O tym, że zimą czapka jest absolutnie niezbędna.

Przyszła zima. Tęskniłam, to mam. Odśnieżam sobie co rano samochód, szyby skrobię, ulicami zaśnieżonymi sunę, starając się nie przeklinać w duchu, tylko pamiętać, że sama chciałam. 
W sumie przyjście zimy w styczniu łatwo przewidzieć. W ostatnich latach taki scenariusz się powtarza. W grudniu błoto po pachy, a w styczniu zimopodbna aura, nie mająca wprawdzie nic wspólnego z zimą z mojego dzieciństwa, ale zawsze lepsza taka zima, niż żadna. 

Przewidując więc, że zimno zrobi się w styczniu, w grudniu wydziergałam sobie czapkę. Działo się to w ukryciu, potajemnie, żeby się nikt nie zorientował, bo akurat dziergałam sweter dla męża i głupio by było tak z tą czapką wyskoczyć w międzyczasie. Że może nie chce mi się tego swetra skończyć, czy coś. Że zawsze tylko o sobie myślę, jeśli chodzi o druty i dla innych nie dziergam. 

Lubię dziergać dla siebie, to fakt. Jestem w tym temacie modelową egoistką. W sumie nie wiem z czego to wynika, może ze strachu, że coś, co zrobię, nikomu się nie spodoba. Albo, że jak się tak napracuję i z robótką zżyję, zrosnę niemalże, to szkoda mi się z nią będzie rozstać. Godzin spędzonych na robieniu na drutach nie da się tak łatwo wyrzucić z serca. Trochę to jak miłość jest. Miłość do drutów i do włóczki. Tej już przerobionej i tej zalegającej w pudełkach, czekającej na wymarzony projekt.   

Z drugiej strony chyba dojrzałam już do tego, aby na kimś zobaczyć swoją własną pracę. Na kimś na tyle bliskim, żeby zbytnio nie stracić własnego udziergu z oczu. Czyli na mężu będzie idealnie. Będę mogła dotknąć tego sweterka, kiedy zatęsknię. Złożyć go pięknie, obejrzeć, jak leży w garderobie na półce, sprawdzić, czy jest bezpieczny. Wyprać, wysuszyć, słowem zadbać o niego, jak o swój własny.  Tak to ja mogę się z własnym udziergiem rozstać. Komuś podarować. Tak, żeby był na wyciągnięcie ręki. 

Sweter już skończyłam, blokuje się właśnie, by osiągnąć idealną pod względem wymiarów formę. Z nadzieją odważę się napisać, że obfotografuję i pokażę wkrótce. 

Wracając do czapki. Piękne to czasy nadeszły, że czapka stała się pożądanym elementem garderoby. Gdy dorastałam, czapkę upychało się na dnie plecaka zaraz za pierwszym zakrętem po opuszczeniu domu. Byleby tylko mama z okna nie widziała. Uszy przemarznięte, skronie lodowate, ale moda to moda, nie można jej było, ot tak, lekceważyć. Na szczęście dziś jest inaczej. Mały, czy duży, młody, czy stary, czapkę po prostu wypada mieć. Ja najbardziej lubię te z wysokiej jakości włókien. Naturalnych, miłych w dotyku, takich, których nie chce się zdejmować z głowy. Nie lubię akrylu i z akrylu nie dziergam, szkoda mi na to czasu. Dla mnie ani to ładne, ani praktyczne, bo włos mi się elektryzuje tak, że po zdjęciu czapki z głowy w niczym nie przypominam człowieka. 

Mam więc czapkę na obecną zimę. Czapkę według wzoru mojej ulubionej projektantki, Hani Maciejewskiej, u której jak zwykle prostota miesza się z efektownym, ale niezbyt trudnym do wykonania wzorem, wyglądającym jak milion dolarów. Czapkę z pomponem, żeby nie było, zgodnie z najnowszymi trendami w modzie. Trendów co prawda nie śledzę, ale tak mi się coś obiło o uszy, że pompon króluje w tym roku. 

Oto ona. Moja nowa, wełniana, przemiła w dotyku Basia. I co za imię dla czapki, prawda? Aż chce się zaprzyjaźnić. Jej kolor w rzeczywistości trochę bardziej wpada w zieleń, ale dla mojego aparatu było to zupełnie obojętne.










    

Komentarze

  1. Oj tak, pamiętam te czasy, kiedy się czapkę ściągało. Brr, cieszę się, że już tak nie robię. Teraz i czapka i kaptur na to obowiązkowo. :D
    Ech, tak samo jak Ty tęskniłam za zimą, a teraz marznę, kiedy tylko wystawię nos z domu. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W czapkach i kapturach stawimy tej zimie czoła :)

      Usuń

Prześlij komentarz