależało mi też na spójności z naszymi dębowymi drzwiami do garderoby, które są na tyle mocnym akcentem w sypialni, że nie chciałam, by coś z nimi konkurowało. Nikogo już chyba nie zaskoczę pisząc, że półki wykonał mój mąż. Powstały z tego samego drewna, co drzwi do garderoby i są fajnym ich dopełnieniem. Jeszcze odrobinę dodatków na ścianach i naprawdę jestem zadowolona z efektu. Bez przeładowania, tak jak chciałam.

Podoba mi się ten granatowy, lekko męski świat naszej sypialni.



























Moje kulturalne przyjemności styczniowe.

Moje kulturalne przyjemności styczniowe.

Kłócę się i walczę z upływającym czasem. Nie pozwalam mu przepływać obok siebie niezauważenie. Biję się o każdą sekundę, aby wypełnić ją czynnościami, które coś znaczą, aby żadna chwila nie została zmarnowana. Świadomość przemijania wzrasta u mnie wprost proporcjonalnie do wieku.

Nie zawsze wygrywam z czasem. Niejednokrotnie mam na koncie tak wiele przegranych i tak męczy mnie ta codzienna walka, że mam ochotę usiąść na kanapie i powiedzieć mu - wygrałeś. Wygrałeś, na niczym mi nie zależy, jestem zmęczona, mam dość. Siadam i nie wstaję więcej. Płyń sobie dalej sam, ja tylko popatrzę. Na szczęście to uczucie przemija, a chęć do walki powraca. A że jest sporo rzeczy, które lubię robić i które wiele dla mnie znaczą, walczyć muszę codziennie. Czasu więcej nie dostanę, tym się żądzę, co mam. Zwykle wymaga to niezłej gimnastyki, żeby przy codziennych obowiązkach wygospodarować trochę czasu na przyjemności kulturalne. Ale muszę. Muszę, bo inaczej się uduszę. Czytam więc, a czego przeczytać nie mogę, słucham. Oglądam, zwiedzam. Zwyczajnie, kulturalnie się rozwijam.

Z powodu czasu wypełnionego urządzaniem domu i pewnej zmiany w mojej rodzinie, o której być może wkrótce, styczeń nie obfitował kulturalnie, niemniej jednak coś tam udało się zrealizować.

Przede wszystkim książki. Czytam jak dziecko. Przynajmniej dwadzieścia minut dziennie. Codziennie. Muszę naprawdę padać na twarz, żeby sobie odmówić tej przyjemności. Zwykle czytam tuż przed snem, w łóżku. Uwielbiam to. W styczniu rozgościły się u mnie "Tokimeki", autorstwa Marie Kondo oraz "Drugie dziecko" Charlotte Link.

Jak przystało na osobę z wielkimi aspiracjami do zostania minimalistką w niedalekiej przyszłości, zgłębiam to, co się w tym temacie pojawi. Na książkę Marie Kondo od dawna miałam chrapkę, bo pani ta ma fajne podejście do sprzątania i jeśli wierzyć temu, co o niej w sieci napisano, wiele bałaganów z życia swoich klientów wyrzuciła. Jest kimś w rodzaju doradcy pomagającego uporać się z zagraceniem domu. Proponuje nie skupiać się na tym, co chcemy wyrzucić, ale na tym, co chcemy zatrzymać. Czytałam też poprzednią jej książkę "Magia sprzątania" i wydaje mi się, że była lepsza, taka bardziej świeża. Tu się sporo rzeczy powtarza, ale może to kwestia tego, że w teorii wiem już chyba wszystko o minimalizmie i porządkowaniu przestrzeni i niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć. A gdy już w końcu wykorzystam całą tę wiedzę w praktyce, to dopiero będzie pięknie, czysto i pachnąco wokół mnie.

"Drugie dziecko" Charlotte Link to książka, do której zrobiłam drugie podejście. Pierwszy raz zaczęłam ją czytać, gdy zachorowała moja mama i odłożyłam z braku czasu. Potem długo kojarzyła mi się z tamtym trudnym okresem. Spacerami po szpitalnym korytarzu, fotelem na sali, w którym przesiadywałam, czekając aż spłynie kroplówka lub przetoczy się krew. Nie potrafiłam do tej książki wrócić. Teraz sięgnęłam po nią ponownie i przeczytałam od początku do końca. Myślę, że nie było to moje ostatnie spotkanie z Charlotte Link. Może nie jest to literatura wielkich lotów, ale zgrabnie napisana, z ciekawym wątkiem, wciągająca. Nie napiszę Wam klasycznej recenzji, bo nie lubię tego robić. Polecam, jeśli lubicie zagadki z dawnych lat z bardziej lub mniej oczywistym zakończeniem i kilkoma naprawdę udanymi portretami psychologicznymi.

