Drzewa.

Zaledwie kilka dni. Krótka chwila. Przez tę krótką chwilę mniej było mnie we mnie. Przykucnęłam na brzegu, o który uderzały niepewność i odrobina strachu. Skuliłam się, by przytulić resztki poczucia bezpieczeństwa. Co będzie? Odsunęłam się od przyjemności i nieprzyjemności. One były gdzieś obok, jak to w życiu, ale ich nie czułam. Aż w końcu nadszedł ten dzień, którego nie chciałam oczekiwać. Zebrałam resztkę siły, aby się z nim zmierzyć. Aby wyjść mu na przeciw. Ważne dla mnie badania. Nieprzyjemne, ale konieczne, by nie żyć w niepewności. Wybudzenie z narkozy było nadspodziewanie delikatne. 
- Śniło się coś? - spytała pani doktor, gładząc mnie po policzku.
- Chyba tak, ale nie pamiętam, co - odpowiedziałam, zdając sobie sprawę, że to już, po wszystkim.
- Jest pani zdrowa.
I nagle sobie przypomniałam. Śniły mi się drzewa.




















Komentarze