Czwartkowa czytelnia

Wszystko jest słowem. Wszystko jest opowieścią. Wszystko jest książką. To mogłyby być moje motta. I choć, z braku czasu, nie czytam tak dużo, jakbym chciała, to czytanie zawsze było i będzie dla mnie jedną z ulubionych czynności.

Chciałabym podzielić się z Wami cząstką tej przyjemności, dlatego otwieram dziś cykl postów, w których będę pisała o książkach, które przeczytałam, które mnie zachwyciły, albo zainspirowały. Może będą także zachętą i inspiracją dla Was. Jak wskazuje tytuł, posty z tego cyklu będą ukazywały się w czwartki, oczywiście nie w każdy czwartek, ale wtedy, gdy nazbieram kilka wartościowych pozycji, którymi będę chciała się z Wami podzielić.


Musicie wiedzieć, że jedną z pierwszych rzeczy, na jakie miałam ochotę po przeprowadzce, było zapisanie się do biblioteki w mojej okolicy. Z premedytacją jednak odkładałam tę czynność w czasie, bo zaplanowałam uwolnienie zapasów książkowych zgromadzonych na moim czytniku. Kupowanie ebooków jest dziś tak proste, wystarczy kilka kliknięć myszką, że często kupuję je w nadmiarze, bo akurat jest promocja, a potem nie nadążam z czytaniem. Nawet zdarzyło mi się kupić drugi raz tę samą książkę, bo zwyczajnie zapomniałam, że już ją mam. Tak więc plan miałam zacny - uwolnić Kindla. Los jednak lubi płatać figle i tak się układać, by utrudniać mi realizację moich postanowień. I tak oto prędko okazało się, że najbliższa mi biblioteka jest usytuowana przy ulicy, którą codziennie wracam z pracy. Dosłownie przejeżdżam obok, a książki głośno krzyczą do mnie: wypożycz coś, wypożycz! Głuchy by usłyszał. W ubiegłym miesiącu poddałam się więc i stałam się członkiem tejże biblioteki. Przy pierwszej wizycie udało mi się opanować na tyle, by nie skakać z radości. Przechadzałam się między regałami i głaskałam grzbiety książek. Najchętniej wypożyczyłabym wszystkie, ale ponieważ regulamin ogranicza tę ilość do pięciu, to i tak nie byłoby to możliwe. Wybrałam więc dwie pozycje i uradowana paradowałam ulicą trzymając je w ręku. Siedząc w samochodzie, jeszcze raz je obejrzałam i powąchałam, a jakże! Dopiero wtedy pojechałam do domu. Komu wydaje się, że jestem szurnięta, nie musi czytać dalej ... Z dokładnie takimi samymi emocjami dokonuję zakupu włóczek, ale to już historia na inną opowieść.

Pierwszą książką, jaka mrugnęła do mnie w bibliotece, była "Miłość na marginesie" autorstwa Japonki, Yoko Ogawa. Odkąd zetknęłam się z literaturą japońską, a było to kilka lat temu, gdy przeczytałam ciurkiem całego Murakamiego, z wielką przyjemnością wracam do książek japońskich autorów. Ich bohaterowie są niesamowici, pełni sprzeczności, nieodgadnieni, z pozornie prostą, ale tak naprawdę złożoną, osobowością. W "Miłości na marginesie" nutą przewodnią jest oczywiście uczucie rodzące się pomiędzy dwojgiem ludzi. Ona, porzucona przez męża, choruje na niezdiagnozowaną chorobę, powodującą, że słyszy w głowie melodie, które wygrywa jej wyobraźnia. On samotny, realizuje się w pracy stenografa, spisując ludzkie historie. Gdy przyjdzie mu spisać historię jej życia, może sprawić, by ona wyzdrowiała. Piękna książka, w której historia toczy się wolno, jakby otulając czytelnika. Książka pełna mądrych i pięknych zdań, godnych zapamiętania, albo wynotowania.

 

A propos notowania. Założyłam sobie w ubiegłym miesiącu zeszyt, który staram się mieć pod ręką zawsze, gdy czytam i wynotowuję do niego zdania i cytaty, warte zapamiętania. Jest to jednocześnie dziennik czytanych przeze mnie książek. Nie wiem, dlaczego nie wpadłam na ten pomysł wcześniej. Super sprawa.   

Druga pozycja, jaką porwałam z biblioteki to książka-poradnik "Zawsze szykowna" autorstwa Tish Jett. Kilka książek tego typu mam już za sobą, ale z jakiegoś powodu z przyjemnością sięgam po kolejne. To nic odkrywczego, kolejne porady jak czuć się dobrze w swojej skórze, jak być szykowną i zadbaną, czerpiąc z doświadczeń Francuzek, które potrafią być eleganckie w ten iście francuski, niewymuszony sposób. Lektura tej książki sprawiła mi wiele przyjemności, głównie dlatego, że jest skierowana do czytelniczek w wieku 40+. I nie, nie lecę od razu do lustra sprawdzić, czy moja fryzura jest dość nonszalancka, a jednocześnie elegancka. Ani nie chodzę w butach na obcasie po mieszkaniu, by poczuć się jak Francuzki. Po prostu uważam, że miło jest poczytać o sposobach na bycie bardziej kobiecą. W każdym wieku. Dla mnie inspirujące.


W ubiegłym miesiącu, podobnie, jak na tę moją przydrożną bibliotekę, z wypiekami na twarzy rzuciłam się na promocję książek, którą zaoferował sklep o nazwie czerwonego chrząszcza w kropki. 3 za 2. W moim koszyku, pomiędzy sałatą, mlekiem i papierem toaletowym, znalazły więc miejsce książki w ilości wielokrotności liczby trzy. No bo, gdy oferowane są trzy książki w cenie dwóch, to ja naprawdę, ale to naprawdę, nie mogę przejść obojętnie obok. Na razie przeczytałam dwie pozycje, obie z serii szwedzkich kryminałów autorstwa Hakana Nessera o inspektorze Barbarottim: "Całkiem inna historia" i  "Drugie życie pana Roosa". To części druga i trzecia z pięciu, jakie składają się na ten cykl. Jednak kolejność nie jest tu zbyt istotna, każda książka to odrębna historia. Lubię skandynawskich autorów kryminałów. Dobrze czuję się w takim lekko ciężkawym, zamglonym klimacie szwedzkich, czy norweskich miejscowości. Nesser pisze specyficznie, akcja toczy się powoli, pozornie nic się nie dzieje i to nic prowadzi potem do jakiejś zaskakującej puenty. Bohaterowie są fajnie zarysowani, wchodzą w nasze głowy tak niepozornie, nienachalnie, ale długo nie można ich zapomnieć. Lubię i już.



Wracając do książek japońskich, a raczej w tym przypadku dziejących się w Japonii, to muszę wspomnieć tu o "Purezento" Joanny Bator. Sięgnęłam po tę książkę, bo lubię autorkę, a do tego akcja jest osadzona w Japonii, więc pomyślałam, że to może mi się spodobać. Nie zawiodłam się. Klimat, jak z japońskich książek, nostalgiczny, powolny, a do tego pięknie opowiedziana historia o składaniu rozbitego życia na nowo, opowieść o miłości i garść wiedzy o kintsugi - japońskiej sztuce naprawiania ceramiki przy pomocy złota. Dla mnie piękna książka.



I na koniec podzielę się z Wami dwoma wspaniale wydanymi poradnikami, których autorkami są inspirujące blogerki. 

Pierwsza książka to "Suma drobnych radości" Agnieszki Burskiej-Wojtkuńskiej, mówiąca o życiu w powolnym rytmie i czerpaniu z codzienności tego, co najlepsze, na wzór duńskiej sztuki szczęścia zwanej hygge. Odnalazłam w tej pozycji to, co ostatnio mocno dochodzi do głosu w mojej duszy. Konieczność zatrzymania się i bycia tu i teraz. A wszystko to ubrane w piękne, proste słowa i cudowne zdjęcia. Sama sobie kupiłam tę książkę w prezencie i wierzcie mi, był to wspaniały prezent. 





Druga książka to "Mieszkaj pięknie" Jagody Kutkowskiej o organizowaniu domowej przestrzeni wokół siebie za nie koniecznie wielkie pieniądze. Urządzanie wnętrz to jedna z moich miłości, więc tę książkę polubiłam bardzo i niejednokrotnie będę do niej wracać. Właściwie, to cały czas mam ją pod ręką i wciąż kartkuję i przeglądam, niczym dobrej jakości magazyn wnętrzarski. Jest pięknie wydana i zilustrowana doskonałymi zdjęciami. Sama przyjemność. W tej książce zakochała się też moja córka, a to najlepsze świadectwo na to, że spodoba się ona osobom w różnym wieku, po prostu każdemu, komu nie jest obojętne to, jakimi przedmiotami otacza się we własnym domu.



I tą pozycją zamykam moją czwartkową czytelnię. Oczekujcie kolejnych inspiracji niebawem.  









Komentarze