Udało mi się także w styczniu być w muzeum. Bardzo chciałam zobaczyć Biedermaiera w warszawskim Narodowym, na którą to wystawę dostałam bilety w prezencie, a która na początku miesiąca miała się zakończyć. Zdążyłam dosłownie w ostatniej chwili, dwa dni przed zamknięciem wystawy. Mam pewien problem z wystawami czasowymi, czuję po ich obejrzeniu pewien niedosyt. Idę, oglądam i za każdym razem ze zdziwieniem stwierdzam, że to już koniec. Czy to wszystko, co udało się kuratorom sprowadzić i zestawić? Zawsze, ale to zawsze chciałabym więcej. Podobnie było i teraz. Podobało mi się bardzo, szczególnie meble i stroje z epoki zrobiły na mnie duże wrażenie, ale chciałabym jeszcze. Stałam tam i myślałam sobie, jak oni wtedy żyli. Bez telefonu, którym można fotografować? Bez internetu, w którym można później te zdjęcia pokazać? Nie do wiary.

Lubię seriale. Trudno się od nich oderwać, chciałoby się zobaczyć wszystkie odcinki na raz, co zwykle, przy konieczności załatwiania podstawowych potrzeb fizjologicznych, jak jedzenie i sen, nie jest możliwe. Dawkuję je więc sobie i mężowi, który w oglądaniu seriali jest moim towarzyszem niezastąpionym. Bo coś w tym jest, że w pojedynkę oglądany serial, to nie to samo, co serial oglądany we dwoje. W styczniu gościł u nas Manhunt Unabomber. Jest to historia oparta na faktach, opowiadająca o człowieku, który przez wiele lat podkładał bomby, ranił i zabijał ludzi i nie pozwalał się złapać. Z drugiej strony, jest to historia o człowieku, który swoim uporem i determinacją, a także wyjątkową umiejętnością dedukcji, doprowadził do złapania tytułowego Unabombera. Dwie wyjątkowe osobowości, dwie ciekawe psychiki. Uciekinier i goniec. Świetne. Polecam, szczególnie, jeśli macie dostęp do Netflixa. Nie przegapcie tego filmu.

Tak, jak napisałam, lubię czytać książki, ale też nie pogardzę dobrym słowem zapisanym w sieci. Mam kilka ulubionych blogów, do których zaglądam, rzadko szukam nowych, bo zwyczajnie szkoda mi czasu na przeczesywanie internetu. Czasem jednak coś wpadnie mi w oko nagle i bez uprzedzenia walnie moją szczęką o podłogę. Ze zdziwienia, że można tak dobrze pisać i nie być rozchwytywaną, poczytną autorką książek wydawanych w milionach egzemplarzy, za którą uganiają się paparazzi. Znalazłam więc Izę, której teksty na temat książek zwaliłyby mnie z nóg, gdybym czytała je stojąc. Dzięki niej wczoraj wróciłam do jednej z moich ulubionych pozycji i zaczęłam czytać "Wichrowe wzgórza". Właśnie pertraktuję z czasem, żebrząc o darowanie mi kilku minut więcej każdego wieczora, by móc się ponownie i w pełni tą książką nacieszyć.














    






Gdy zapada zmrok nie pytaj mnie, dlaczego się boję.

Gdy zapada zmrok nie pytaj mnie, dlaczego się boję.



Uczę się mojego domu. Wdycham zapach drewna leżącego przy kominku, drewnianej podłogi, mebli, w których wciąż mieszka zapach stolarni. Oswajam odgłosy, które jeszcze nie całkiem są moje.

Pozwalam, by dom do mnie szeptał. Nie wszystkie szepty już poznałam, wciąż pojawiają się nowe, nieznane. Rozkoszuję się nimi, przechadzam się w ciszy, która sprzyja poznaniu, sprzyja przyjaźni. Wkrótce miłości. Pokocham mój nowy dom, tego jestem pewna. Jednak, jak w każdej relacji, potrzebuję czasu, by zaufać. Ufność to poczucie bezpieczeństwa, dlatego ufność rodzi się w ciemności. Potrzebuje warunków na wskroś ekstremalnych, by się utrwalić.


