Melanie.

Gdy byłam mała, spędzałam mnóstwo czasu na podwórku. I nie było to takie podwórko przy domu na wsi, ale podwórko pomiędzy blokami, na którym spotykały się mieszkające w okolicy dzieci. Centrum podwórka stanowił śmietnik, niezwykle przydatny przy zabawie w chowanego, a niezbędny wręcz przy zabawie w dom. "Idź wyrzucić śmieci" mogła z satysfakcją powiedzieć mama do swego męża lub pociechy. Być mamą w takiej zabawie stawiało każdą dziewczynkę, choć na moment, najwyżej w hierarchii podwórkowej. Mama to był ktoś. Rządziła i przy piaskownicy i przy trzepaku, no i nie musiała sama wyrzucać śmieci.

Lubiłam moje podwórko. Uwielbiałam wręcz i rzadko aprobowałam zachęty pójścia na inne, sąsiednie. Wolałam, by inni przychodzili do mnie. Na moim podwórku byłam u siebie, chociaż nieczęsto dane mi było zostać mamą w zabawie. Wiadomo, taka mała, to mogła być tylko dzieckiem albo pieskiem.

Nie potrzebowaliśmy zbyt wielu rekwizytów do naszych podwórkowych zabaw. Inna sprawa, że po prostu mieliśmy mało, rodzice nie mieli pieniędzy, by spełniać nasze zachcianki, a zabawki trzeba było bardzo szanować, dlatego raczej rzadko wynosiło się je na podwórko. To sprawiało, że musieliśmy być kreatywni. Ile fajnych rzeczy można było zrobić z kamieni i patyków znalezionych na podwórku. I jaką satysfakcję dawały nam wymyślone i własnoręcznie wykonane rzeczy. Mam nadzieję, że moi ówcześni towarzysze zabaw wciąż to pamiętają.

Być może, gdyby nie tamte czasy, nie robiłabym dziś z takim zapamiętaniem na drutach. Uczucie dumy z lalek ubranych we własnoręcznie wykonane sukienki pamiętam do dziś. Pamiętam też pierwszy, "dorosły" sweter, który sobie wydziergałam. Czerwony akryl w ilości kilku motków, który dostałam od babci, przerobiłam francuzem i nosiłam z dumą i przyjemnością. W sklepach ciuchów nie było, więc mając coś takiego, bez trudu można było zostać gwiazdą szkolnego korytarza. A gwiazdą zostać chciałam, przyznaję. Taka próżność, to przywilej młodości.

Moja dzisiejsza motywacja do zrobienia sobie swetra własnoręcznie tylko trochę różni się od ówczesnej. W sklepach jest już co prawda wszystko, ale chęć posiadania czegoś niepowtarzalnego się nie zmieniła. A podekscytowanie towarzyszące dotykaniu motków, które kiedyś staną się swetrem, jest identyczne, jak dawniej. Nie mówiąc o satysfakcji. To niezmienne elementy, bez względu na osiągnięty wiek i okoliczności.

Projekt Marzeny robiłam z wielką przyjemnością. Ma w sobie to, co lubię najbardziej, prostotę i elegancję w jednym. Wykorzystam go na pewno jeszcze nie jeden raz. Włóczka to połączenie Nomade i Anatolii z Marzeny sklepiku. Wyszło coś tak miękkiego, przytulnego i luksusowego jednocześnie, że mogłabym tego swetra wcale nie zdejmować. Jestem zachwycona i dumna, jak niegdyś.


melanie_julie_asselin_nomade_anatolia


melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia

melanie_julie_asselin_nomade_anatolia










    

     

Komentarze

  1. Chyba nie lubiłam podwórka. Nie do końca dogadywałam się z innymi, kiedy byłam młodsza. Z wiekiem minęło, teraz już lubię innych, z reguły z wzajemnością. ;)
    Wyobrażam sobie ten sweter, czerwony. Tak samo bym się nim zachwycała na Twoim miejscu, lubiłam być jedyna w swoim rodzaju, ale to z kolei z wiekiem mi nie przeszło.
    A ten co masz na sobie... cudny. <3 Uwielbiam i kolor i krój. Teraz właśnie takie ubrania mi się marzą. Bo w takich, to one nas podkreślają, a nie my je.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz