Moje kulturalne przyjemności styczniowe.

Kłócę się i walczę z upływającym czasem. Nie pozwalam mu przepływać obok siebie niezauważenie. Biję się o każdą sekundę, aby wypełnić ją czynnościami, które coś znaczą, aby żadna chwila nie została zmarnowana. Świadomość przemijania wzrasta u mnie wprost proporcjonalnie do wieku.

Nie zawsze wygrywam z czasem. Niejednokrotnie mam na koncie tak wiele przegranych i tak męczy mnie ta codzienna walka, że mam ochotę usiąść na kanapie i powiedzieć mu - wygrałeś. Wygrałeś, na niczym mi nie zależy, jestem zmęczona, mam dość. Siadam i nie wstaję więcej. Płyń sobie dalej sam, ja tylko popatrzę. Na szczęście to uczucie przemija, a chęć do walki powraca. A że jest sporo rzeczy, które lubię robić i które wiele dla mnie znaczą, walczyć muszę codziennie. Czasu więcej nie dostanę, tym się żądzę, co mam. Zwykle wymaga to niezłej gimnastyki, żeby przy codziennych obowiązkach wygospodarować trochę czasu na przyjemności kulturalne. Ale muszę. Muszę, bo inaczej się uduszę. Czytam więc, a czego przeczytać nie mogę, słucham. Oglądam, zwiedzam. Zwyczajnie, kulturalnie się rozwijam.

Z powodu czasu wypełnionego urządzaniem domu i pewnej zmiany w mojej rodzinie, o której być może wkrótce, styczeń nie obfitował kulturalnie, niemniej jednak coś tam udało się zrealizować.

Przede wszystkim książki. Czytam jak dziecko. Przynajmniej dwadzieścia minut dziennie. Codziennie. Muszę naprawdę padać na twarz, żeby sobie odmówić tej przyjemności. Zwykle czytam tuż przed snem, w łóżku. Uwielbiam to. W styczniu rozgościły się u mnie "Tokimeki", autorstwa Marie Kondo oraz "Drugie dziecko" Charlotte Link.

Jak przystało na osobę z wielkimi aspiracjami do zostania minimalistką w niedalekiej przyszłości, zgłębiam to, co się w tym temacie pojawi. Na książkę Marie Kondo od dawna miałam chrapkę, bo pani ta ma fajne podejście do sprzątania i jeśli wierzyć temu, co o niej w sieci napisano, wiele bałaganów z życia swoich klientów wyrzuciła. Jest kimś w rodzaju doradcy pomagającego uporać się z zagraceniem domu. Proponuje nie skupiać się na tym, co chcemy wyrzucić, ale na tym, co chcemy zatrzymać. Czytałam też poprzednią jej książkę "Magia sprzątania" i wydaje mi się, że była lepsza, taka bardziej świeża. Tu się sporo rzeczy powtarza, ale może to kwestia tego, że w teorii wiem już chyba wszystko o minimalizmie i porządkowaniu przestrzeni i niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć. A gdy już w końcu wykorzystam całą tę wiedzę w praktyce, to dopiero będzie pięknie, czysto i pachnąco wokół mnie.

"Drugie dziecko" Charlotte Link to książka, do której zrobiłam drugie podejście. Pierwszy raz zaczęłam ją czytać, gdy zachorowała moja mama i odłożyłam z braku czasu. Potem długo kojarzyła mi się z tamtym trudnym okresem. Spacerami po szpitalnym korytarzu, fotelem na sali, w którym przesiadywałam, czekając aż spłynie kroplówka lub przetoczy się krew. Nie potrafiłam do tej książki wrócić. Teraz sięgnęłam po nią ponownie i przeczytałam od początku do końca. Myślę, że nie było to moje ostatnie spotkanie z Charlotte Link. Może nie jest to literatura wielkich lotów, ale zgrabnie napisana, z ciekawym wątkiem, wciągająca. Nie napiszę Wam klasycznej recenzji, bo nie lubię tego robić. Polecam, jeśli lubicie zagadki z dawnych lat z bardziej lub mniej oczywistym zakończeniem i kilkoma naprawdę udanymi portretami psychologicznymi.

Udało mi się także w styczniu być w muzeum. Bardzo chciałam zobaczyć Biedermaiera w warszawskim Narodowym, na którą to wystawę dostałam bilety w prezencie, a która na początku miesiąca miała się zakończyć. Zdążyłam dosłownie w ostatniej chwili, dwa dni przed zamknięciem wystawy. Mam pewien problem z wystawami czasowymi, czuję po ich obejrzeniu pewien niedosyt. Idę, oglądam i za każdym razem ze zdziwieniem stwierdzam, że to już koniec. Czy to wszystko, co udało się kuratorom sprowadzić i zestawić? Zawsze, ale to zawsze chciałabym więcej. Podobnie było i teraz. Podobało mi się bardzo, szczególnie meble i stroje z epoki zrobiły na mnie duże wrażenie, ale chciałabym jeszcze. Stałam tam i myślałam sobie, jak oni wtedy żyli. Bez telefonu, którym można fotografować? Bez internetu, w którym można później te zdjęcia pokazać? Nie do wiary.

Lubię seriale. Trudno się od nich oderwać, chciałoby się zobaczyć wszystkie odcinki na raz, co zwykle, przy konieczności załatwiania podstawowych potrzeb fizjologicznych, jak jedzenie i sen, nie jest możliwe. Dawkuję je więc sobie i mężowi, który w oglądaniu seriali jest moim towarzyszem niezastąpionym. Bo coś w tym jest, że w pojedynkę oglądany serial, to nie to samo, co serial oglądany we dwoje. W styczniu gościł u nas Manhunt Unabomber. Jest to historia oparta na faktach, opowiadająca o człowieku, który przez wiele lat podkładał bomby, ranił i zabijał ludzi i nie pozwalał się złapać. Z drugiej strony, jest to historia o człowieku, który swoim uporem i determinacją, a także wyjątkową umiejętnością dedukcji, doprowadził do złapania tytułowego Unabombera. Dwie wyjątkowe osobowości, dwie ciekawe psychiki. Uciekinier i goniec. Świetne. Polecam, szczególnie, jeśli macie dostęp do Netflixa. Nie przegapcie tego filmu.

Tak, jak napisałam, lubię czytać książki, ale też nie pogardzę dobrym słowem zapisanym w sieci. Mam kilka ulubionych blogów, do których zaglądam, rzadko szukam nowych, bo zwyczajnie szkoda mi czasu na przeczesywanie internetu. Czasem jednak coś wpadnie mi w oko nagle i bez uprzedzenia walnie moją szczęką o podłogę. Ze zdziwienia, że można tak dobrze pisać i nie być rozchwytywaną, poczytną autorką książek wydawanych w milionach egzemplarzy, za którą uganiają się paparazzi. Znalazłam więc Izę, której teksty na temat książek zwaliłyby mnie z nóg, gdybym czytała je stojąc. Dzięki niej wczoraj wróciłam do jednej z moich ulubionych pozycji i zaczęłam czytać "Wichrowe wzgórza". Właśnie pertraktuję z czasem, żebrząc o darowanie mi kilku minut więcej każdego wieczora, by móc się ponownie i w pełni tą książką nacieszyć.














     






Komentarze

  1. Wiesz, jak mi miło, że wróciłaś do "Wichrowych Wzgórz", po przeczytaniu tamtego wpisu? Naprawdę, bardzo się cieszę. Czasami człowiek nie myśli, że jego słowa mogą przynieść jakiś efekt, a tu niespodzianka. :D
    PS też walczę z czasem, ale wiecznie przegrywam, przecieka mi między palcami i ciągle orientuję się, że ani nie poczytałam, ani nic nie obejrzałam, ani nic innego konkretnego nie zrobiłam. Także podziwiam, że Tobie się udaje. Nawet dwadzieścia minut dziennie to dużo. Czasem przez chwilę udaje się ułożyć, a potem znowu wszystko gdzieś się rozsypuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie to upadki i podnoszenie się z nich. W każdej sferze, nawet w sferze organizacji czasu. Liczy się dążenie do czegoś lepszego, nieustanne poprawianie. Zbieranie rozsypanego. Rozwój. Na tym to polega. Pozdrawiam ciepło i czekam na kolejne teksty :)

      Usuń

Prześlij komentarz