Ufność do mojego domu rodzi się we mnie powoli. Wzrasta z każdym dniem i z każdą nocą. A dom zmienia się nie do poznania nocą, gdy zapada zmrok. Mniej pachnie ciepłym drewnem, za to bardziej chłodnym powietrzem, wpadającym przez uchylone okno. Wystarczy odrobina wyobraźni, by stwierdzić, że jest mniej bezpieczny. Tu, nocą, narodzi się więc zaufanie, które będzie trwałe. Wiem o tym doskonale, dlatego jestem bardziej czujna w czasie, gdy zostaję sama. Jako kilkudniowa słomiana wdowa, odkrywająca dom z duszą na ramieniu pokrytym cieniutkim płaszczem strachu, mam więcej szans na uzyskanie zaufania. Moje atrybuty to zwolnione ruchy i słuch wyostrzony tak, że słyszę każdy, nawet najmniejszy stukot. I nie przeszkadza mi, że to głównie stukot mojego własnego serca. W ciszy wszystko brzmi wyraźniej.


Cisza w domu jest inna, niż niegdyś cisza w bloku. Tam nieustannie słychać sąsiadów gadanie, dzieci pokrzykiwanie, odgłosy zza ściany. Postukiwanie góra, dół. Tu cisza jest inna. A cisza w ciemności jest ciszą zupełną. Przerywaną jedynie odległym szczekaniem psa, czasem warkotem przejeżdżającego samochodu. Ciemność wyostrza zmysły. Ale, gdy jej pozwolić, ciemność męczy. Wszystko wyolbrzymia. Pozwala by strach miał wielkie oczy z mocno rozszerzonymi źrenicami, mięśniami napiętymi jak struny i spłyconym oddechem. Objawy tak naturalne jak kichnięcie, trudno nad nimi zapanować.


Świt przynosi ulgę tak nagle, że wydaje się, jakby nocy nie było. Dom znów pachnie sobą. Drewnem, kawą, tostami, czym zechcę. Mój dom. Moje miejsce. Już prawie, prawie oswojone.
  








O tym, że zimą czapka jest absolutnie niezbędna.

O tym, że zimą czapka jest absolutnie niezbędna.

Przyszła zima. Tęskniłam, to mam. Odśnieżam sobie co rano samochód, szyby skrobię, ulicami zaśnieżonymi sunę, starając się nie przeklinać w duchu, tylko pamiętać, że sama chciałam. 
W sumie przyjście zimy w styczniu łatwo przewidzieć. W ostatnich latach taki scenariusz się powtarza. W grudniu błoto po pachy, a w styczniu zimopodbna aura, nie mająca wprawdzie nic wspólnego z zimą z mojego dzieciństwa, ale zawsze lepsza taka zima, niż żadna. 

Przewidując więc, że zimno zrobi się w styczniu, w grudniu wydziergałam sobie czapkę. Działo się to w ukryciu, potajemnie, żeby się nikt nie zorientował, bo akurat dziergałam sweter dla męża i głupio by było tak z tą czapką wyskoczyć w międzyczasie. Że może nie chce mi się tego swetra skończyć, czy coś. Że zawsze tylko o sobie myślę, jeśli chodzi o druty i dla innych nie dziergam. 

Lubię dziergać dla siebie, to fakt. Jestem w tym temacie modelową egoistką. W sumie nie wiem z czego to wynika, może ze strachu, że coś, co zrobię, nikomu się nie spodoba. Albo, że jak się tak napracuję i z robótką zżyję, zrosnę niemalże, to szkoda mi się z nią będzie rozstać. Godzin spędzonych na robieniu na drutach nie da się tak łatwo wyrzucić z serca. Trochę to jak miłość jest. Miłość do drutów i do włóczki. Tej już przerobionej i tej zalegającej w pudełkach, czekającej na wymarzony projekt.   

Z drugiej strony chyba dojrzałam już do tego, aby na kimś zobaczyć swoją własną pracę. Na kimś na tyle bliskim, żeby zbytnio nie stracić własnego udziergu z oczu. Czyli na mężu będzie idealnie. Będę mogła dotknąć tego sweterka, kiedy zatęsknię. Złożyć go pięknie, obejrzeć, jak leży w garderobie na półce, sprawdzić, czy jest bezpieczny. Wyprać, wysuszyć, słowem zadbać o niego, jak o swój własny.  Tak to ja mogę się z własnym udziergiem rozstać. Komuś podarować. Tak, żeby był na wyciągnięcie ręki. 

