Gdy praca nie daje satysfakcji.


Są dwie grupy ludzi wykonujących pracę zawodową. Ci, którzy ją lubią i ci, którzy jej nie znoszą. Przy czym, ci drudzy czasami całymi latami nie przyznają się do tego, że nie lubią swojej pracy, że zmuszają się, by wstać rano i do niej pojechać, a później odliczają godziny i minuty do jej zakończenia. I tak każdego dnia. Wiem, co mówię, należę do tej właśnie drugiej grupy ludzi. Od wielu lat rozpoczynam każdy dzień, oprócz sobót i niedziel, od myśli, że oto znów muszę wstać, pojechać do pracy i tam się solidnie umęczyć. Wyjaśniam od razu, że pracę mam biurową, siedzącą. 

Powstaje pytanie, dlaczego marnuję jedyne życie, jakie otrzymałam, na robienie czegoś, co nie sprawia mi satysfakcji, odbiera energię, pozbawia uczucia celowości życiowej i wręcz wpędza w depresję? Pytanie bardzo osobiste i choć je tu zadaję sobie w Waszej obecności, to nie jestem pewna, czy mam tyle siły, by na nie odpowiedzieć. Ale może już czas. Może powinnam. Dla zachowania resztek zdrowia fizycznego i psychicznego, jakie mi pozostały. Umówmy się więc, że to będzie taki post terapeutyczny dla mnie, napiszę, potem przeczytam, opublikuję i uznam, że skoro słowa wskoczyły już do sieci, czas naprawdę się z nimi zmierzyć. Ze sobą, z życiem i z tą pracą nieszczęsną, której mam dość. No cóż, strach jest i jak wiadomo ma wielkie oczy. Nawet dzieci to wiedzą. Zwłaszcza dzieci, a ja niejednokrotnie czuję się jak dziecko, gdy mam podjąć jakieś decyzje zawodowe. W związku z tym dotychczas, ze strachu, nie podjęłam jeszcze żadnej. Pracuję, gdzie pracowałam od osiemnastu lat i mam takie swoje status quo, na pierwszy rzut oka bezpieczne, ale jak zanurzyć się głębiej, niezwykle niszczące.

Zmieniłam się. Coś we mnie pękło i w tej części mnie nie ma już miejsca na bylejakość. To, co dotychczas mi wystarczało, już nie wystarcza. To, co jedynie ćmiło, teraz boli, jak otwarta rana po wyrwaniu zęba bez znieczulenia. Bo, gdyby ktoś zapytał mnie, czego ja tak naprawdę się czepiam, przecież płacą na czas, nie wymagają zbyt wiele i mam pracę, o którą inni mogliby się bić, to odpowiedź wcale nie przychodzi mi łatwo. Fakt, płacą na czas i to mi dotychczas wystarczało. Tą myślą pocierałam ćmiący ból braku satysfakcji, wykonywania czynności bezcelowych i nikomu niepotrzebnych, ból ludzkiej głupoty, lekceważenia, a niejednokrotnie poniżenia. I wiecie co? Odpowiedź jest w sumie prosta. Mam pracę, której inni mogliby mi zazdrościć, ale ... nie chcę już jej wykonywać. Uff, cóż to za uwalniające stwierdzenie!

Napisałam kiedyś pracę magisterską na temat satysfakcji pracowników z wykonywanej pracy zawodowej. Zabawne, że prawie o tym zapomniałam. W badaniu, które wówczas przeprowadziłam wyszło mi, że satysfakcja z pracy jest najważniejszym czynnikiem motywującym pracowników. Nie pieniądze, które po fajnych współpracownikach były dopiero na trzecim miejscu, ale właśnie satysfakcja, poczucie celowości podejmowanych działań, zadowolenie z tego, co się robi. Już wtedy, pisząc tę pracę, sama nie odczuwałam satysfakcji z pracy, ale nie dopuszczałam do siebie myśli o zmianie. Skoro wszyscy wkoło twierdzą, że mam taką świetną pracę, to musi ze mną być coś nie tak, skoro ja czuję inaczej. Jedyne wyjście to zapomnieć o tym, że pracy nie lubię, uśmiechać się i żwawo podążać drogą niegdyś obraną, choć już nie moją własną. 

Podsumowanie tego posta okazuje się być całkiem proste. Chcę czegoś innego. Chcę zmiany. Chcę satysfakcji z tego, co robię. Czas więc na kolejną rewolucję w moim życiu. 

Bądźcie blisko, mogę Was potrzebować.      

Komentarze