Gdy zapada zmrok nie pytaj mnie, dlaczego się boję.



Uczę się mojego domu. Wdycham zapach drewna leżącego przy kominku, drewnianej podłogi, mebli, w których wciąż mieszka zapach stolarni. Oswajam odgłosy, które jeszcze nie całkiem są moje.

Pozwalam, by dom do mnie szeptał. Nie wszystkie szepty już poznałam, wciąż pojawiają się nowe, nieznane. Rozkoszuję się nimi, przechadzam się w ciszy, która sprzyja poznaniu, sprzyja przyjaźni. Wkrótce miłości. Pokocham mój nowy dom, tego jestem pewna. Jednak, jak w każdej relacji, potrzebuję czasu, by zaufać. Ufność to poczucie bezpieczeństwa, dlatego ufność rodzi się w ciemności. Potrzebuje warunków na wskroś ekstremalnych, by się utrwalić.


Ufność do mojego domu rodzi się we mnie powoli. Wzrasta z każdym dniem i z każdą nocą. A dom zmienia się nie do poznania nocą, gdy zapada zmrok. Mniej pachnie ciepłym drewnem, za to bardziej chłodnym powietrzem, wpadającym przez uchylone okno. Wystarczy odrobina wyobraźni, by stwierdzić, że jest mniej bezpieczny. Tu, nocą, narodzi się więc zaufanie, które będzie trwałe. Wiem o tym doskonale, dlatego jestem bardziej czujna w czasie, gdy zostaję sama. Jako kilkudniowa słomiana wdowa, odkrywająca dom z duszą na ramieniu pokrytym cieniutkim płaszczem strachu, mam więcej szans na uzyskanie zaufania. Moje atrybuty to zwolnione ruchy i słuch wyostrzony tak, że słyszę każdy, nawet najmniejszy stukot. I nie przeszkadza mi, że to głównie stukot mojego własnego serca. W ciszy wszystko brzmi wyraźniej.


Cisza w domu jest inna, niż niegdyś cisza w bloku. Tam nieustannie słychać sąsiadów gadanie, dzieci pokrzykiwanie, odgłosy zza ściany. Postukiwanie góra, dół. Tu cisza jest inna. A cisza w ciemności jest ciszą zupełną. Przerywaną jedynie odległym szczekaniem psa, czasem warkotem przejeżdżającego samochodu. Ciemność wyostrza zmysły. Ale, gdy jej pozwolić, ciemność męczy. Wszystko wyolbrzymia. Pozwala by strach miał wielkie oczy z mocno rozszerzonymi źrenicami, mięśniami napiętymi jak struny i spłyconym oddechem. Objawy tak naturalne jak kichnięcie, trudno nad nimi zapanować.


Świt przynosi ulgę tak nagle, że wydaje się, jakby nocy nie było. Dom znów pachnie sobą. Drewnem, kawą, tostami, czym zechcę. Mój dom. Moje miejsce. Już prawie, prawie oswojone.
  








Komentarze

  1. Piękne zdjęcia, liczę na więcej fotek z aranżacją :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę już zdjęć jest na blogu. Będą też kolejne :)

      Usuń
  2. Pięknie napisałaś. :) Życzę Ci, żeby dom się szybko oswoił i był całkiem Twój. Żeby i cisza i ciemność były swojskie, codzienne i dobrze znane.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na szczęście masz małego czarnego czarodzieja, który chroni przed złymi mocami...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak. To czarodziejka. Z nią jest zdecydowanie raźniej 😊

      Usuń

Prześlij komentarz