Sweter już skończyłam, blokuje się właśnie, by osiągnąć idealną pod względem wymiarów formę. Z nadzieją odważę się napisać, że obfotografuję i pokażę wkrótce. 

Wracając do czapki. Piękne to czasy nadeszły, że czapka stała się pożądanym elementem garderoby. Gdy dorastałam, czapkę upychało się na dnie plecaka zaraz za pierwszym zakrętem po opuszczeniu domu. Byleby tylko mama z okna nie widziała. Uszy przemarznięte, skronie lodowate, ale moda to moda, nie można jej było, ot tak, lekceważyć. Na szczęście dziś jest inaczej. Mały, czy duży, młody, czy stary, czapkę po prostu wypada mieć. Ja najbardziej lubię te z wysokiej jakości włókien. Naturalnych, miłych w dotyku, takich, których nie chce się zdejmować z głowy. Nie lubię akrylu i z akrylu nie dziergam, szkoda mi na to czasu. Dla mnie ani to ładne, ani praktyczne, bo włos mi się elektryzuje tak, że po zdjęciu czapki z głowy w niczym nie przypominam człowieka. 

Mam więc czapkę na obecną zimę. Czapkę według wzoru mojej ulubionej projektantki, Hani Maciejewskiej, u której jak zwykle prostota miesza się z efektownym, ale niezbyt trudnym do wykonania wzorem, wyglądającym jak milion dolarów. Czapkę z pomponem, żeby nie było, zgodnie z najnowszymi trendami w modzie. Trendów co prawda nie śledzę, ale tak mi się coś obiło o uszy, że pompon króluje w tym roku. 

Oto ona. Moja nowa, wełniana, przemiła w dotyku Basia. I co za imię dla czapki, prawda? Aż chce się zaprzyjaźnić. Jej kolor w rzeczywistości trochę bardziej wpada w zieleń, ale dla mojego aparatu było to zupełnie obojętne.










    
Bardzo się polubiłyśmy, moja kuchnia i ja.

Bardzo się polubiłyśmy, moja kuchnia i ja.

Uczę się mojej nowej kuchni. Jeszcze coś tam przestawiam, przesuwam, dla każdego z przedmiotów chcę znaleźć jak najlepsze miejsce. A to przyprawy w tej szafce, a to w tamtej, bo jednak tak wygodniej.

Blaty przecieram, żeby się błyszczały, choć to niepotrzebne, bo brudu na nich nie widać, a ten akurat granit błyszczy się sam z siebie. Ale jaką mam przyjemność z machania ścierą, to ja jedna tylko wiem.

Z przyjemnością też gotuję. Jakoś tak bez pośpiechu, żeby móc nacieszyć się tą moją nową przestrzenią. Nie żebym wcześniej gotowała bez przyjemności. Lubię gotować. Ale teraz mam tej przyjemności po prostu więcej. Nowe cieszy. I to jak.

Ponieważ wciąż odczuwam ciężkość i przejedzenie poświąteczne, to w ostatnich dniach tłukę kotlety jedynie dla męskiej części rodziny (nie ma mięsa, kochanie?... ja to muszę jeść mięso, mamo...), a dla siebie wybieram mniej śmiercionośne dania. Prawda o mnie jest taka, że lubię jeść rzeczy, które inni uważają za dziwne. Łączę smaki niekonwencjonalnie i ... sama sobie potem te smaki smakuję. Moi mężczyźni są ostrożni w eksperymentowaniu, tradycyjni do szpiku kości, szpik ten lubią wysysać, kości ogryzać, mięskiem się delektować. A ja sama na sobie eksperymentuję. W końcu kto bogatemu zabroni?

Z ostatniego takiego eksperymentowania wyszła całkiem pasująca mojemu podniebieniu wariacja na temat kaszy gryczanej. Każdy, poza moimi mięsożercami, wie, że kasza to samo zdrowie. A jeszcze połączona z ciecierzycą, morelą i migdałami .... pycha, że hej. Gdybyście chcieli wypróbować, oto przepis, choć danie jest tak banalnie proste, że przepis nie jest konieczny. Ale niech tam:

Kaszotto z kaszy gryczanej z ciecierzycą, morelami i migdałami.

Składniki:
  • mała filiżanka suchej kaszy gryczanej niepalonej
  • dwie filiżanki wody
  • puszka ciecierzycy
  • 10 szt. moreli suszonych
  • 4-5 łyżek migdałów w płatkach
  • łyżka oleju kokosowego nierafinowanego
  • szczypta soli do smaku (ale nie jest konieczna)
Płuczę kaszę na sitku, zalewam wodą w niewielkim garnku i gotuję ok. 12 min. Gdy już kasza prawie całkowicie wchłonie wodę, dodaję szczyptę soli, odcedzoną ciecierzycę, pokrojone w paski morele i płatki migdałów. Przykrywam i pozwalam potrawie dojść przez dwie, trzy minuty. Wyłączam palnik, dodaję olej kokosowy i całość mieszam. Jem po ostudzeniu, bo akurat tak wolę, ale potrawa jest dobra i na ciepło i na zimno. Dla mnie świetna jako danie pudełkowe do pracy. Idealna dla wegetarian, wegan, bezglutenowców. Do tego sycąca, mała porcja zaspokaja spory głód.

Do tak przygotowanego późnego śniadania (rzadki przywilej jednego dnia urlopu), wyciskam sobie szklaneczkę soku pomarańczowego,  wzbogaconego sokiem z połówki cytryny. Kwaśny, pyszny i uodparniający. Dla zainteresowanych dodam, że sok wyciskam ręcznie przy pomocy genialnej szklanej wyciskarki, która ma co najmniej tyle lat, ile ja (aż głupio się przyznać). Wyciskanie na szkle nie wymaga w ogóle siły, wyciska się samo. I sprzątania potem jest tyle co nic. Kiedyś sok wyciskała przy pomocy tej wyciskarki moja babcia, potem moja mama, a teraz ja. Taki mam zabytek w kuchni.  

Jak wiadomo, po odcedzeniu ciecierzycy pozostaje woda, zwana aquafabą, na cześć której wielu pieje z zachwytu. Postanowiłam ją wykorzystać i zrobić wegański majonez. Naczytałam się o takim majonezie samych dobrych rzeczy i kiedyś nawet zrobiłam jedną próbę, ale coś mi nie wyszło, płyn nie chciał się ubić, wylałam wszystko ze złością, na szczęście zanim dodałam olej.  

Tym razem poszło lepiej i aquafaba ubiła mi się odpowiednio. Olej wlewałam wolnym strumieniem, nie na raz, jak zaleca większość przepisów. Ubijałam zwykłym mikserem ręcznym i trwało to wszystko ze 20 minut. Myślałam już, że mi się mikser zatrze i wywalę nie tylko aquafabę, ale i mój jedyny sprzęt miksujący, jednak nie. Mikser wytrzymał, a całość dość zgrabnie przeistoczyła się w to coś, co wegetarianie i nie tylko, majonezem nazywają. Bo tu należy się wyjaśnienie, że majonez z aquafaby ma trochę inną konsystencję, niż zwykły majonez. Jest lżejszy, przypomina coś pomiędzy ubitą pianą z białek, a bitą śmietaną. Przyprawiony smakuje naprawdę dobrze, ale według mnie majonez na żółtkach jest o niebo lepszy. Czy zdrowszy to już zupełnie inna sprawa, tak więc zostawiam każdemu wybór, z którym majonezem woli zjeść tradycyjną sałatkę jarzynową. Ja zrobiony dziś aquafabowy majonez dodam w najbliższych dniach właśnie do sałatki jarzynowej i wypróbuję, czy mi zasmakuje.

Majonez z aquafaby.

Składniki:

  • aquafaba - płyn pozostały po odcedzeniu puszki ciecierzycy 
  • szklanka oleju (u mnie pół na pół olej Kujawski 3 ziarna i olej z pestek winogron) 
  • sól, pieprz, cukier do smaku (po ok. pół łyżeczki, cukru trochę mniej) 
  • łyżeczka soku z cytryny

Aquafabę ubijam w wysokim naczyniu (na początku chlapie), aż uzyska konsystencję dobrze ubitej piany z białek. Dolewam strumieniem olej, cały czas miksując. Dodaję przyprawy i sok z cytryny. Przekładam do szklanego słoika i wstawiam do lodówki, gdzie jeszcze gęstnieje. W sumie nic skomplikowanego, ale bez cierpliwości się nie obędzie.

A teraz wracam do bicia kotletów, żeby mięsożercy nie umarli z głodu. Kaszotto zjadam sama i wcale nie tęsknię za mięsem.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger