Czerwiec w obiektywie

Czerwiec w obiektywie

No po prostu było pięknie! Słonecznie, ciepło, cudownie. 

Był urlop, było opalanie na nowych leżakach, czytanie książek na ławeczce, obserwowanie kota leżącego w trawie, a potem uciekającego przed warkotem kosiarki. 

Był zapach koszonej trawy i mocno podlanej ziemi. 

Była budowa altany ogrodowej, było zmęczenie podniesionych rąk z pędzlem ociekającym farbą.

Było grillowanie, śniadanie na powietrzu i wieczory przy zapalonych świecach. 

Było po prostu pięknie. 

Ależ będę tęsknić za tym czerwcem. 











 

 













  










 
 
 

Moja letnia baza, czyli za co pokochałam wiskozę w T-shirtach.

Moja letnia baza, czyli za co pokochałam wiskozę w T-shirtach.

100% wiskoza

Dziś post typowo kobiecy, także, ten, tego, panowie, zostajecie na własną odpowiedzialność. A będzie o ciuchach. Nie jest to mój sztandarowy temat, bo lubię klasykę i umiar, co dla niektórych jest synonimem nudy w modzie. Ale to nie tak, że zupełnie nie mam w tym temacie niczego do powiedzenia, co udowadniałam w tym miejscu

Robiąc niedawno przegląd garderoby letniej, przyszło mi do głowy, że napiszę Wam o kolekcji moich ulubionych, bazowych T-shirtów, bo to taka z pozoru prosta sprawa, ale zdobyć dobry T-shirt to sztuka. Raczej każdy to wie. A, że lato w tym roku przyszło pod rękę z wiosną, a nawet ją wyprzedziło o kilka kroków, to baza w postaci różnych koszulek i topów jest absolutnie konieczna. 

Chcę Wam dziś pokazać kilka moich ulubionych rzeczy, ale nie po to, żeby się jakoś chwalić nadmiernie, ale, żeby napisać o włóknach, z jakich obecnie szyje się T-shirty i obalić trochę mit wspaniałej i niezastąpionej na tym polu bawełny. Otóż, odkąd odkryłam, że koszulka może być z wiskozy, przestałam kupować bawełnę i w końcu polubiłam nosić T-shirty. Przez wiele lat nie rozumiałam tego fenomenu wszechobecnych koszulek bawełnianych, solo, pod sweter, czy marynarkę, bo po pierwsze wydawało mi się, że to wygląda tandetnie, a po drugie było mi w tym po prostu niewygodnie. T-shirt z bawełny, jeśli nie ma w sobie dodatku elastanu, jest sztywny, jakby ogranicza ruchy, a jeśli trafi się miękki, to gramatura włókna jest niska i taki T-shirt jest zwyczajnie nietrwały. Szwy wykręcają się już po pierwszym praniu i w takiej koszulce można sobie, co najwyżej spać, oczywiście pod warunkiem, że nie ma się potrzeby bycia seksowną żoną. No i co dla mnie najważniejsze, każda bawełna bez dodatków sztucznych koszmarnie się gniecie. Gdy założyłam bawełnianą koszulkę pod marynarkę do pracy, to po kilku godzinach wyglądałam, jakbym miała na sobie wymiętą piżamę, więc czułam się w tym zestawieniu wyjątkowo nieelegancko. Wyjściem jest dodatek elastanu, ale wiadomo, elastan to elastan, z naturalnym włóknem ma tyle wspólnego, co sukienka koktajlowa z balową, albo nawet mniej. 

