Kosmetyki w mojej łazience.


O kosmetykach dotychczas nie pisałam, bo i specjalnie nie było o czym. Nie tak dawno temu postanowiłam sobie bowiem, że zużyję wszystkie napoczęte kremy, mleczka, toniki, maseczki i dopóki to nie nastąpi, nie będę kupowała kolejnych. Dawno w żadnej sprawie nie byłam tak konsekwentna. I, o dziwo, nie sprawiło mi to specjalnej trudności. Osiągnęłam stan idealny, mam obecnie kilka kosmetyków, których używam i nie czuję potrzeby kupowania na zapas.

Widzę, że ze wszystkich miejsc w domu, najbardziej satysfakcjonujący mnie poziom minimalizmu potrafię osiągnąć w łazience. Po pierwsze w wystroju, ponieważ zależy mi na tym, aby było ją łatwo posprzątać. Po drugie w ilości kosmetyków, bo zauważyłam nie do końca dla mnie zrozumiałą prawidłowość, że czym mam ich więcej, tym mniej ich używam. Leżą, starzeją się szybciej, niż moja skóra i są wyrzutem sumienia w postaci wydanych pieniędzy. 

Skoro mowa o sprzątaniu, to w mojej obecnej łazience naprawdę łatwo to zrobić. Wszystko mam pochowane, żeby się nie kurzyło, a niezastawione blaty łatwiej wytrzeć. Parę machnięć ścierką i łazienka wygląda, jak w hotelu czterogwiazdkowym. Szuflady pod blatem z umywalkami są bardzo wygodne, jednym ruchem wyjmuję to, czego potrzebuję, a zaraz potem odkładam na miejsce. Jedynym wyzwaniem jest dla mnie szyba prysznicowa, bo brudzi się niemiłosiernie, a nikomu z nas nie chce się jej dokładnie wycierać po każdym prysznicu. Mój sposób na brudną szybę jest jednak prosty. Proszę męża, aby to on ją umył. Polecam, naprawdę działa. 

Wracając do kosmetyków, postanowiłam zacząć zwracać uwagę na skład i działać bardziej ekologicznie. Ekologia to słowo tak zużyte, że czasami nie wiadomo, co w rzeczywistości oznacza. Jednak prawdą jest, że nie powinno nam być obojętne, co w siebie wsmarowujemy. Ja, z moją wrażliwą skórą twarzy i rozszerzonymi naczynkami, pękającymi nawet pod wpływem kichnięcia, przetestowałam już miliony kremów i wydałam na nie miliony monet. Głupie to było, bo większość okazała się podrażniać mi twarz, łącznie z kremami dedykowanymi do skóry naczyniowej (na czele z kremem Tołpy, bo policzki mam po nim tak czerwone, jakby moje naczynka zbiły się w jedną krwistą masę). Ponieważ po każdym nieudanym zakupie szkoda mi było wydanych pieniędzy i tych obiecywanych efektów w postaci skóry gładkiej, jak po liftingu i pozbycia się zmarszczek, to zużyłam te kremy do smarowania łokci, kolan, tudzież dłoni. Faktycznie zadziałały, na łokciach zmarszczek nie mam, więc może pieniądze nie tak do końca zostały zmarnowane.  

W końcu postanowiłam pójść po rozum do głowy. Zrozumiałam, że więcej nie znaczy lepiej (co za odkrycie!) i teraz mam dwa kremy, które nie podrażniają i przyjemnie mi się ich używa. Mają też niezłe składy i nie jestem po nich purpurowa. Pierwszy to Clochee, krem odmładzająco regenerujący na noc, który jest bardzo delikatny, ale niestety mało wydajny. Bardzo szybko się wchłania, więc zużywam go naprawdę sporo do jednej aplikacji. Jednak polubiliśmy się na tyle, że chyba kupię kolejne opakowanie. Drugi to koreański krem Bergamo z wyciągiem z jadu węża, co najpierw mnie rozśmieszyło, następnie przeraziło, a potem stwierdziłam, że w moim wieku w końcu wypada mieć porządny krem. Może mnie nie zje ten wąż. Krem jest dedykowany na dzień i na noc, ja używam go na dzień, dobrze nawilża i jest świetny pod makijaż. Nie podrażnia, co jest najważniejsza zaletą, ale czy zmniejsza zmarszczki, to po zużyciu jednej trzeciej opakowania, jeszcze nie potrafię powiedzieć. Mam także krem pod oczy Origins, który dostałam od córki. Jest świetny, fantastycznie rozświetla, tylko często w porannym pośpiechu po prostu zapominam go użyć.

Do demakijażu używam od niedawna pianki Nakomi i jestem zachwycona, bardzo szybko i dokładnie zmywa makijaż i stosuję ją nawet do mycia oczu, mimo, ze producent tego nie zaleca. Jest to bardzo delikatny produkt, naprawdę godny polecenia. Kiedyś używałam płyn micelarny, ale pocieranie twarzy wacikami szkodzi mi bardziej, niż woda z kranu.

Ponieważ włosy myję codziennie rano, szampon i nieskomplikowana w użyciu odżywka to dla mnie sprawa podstawowa. Włosy mam cienkie, wszystko musi być delikatne, żeby mi nie obciążało czupryny. Niestety szampony tzw. ekologiczne powodują, że włosy mi się strasznie puszą, wygląda to komicznie i niezwykle mnie irytuje. Zwracam więc po prostu uwagę na to, by skład szamponu nie był zbyt długi, ale sls w składzie mnie nie przeraża, bo pomaga mi okiełznać to puszenie. Ostatnie moje odkrycie to szampon Botaniq firmy Kallos, który kupiłam trochę na próbę w Hebe. Okazał się świetny i zostanie ze mną na dłużej. Do kompletu mam odżywkę w sprayu z tej samej serii, szybką i nieskomplikowaną w użyciu, tak, jak lubię.      

Do mycia używam najchętniej żeli Organic shop, albo Yope. To polskie marki z doskonałym składem kosmetyków, fajne, delikatne zapachy i pojemniki z pompkami, co uwielbiam, jak każdy drobiazg, który ułatwia życie. Zdarzają się też inne, jak testowane ostatnio mydło syberyjskie. Dobre, ale w odkręcanym pojemniku, więc dla mnie niewygodne w użyciu.     

Codzienne używanie balsamu do ciała, to dla mnie udręka, jestem chyba zbyt leniwa i zdarza mi się wysmarować od stóp do głów zaledwie raz na jakiś czas. Ze dwa, trzy razy w miesiącu może. Mało? Mało, ale codziennie prosto spod prysznica wskakuję do łóżka z zamiarem poczytania książki i szkoda mi czasu na to całe balsamowanie. Zdarza się, że mam ochotę poczuć się, jak pachnąca bogini sypialni i wtedy faktycznie udaje mi się całe to smarowanie wdrożyć w życie. Z przyjemnością używam wówczas balsamu Nuxe body. Zapach ma obłędny i doskonale się wchłania. Natomiast nie zasnę bez posmarowanych dłoni. To jakieś natręctwo chyba, bo kremu do rąk użyć po prostu muszę. Uwielbiam Yope za skład, zapach i konsystencję. No i ta tubka, zupełnie jak w przypadku kremu mojej babci. Ekologia i dobre wspomnienia w jednym. 

Ot i cała moja pielęgnacja. Kilka kosmetyków, głównie polskich, których używanie sprawia mi przyjemność. Brakuje mi tylko dobrej, nawilżającej maseczki do twarzy, która mnie nie podrażni. Obecnie jestem w trakcie poszukiwań.   

















        


Komentarze