Bardzo się polubiłyśmy, moja kuchnia i ja.

Uczę się mojej nowej kuchni. Jeszcze coś tam przestawiam, przesuwam, dla każdego z przedmiotów chcę znaleźć jak najlepsze miejsce. A to przyprawy w tej szafce, a to w tamtej, bo jednak tak wygodniej.

Blaty przecieram, żeby się błyszczały, choć to niepotrzebne, bo brudu na nich nie widać, a ten akurat granit błyszczy się sam z siebie. Ale jaką mam przyjemność z machania ścierą, to ja jedna tylko wiem.

Z przyjemnością też gotuję. Jakoś tak bez pośpiechu, żeby móc nacieszyć się tą moją nową przestrzenią. Nie żebym wcześniej gotowała bez przyjemności. Lubię gotować. Ale teraz mam tej przyjemności po prostu więcej. Nowe cieszy. I to jak.

Ponieważ wciąż odczuwam ciężkość i przejedzenie poświąteczne, to w ostatnich dniach tłukę kotlety jedynie dla męskiej części rodziny (nie ma mięsa, kochanie?... ja to muszę jeść mięso, mamo...), a dla siebie wybieram mniej śmiercionośne dania. Prawda o mnie jest taka, że lubię jeść rzeczy, które inni uważają za dziwne. Łączę smaki niekonwencjonalnie i ... sama sobie potem te smaki smakuję. Moi mężczyźni są ostrożni w eksperymentowaniu, tradycyjni do szpiku kości, szpik ten lubią wysysać, kości ogryzać, mięskiem się delektować. A ja sama na sobie eksperymentuję. W końcu kto bogatemu zabroni?

Z ostatniego takiego eksperymentowania wyszła całkiem pasująca mojemu podniebieniu wariacja na temat kaszy gryczanej. Każdy, poza moimi mięsożercami, wie, że kasza to samo zdrowie. A jeszcze połączona z ciecierzycą, morelą i migdałami .... pycha, że hej. Gdybyście chcieli wypróbować, oto przepis, choć danie jest tak banalnie proste, że przepis nie jest konieczny. Ale niech tam:

Kaszotto z kaszy gryczanej z ciecierzycą, morelami i migdałami.

Składniki:
  • mała filiżanka suchej kaszy gryczanej niepalonej
  • dwie filiżanki wody
  • puszka ciecierzycy
  • 10 szt. moreli suszonych
  • 4-5 łyżek migdałów w płatkach
  • łyżka oleju kokosowego nierafinowanego
  • szczypta soli do smaku (ale nie jest konieczna)
Płuczę kaszę na sitku, zalewam wodą w niewielkim garnku i gotuję ok. 12 min. Gdy już kasza prawie całkowicie wchłonie wodę, dodaję szczyptę soli, odcedzoną ciecierzycę, pokrojone w paski morele i płatki migdałów. Przykrywam i pozwalam potrawie dojść przez dwie, trzy minuty. Wyłączam palnik, dodaję olej kokosowy i całość mieszam. Jem po ostudzeniu, bo akurat tak wolę, ale potrawa jest dobra i na ciepło i na zimno. Dla mnie świetna jako danie pudełkowe do pracy. Idealna dla wegetarian, wegan, bezglutenowców. Do tego sycąca, mała porcja zaspokaja spory głód.

Do tak przygotowanego późnego śniadania (rzadki przywilej jednego dnia urlopu), wyciskam sobie szklaneczkę soku pomarańczowego,  wzbogaconego sokiem z połówki cytryny. Kwaśny, pyszny i uodparniający. Dla zainteresowanych dodam, że sok wyciskam ręcznie przy pomocy genialnej szklanej wyciskarki, która ma co najmniej tyle lat, ile ja (aż głupio się przyznać). Wyciskanie na szkle nie wymaga w ogóle siły, wyciska się samo. I sprzątania potem jest tyle co nic. Kiedyś sok wyciskała przy pomocy tej wyciskarki moja babcia, potem moja mama, a teraz ja. Taki mam zabytek w kuchni.  

Jak wiadomo, po odcedzeniu ciecierzycy pozostaje woda, zwana aquafabą, na cześć której wielu pieje z zachwytu. Postanowiłam ją wykorzystać i zrobić wegański majonez. Naczytałam się o takim majonezie samych dobrych rzeczy i kiedyś nawet zrobiłam jedną próbę, ale coś mi nie wyszło, płyn nie chciał się ubić, wylałam wszystko ze złością, na szczęście zanim dodałam olej.  

Tym razem poszło lepiej i aquafaba ubiła mi się odpowiednio. Olej wlewałam wolnym strumieniem, nie na raz, jak zaleca większość przepisów. Ubijałam zwykłym mikserem ręcznym i trwało to wszystko ze 20 minut. Myślałam już, że mi się mikser zatrze i wywalę nie tylko aquafabę, ale i mój jedyny sprzęt miksujący, jednak nie. Mikser wytrzymał, a całość dość zgrabnie przeistoczyła się w to coś, co wegetarianie i nie tylko, majonezem nazywają. Bo tu należy się wyjaśnienie, że majonez z aquafaby ma trochę inną konsystencję, niż zwykły majonez. Jest lżejszy, przypomina coś pomiędzy ubitą pianą z białek, a bitą śmietaną. Przyprawiony smakuje naprawdę dobrze, ale według mnie majonez na żółtkach jest o niebo lepszy. Czy zdrowszy to już zupełnie inna sprawa, tak więc zostawiam każdemu wybór, z którym majonezem woli zjeść tradycyjną sałatkę jarzynową. Ja zrobiony dziś aquafabowy majonez dodam w najbliższych dniach właśnie do sałatki jarzynowej i wypróbuję, czy mi zasmakuje.

Majonez z aquafaby.

Składniki:

  • aquafaba - płyn pozostały po odcedzeniu puszki ciecierzycy 
  • szklanka oleju (u mnie pół na pół olej Kujawski 3 ziarna i olej z pestek winogron) 
  • sól, pieprz, cukier do smaku (po ok. pół łyżeczki, cukru trochę mniej) 
  • łyżeczka soku z cytryny

Aquafabę ubijam w wysokim naczyniu (na początku chlapie), aż uzyska konsystencję dobrze ubitej piany z białek. Dolewam strumieniem olej, cały czas miksując. Dodaję przyprawy i sok z cytryny. Przekładam do szklanego słoika i wstawiam do lodówki, gdzie jeszcze gęstnieje. W sumie nic skomplikowanego, ale bez cierpliwości się nie obędzie.

A teraz wracam do bicia kotletów, żeby mięsożercy nie umarli z głodu. Kaszotto zjadam sama i wcale nie tęsknię za mięsem.








Komentarze