No i w końcu pewnego dnia, kiedy tak myślałam sobie, że chyba jestem jakaś dziwna, bo wszystkie dziewczyny noszą T-shirt z marynarką, a ja najwyraźniej widzę problem, tam, gdzie inni go nie zauważają, weszłam sobie do Promodu i przymierzyłam swój pierwszy T-shirt w 100% z wiskozy. Przypomnę, że wiskoza to włókno powstające z obróbki celulozy, którą otrzymuje się z oczyszczonej masy drzewnej, najczęściej z drzew iglastych. Wiskoza jest przewiewna, lekka, doskonale sprawdza się latem, świetnie się układa (jest lekko lejąca) i nie gniecie się nadmiernie. Dla mnie to było ni mniej, ni więcej, jak odkrycie Ameryki dla Kolumba. W sumie nawet więcej, bo on początkowo myślał, że dopłynął do Indii, a ja od razu rozpoznałam w wiskozie to, czego akurat poszukiwałam. Po pierwsze wygody, dającej pewność, że gdy podniosę ręce do góry, sięgając w pracy po segregator, stojący na górnej półce, kolega z pokoju nie zobaczy mojego brzucha. Po drugie braku zagnieceń i braku bardzo nieeleganckiego efektu wymiętości. T-shirt z wiskozy nigdy nie wygląda na mnie, jak pomięta szmata do podłogi, a włożony do walizki na wyjazd, jest gotowy do założenia zaraz po rozpakowaniu. Pokochałam także wiskozę za jej lekko połyskujące włókna. Różnica pomiędzy bawełną, a wiskozą w tym względzie jest taka, jak różnica pomiędzy pudrem dającym matowy lub satynowy efekt. Ten drugi wygląda zdecydowanie lepiej i bardziej elegancko. 

A na koniec najlepsze. Uważajcie, po prostu hit. T-shirt z wiskozy wyprany w pralce i powieszony na wieszaku do wyschnięcia, nie wymaga prasowania! Prasować nie znoszę, stąd ta cecha jest dla mnie decydująca. 

Tak więc, żegnaj bawełno! Pozostań w składzie mojej bielizny osobistej, tam się lubimy i tam jest twoje miejsce.  

A poniżej moje ulubione letnie T-shirty wykonane w 100% z wiskozy, które noszę na okrągło. Piorę, suszę, nie prasuję i ponownie zakładam. Jest mi wygodnie i uwielbiam taką sportową elegancję, czy to w jeansach, spódnicy, marynarce lub bez. Pierwsze dwa z Promodu, kolejny z Grey Wolf, ostatni z Lidla (naprawdę świetna jakość). Każdy z nich kosztował mniej, niż 60 zł. 

100% wiskoza

100% wiskoza

100% wiskoza

100% wiskoza



Cierpliwość dziadka i babci.

Cierpliwość dziadka i babci.


Od kilku dni obserwuję pewnego dziadka. Jest to tata mojej sąsiadki, który przyjechał z odsieczą, gdy urodziła ona drugie dziecko. Pięknie pomaga zajmować się starszą córeczką, gdy mama jest zajęta noworodkiem. 

Ileż ten dziadek ma cierpliwości! Lubię podglądać ich, gdy wracają we dwoje z przedszkola. Nigdzie im się nie spieszy. Że dziewczynce, to zrozumiałe. Ma jakieś trzy latka, a takiej osóbce czas płynie zdecydowanie powoli. Ale, że dziadkowi? To niezwykłe. Albo może zwyczajne właśnie i naturalne jest, że idą sobie z tego przedszkola razem powolnym krokiem. Zatrzymują się przy każdej kałuży, albo nowo wyrośniętym kwiatku polnym, którego wczoraj tu jeszcze nie było. Podziwiają maszerujące mrówki i przysiadające w trawie motyle. Dziadek nie pogania wnuczki ani trochę, obserwuje wraz z nią ten świat pełen dziwów z takim zachwytem, jakby i on widział go pierwszy raz. Patrzę na nich z wielką przyjemnością. 

Może dziadek ten nie byłby zachwycony, że tak ich podglądam, ale naprawdę nie mogę się oprzeć. Są wspaniali. Ze wzruszeniem stwierdzam, że odnajduję w nich samą siebie sprzed wielu, wielu lat, gdy ja także spacerowałam z dziadkiem i odkrywałam świat. Moja mała rączka spoczywała z takim spokojem w jego dłoni i wtedy wszystko było możliwe i nic nie było straszne. 

Z niejakim zdziwieniem stwierdzam też, że przecież sama jestem już babcią i ten fakt bezustannie wydaje mi się niewiarygodny. W każdym razie jakaś część mnie wciąż w niego nie dowierza, choć każdy dzień potwierdza ten fakt albo obecnością mojego wnuka, albo oglądaniem jego zdjęć, których mam w telefonie mnóstwo, albo zwyczajnym uczuciem tęsknoty za nim, jego zapachem i ciężarem, uśmiechem i płaczem. 

I teraz doskonale rozumiem, dlaczego nic, a nic nie dziwi mnie ten obserwowany przeze mnie dziadek i jego cierpliwość. Bo wraz z narodzinami wnuka otrzymuje się od życia nowe pokłady cierpliwości ot tak, za darmo. Nijak nie trzeba na nie zapracować, one się po prostu pojawiają i już. I można spojrzeć na świat oczami dziecka, a potem już w żaden inny sposób nie chce się tego świata widzieć. I oto odkrywa się zachwyt w poruszającej się na wietrze gałęzi sosny, ponieważ zobaczyło się go w oczach niespełna półrocznego dziecka, a to nie może oznaczać niczego innego ponad to, że świat po prostu jest piękny. I piękno to jest dostępne dla każdego, na wyciągnięcie ręki. 

I mówię Wam, już nie mogę się doczekać spacerów z moim wnukiem i liczenia wszystkich mrówek, jakie mieszkają w lesie nieopodal. Chociaż przeczuwając już dziś charakter tego ślicznego chłopca, to może być raczej galop przez las, a nie powolny spacer. Ale to nic, dam radę. I już dziś dziękuję Ci, chłopczyku, że uczyniłeś mnie swoją babcią.

Gdy praca nie daje satysfakcji.

Gdy praca nie daje satysfakcji.


Są dwie grupy ludzi wykonujących pracę zawodową. Ci, którzy ją lubią i ci, którzy jej nie znoszą. Przy czym, ci drudzy czasami całymi latami nie przyznają się do tego, że nie lubią swojej pracy, że zmuszają się, by wstać rano i do niej pojechać, a później odliczają godziny i minuty do jej zakończenia. I tak każdego dnia. Wiem, co mówię, należę do tej właśnie drugiej grupy ludzi. Od wielu lat rozpoczynam każdy dzień, oprócz sobót i niedziel, od myśli, że oto znów muszę wstać, pojechać do pracy i tam się solidnie umęczyć. Wyjaśniam od razu, że pracę mam biurową, siedzącą. 

Powstaje pytanie, dlaczego marnuję jedyne życie, jakie otrzymałam, na robienie czegoś, co nie sprawia mi satysfakcji, odbiera energię, pozbawia uczucia celowości życiowej i wręcz wpędza w depresję? Pytanie bardzo osobiste i choć je tu zadaję sobie w Waszej obecności, to nie jestem pewna, czy mam tyle siły, by na nie odpowiedzieć. Ale może już czas. Może powinnam. Dla zachowania resztek zdrowia fizycznego i psychicznego, jakie mi pozostały. Umówmy się więc, że to będzie taki post terapeutyczny dla mnie, napiszę, potem przeczytam, opublikuję i uznam, że skoro słowa wskoczyły już do sieci, czas naprawdę się z nimi zmierzyć. Ze sobą, z życiem i z tą pracą nieszczęsną, której mam dość. No cóż, strach jest i jak wiadomo ma wielkie oczy. Nawet dzieci to wiedzą. Zwłaszcza dzieci, a ja niejednokrotnie czuję się jak dziecko, gdy mam podjąć jakieś decyzje zawodowe. W związku z tym dotychczas, ze strachu, nie podjęłam jeszcze żadnej. Pracuję, gdzie pracowałam od osiemnastu lat i mam takie swoje status quo, na pierwszy rzut oka bezpieczne, ale jak zanurzyć się głębiej, niezwykle niszczące.

Zmieniłam się. Coś we mnie pękło i w tej części mnie nie ma już miejsca na bylejakość. To, co dotychczas mi wystarczało, już nie wystarcza. To, co jedynie ćmiło, teraz boli, jak otwarta rana po wyrwaniu zęba bez znieczulenia. Bo, gdyby ktoś zapytał mnie, czego ja tak naprawdę się czepiam, przecież płacą na czas, nie wymagają zbyt wiele i mam pracę, o którą inni mogliby się bić, to odpowiedź wcale nie przychodzi mi łatwo. Fakt, płacą na czas i to mi dotychczas wystarczało. Tą myślą pocierałam ćmiący ból braku satysfakcji, wykonywania czynności bezcelowych i nikomu niepotrzebnych, ból ludzkiej głupoty, lekceważenia, a niejednokrotnie poniżenia. I wiecie co? Odpowiedź jest w sumie prosta. Mam pracę, której inni mogliby mi zazdrościć, ale ... nie chcę już jej wykonywać. Uff, cóż to za uwalniające stwierdzenie!

Napisałam kiedyś pracę magisterską na temat satysfakcji pracowników z wykonywanej pracy zawodowej. Zabawne, że prawie o tym zapomniałam. W badaniu, które wówczas przeprowadziłam wyszło mi, że satysfakcja z pracy jest najważniejszym czynnikiem motywującym pracowników. Nie pieniądze, które po fajnych współpracownikach były dopiero na trzecim miejscu, ale właśnie satysfakcja, poczucie celowości podejmowanych działań, zadowolenie z tego, co się robi. Już wtedy, pisząc tę pracę, sama nie odczuwałam satysfakcji z pracy, ale nie dopuszczałam do siebie myśli o zmianie. Skoro wszyscy wkoło twierdzą, że mam taką świetną pracę, to musi ze mną być coś nie tak, skoro ja czuję inaczej. Jedyne wyjście to zapomnieć o tym, że pracy nie lubię, uśmiechać się i żwawo podążać drogą niegdyś obraną, choć już nie moją własną. 

Podsumowanie tego posta okazuje się być całkiem proste. Chcę czegoś innego. Chcę zmiany. Chcę satysfakcji z tego, co robię. Czas więc na kolejną rewolucję w moim życiu. 

Bądźcie blisko, mogę Was potrzebować.      
Sztuka parzenia herbaty.

Sztuka parzenia herbaty.

Herbata dla mnie to przede wszystkim cudowny zapach, to chwila wytchnienia, powolności i zamyślenia. Herbata to coś więcej, niż tylko dodatek do posiłku. To napój, który wypijany w odpowiednim tempie, odpowiednio przygotowany, ma wpływ na zdrowie, poprawia samopoczucie, jest przyjemnością po prostu. A w życiu warto dbać o chwile przyjemności.  

Radość z picia herbaty.

Parzenie herbaty to czynność z pozoru prosta, banalna wręcz. Wrzucić torebkę do kubka, zalać wodą, gdy czajnik zagwiżdże i gotowe. Oczywiście można tak zrobić, ale ile przyjemności sobie odbieramy, wiedzą tylko ci, którzy nauczyli się parzyć herbatę inaczej i cieszyć się nią. Jej aromatem, pięknymi akcesoriami do jej parzenia, delikatną porcelaną, w końcu chwilą zamyślenia podczas oczekiwania, aż wrzątek lekko przestygnie, osiągając idealną temperaturę. Dlatego ja najczęściej wybieram herbaty kupowane na wagę w ulubionych sklepach, gdzie atmosfera jest niepowtarzalna, można nacieszyć oko i nawąchać się do woli. Herbatę w torebkach zostawiam na chwile wyjątkowego pośpiechu i nie używam jej zbyt często. Bo parzenie herbaty to sztuka. To chwile, które uwielbiam w mojej codzienności. Najczęściej parzę herbatę w czajniczku, czasami używam też zaparzaczek, gdy wiem, że wypiję nie więcej, niż jeden kubek. 

Rodzaje herbat.

W herbacie fantastyczne jest to, że mamy całe mnóstwo jej rodzajów i naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie. Czarna, zielona, biała, z dodatkami lub bez. W zależności od pogody, pory dnia, nastroju.

Herbata czarna, czysta, bądź wzbogacana dodatkami jest chyba najbardziej popularna ze względu na smak. Warto jednak pamiętać także o jej wpływie na nasze zdrowie. Zawarta w niej tanina dobrze działa na układ pokarmowy, działa też przeciwmiażdżycowo, rozszerzając naczynia krwionośne, a także obniża ciśnienie. Słaba herbata czarna pomaga przy zatruciach. Najprzyjemniej jest zaparzyć sobie herbatę czarną w czajniczku, uprzednio ogrzanym, oddzielić liście od naparu i popijać powoli z ulubionego kubka lub filiżanki. Wodzie po zawrzeniu powinniśmy pozwolić krótko odpocząć i dopiero wtedy zalać liście w czajniczku. Parzenie powinno trwać od 3 do 5 minut. Dobrej jakości herbaty czarne nadają się do dwu lub trzykrotnego parzenia i nie powinno to mieć wpływu na smak naparu. Ja najbardziej lubię herbaty czarne z dodatkami, earl grey i cynamonowa to moi faworyci. Herbata cynamonowa jest uznawana za sezonową, dostępną najczęściej w okresie jesienno-zimowym, ale ja zawsze mam jej zapas w domu, bo uwielbiam ją pić przez cały rok. Już samo zanurzenie nosa w otwartej puszce i poczucie jej zapachu poprawia mi nastrój.

Z kolei herbata zielona wymaga niższej temperatury parzenia. Woda powinna odpocząć ok. 10 minut od zawrzenia, tak, by jej temperatura osiągnęła 80 stopni Celsjusza. Parzymy krócej, niż herbatę czarną, od 1 do 3 minut. Herbatę zieloną możemy parzyć kilkakrotnie, osiągając przy każdym parzeniu napar mniej intensywny, łagodniejszy w smaku. Kogo odstrasza goryczka obecna często w smaku herbaty zielonej, niech sięgnie po japońską senchę. Jest łagodna i niezwykle zdrowa, wyjątkowo bogata w witaminę C. Goryczkę w smaku zielonej herbaty niweluje także dodatek suszonych cytrusów lub trawy cytrynowej, świetnie nadaje się ona do przygotowania herbaty mrożonej w upał. Gotowe mieszanki wzbogacone cytryną, czy pomarańczą ma w swojej ofercie każdy dobry sklep z herbatą. Herbata zielona doskonale pobudza i odświeża umysł, znawcy twierdzą, że lepiej, niż kawa. 

Moim niedawnym odkryciem, a dziś już ulubieńcem wśród herbat, jest darjeeling. Pochodzi z Indii, jej plantacje mieszczą się wysoko w górach i wierzcie mi, ta herbata ma w sobie coś z elegancji i wykwintności. Jest droższa od typowych herbat czarnych, czy zielonych, ale warto kupić choćby 5 dag tych pięknych liści i spróbować naparu. Ogrzany czajniczek zalewamy wodą o temperaturze 95 stopni, czyli tylko chwilę odczekujemy po zagotowaniu wody. Parzymy ok. 2 minut, a więc dość krótko. To pozwala zachować wyjątkową delikatność w smaku. Można parzyć drugi raz, wydłużając czas do 3 minut, ale nie przekraczając go. 

Najrzadziej kupowaną przeze mnie jest herbata biała. Muszę to zmienić, bo jest zdrowa i smaczna, ale, podobnie jak darjeeling, dość droga, może dlatego zwykle omijam półkę, na której stoi. Przy najbliższych zakupach herbacianych mam zamiar skusić się na któryś z jej rodzajów. Myślę, że wybiorę jakąś mieszankę wzbogaconą cytrusami. Świeży smak w sam raz na lato. 

To jak? Macie ochotę spróbować, jak smakuje chwila powolności w towarzystwie herbaty parzonej w czajniczku?








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger