Lubię zapach książek.




Okazuje się, że marny ze mnie zwierz internetowy. Czasami sprawy świata realnego potrafią tak mnie zająć, że nie czuję potrzeby goszczenia w świecie wirtualnym. Oczywiście gdzieś tam w tyle głowy pojawia się całkiem realna myśl: masz przecież blog… Ale gdy jestem bardzo zajęta i brak mi czasu, albo chora, czy po prostu zmęczona, to paradoksalnie niektóre przyjemności muszę ograniczyć. Wszak blog mój to hobby i przyjemność, ale nie jedyna. A czasami nie da się zrealizować wszystkiego. A raczej można zrobić wszystko, ale nie wszystko na raz. Z tego też powodu nigdy nie będę pisała na siłę, tylko po to, żeby w przepisowym odstępie kilku dni ukazał się nowy post. Gdy mam coś do powiedzenia, to piszę, gdy nie, to milczę. Sztuczność zawsze rozpoznacie jako pierwsi i poczujecie się zażenowani. A ja razem z Wami. 

Ostatnie dni upłynęły mi na chorowaniu. Padłam bez sił pod naporem przeróżnych spraw życiowych, zwyczajnych w sumie, ale tak nawarstwionych, że już nie było mnie widać spod tego gąszczu. W międzyczasie popsuł mi się samochód i solidnie zmarzłam przy minus dziesięciu, podejmując nieudaną próbę uruchomienia go, a potem idąc pieszo po ratunek do najbliższego warsztatu. A na zakończenie złapałam grypę. Nie jakieś tam przeziębienie, ale klasyczną, paskudną grypę, w której pojęcie „ból włosów”, to nie jest jakiś chochlik językowy. Widzicie gdzieś pomiędzy tym wszystkim wolną przestrzeń na pisanie bloga?

Pomimo tych nieciekawych przygód, ani mi do głowy nie przyszło, żeby całkowicie zrezygnować z przyjemności. Wtedy to bym dopiero zwariowała. A jaką przyjemność można wdrożyć w życie, leżąc w łóżku (w samotności), gdy już czucie wraca w mięśniach rozdygotanych wcześniej chorobą, a mijający światłowstręt pozwala otworzyć oczy i stwierdzić, że dookoła wciąż jest życie? Można czytać! Złapałam więc niedokończone „Wichrowe wzgórza”, do których wróciłam po latach, ale uporałam się z tą książką w dwa dni. Klasyka i cudo w jednym. Potem trochę posłuchałam fajnej muzyki, ale głód czytania wciąż był nienasycony. 

Sprawa była wówczas banalnie prosta tylko z pozoru. Mogłam wyciągnąć rękę po czytnik, ale może to niedawna gorączka przypaliła mi jakieś styki w głowie i do czytnika poczułam niechęć. Pragnęłam książki, jej zapachu, szelestu stron. Najlepiej nowej książki, bo taka pachnie najbardziej intensywnie. Tłumacząc sobie, że jestem zbyt słaba, by dotrzeć do własnej biblioteczki w pokoju obok, w której książki przepychają się między sobą, tylko czekając, aż wejdę i wybiorę tę, która najbardziej się wierci, wyciągnęłam rękę po smartfon i doszłam do wniosku, że przy pomocy kilku kliknięć po prostu kupię sobie nową, pachnącą drukiem, książkę. Ale płacić za przesyłkę, kupując jedną książkę? Przyznacie, że to wyjątkowo nieekonomiczne. Też tak pomyślałam i zakupiłam od razu trzy. Rozgrzeszyłam się szybko, bo to trzytomowa saga, więc przecież to tak, jakbym kupiła jedną książkę. 

Następnego dnia na dzwonek do drzwi poderwałam się, jakbym nigdy nie była chora, migiem pokonałam korytarz, schody, przemknęłam przez salon i wskoczyłam do wiatrołapu, nie zastanawiając się, dlaczego było to łatwiejsze, niż zrobienie dwóch kroków do własnej biblioteczki poprzedniego dnia. Powstrzymałam się jakoś przed wyrwaniem kurierowi paczki z rąk, podpisałam, co trzeba na dziwnym urządzeniu, na którym pisać się nie da i tak oto stałam się posiadaczką sagi „Stulecie Winnych” autorstwa Ałbeny Grabowskiej. 

Po dokładnym obwąchaniu wszystkich trzech tomów (każdy pachniał z inną intensywnością), zaległam w łóżku podparta poduszkami i oddałam się lekturze. Powieść jest świetna. Klasyczna obyczajówka, więc jeśli ktoś jest fanem krwi skapującej z każdej stronicy, może wyjść i zamknąć drzwi. Ja spędziłam z tą książką fantastyczny czas, dosłownie pochłonęłam wszystkie trzy tomy. 

Stuletnia historia rodziny Winnych, mieszkańców podwarszawskiego Brwinowa, rozpoczyna się w roku 1914. Śledzimy losy jej członków z historią Polski w tle, gdy jednym rodzą się dzieci, a inni umierają. Gdy miłość i nienawiść są jak dwie strony tego samego medalu. Są w tej rodzinie ludzie o pięknych charakterach, wyjątkowi, odważni, ale są też szuje, zdrajcy i mordercy, nawet mafiosi się zdarzają. Ale osnową tej rodziny pozostają wyjątkowe, oddane rodzinie kobiety. I dla mnie o tym tak naprawdę jest ta powieść. O sile kobiet, które bez względu na głód, szalejącą wojnę i rozpacz, rozumieją, że wszystko da się przetrwać obdarowując bliskich miłością. 

Na zakończenie uchylę jeszcze rąbka mojej rodzinnej tajemnicy, bo być może ktoś się dopatrzy na zdjęciu powyżej pewnego gadżetu, na którym widnieje cała prawda na temat babć. Otóż, ta prawda, to prawda o mnie. Dwa miesiące temu zostałam bowiem babcią (a mój mąż dziadkiem, więc na szczęście nie jestem odosobniona). Babcią ślicznego chłopczyka, z powodu którego w miejscu serca mam teraz miękką substancję o konsystencji galaretki, której grozi kompletne rozpłynięcie się zaledwie pod wpływem mrugnięcia ślicznych rzęsek, ruchu malutkich paluszków, czy po prostu zwykłego spojrzenia najpiękniejszych niebieskich oczu, jakie kiedykolwiek widziałam.

Komentarze