Czwartkowa czytelnia, cz. 2.

Czwartkowa czytelnia, cz. 2.



Poradniki zdominowały moje czytelnicze wybory w ostatnim czasie. Od wyjątkowo rozczarowujących dwóch książek o ikigai, japońskiej sztuce szczęśliwego życia, po "Hygge na szczęście", książce, która mnie zachwyciła. Zainteresowały mnie też pozycje o wnętrzach, kwiatach, gotowaniu oraz kilka kryminałów. Swoisty misz-masz. Ale po kolei. 

Dwie książki autorstwa duetu Hector Garcia i Francesc Miralles "Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia" oraz "Trening Ikigai. Japońska sztuka codziennej radości" kupiłam zaczarowana promocją. Mój czytelniczy nos z dość dużej odległości jest w stanie zwęszyć taką okazję. Rzuciłam się na te książki w atrakcyjnie obniżonych cenach, nie sprawdzając dokładnie ani wnętrza, ani informacji o autorach, którzy nie są Japończykami i to wydaje mi się powodem, dla którego temat ikigai potraktowali dość pobieżnie. Ikigai to sztuka odkrywania sensu życia w swojej pasji, odkrywaniu jej, rozwijaniu i pielęgnowaniu tak, aby dawała jak najwięcej satysfakcji i radości z życia. Spodziewałam się informacji o tym, jak w Japonii odkrywa się swoje pasje i jak wdraża się je w życie, celebrując chwile wypełnione ich realizacją. Niestety, obie książki traktują wprawdzie o dobrym i szczęśliwym życiu, ale jak dla mnie to trochę za mało. O samej idei ikigai mówią dwa rozdziały, reszta to trochę taki koktajl o niczym. Jestem bardzo rozczarowana. Zamierzam oddać obie pozycje do biblioteki, może tam się przydadzą.

"Hygge na szczęście" Signe Johansen pożyczyła mi córka. Uwielbiam klimat skandynawskich kryminałów, zachwycam się szwedzkim wystrojem wnętrz i duńskim designem. Po prostu lubię Skandynawię, chciałabym się kiedyś tam wybrać. Podziwiam ludzi, którzy żyjąc w dość surowym klimacie, mając tak mało słońca w ciągu roku, potrafią być tak fantastycznie nastawieni do życia. Idea hygge opiera się na znajdowaniu szczęścia w każdej chwili, czerpaniu radości z codziennych, prostych czynności, celebrowaniu wspólnych chwil w towarzystwie bliskich osób, otaczaniu się pięknymi i funkcjonalnymi przedmiotami w domu, byciu blisko przyrody bez względu na pogodę za oknem, życiu w prostocie i radość z tego, co zostało nam dane. Ja wciąż muszę sobie przypominać, że najważniejsze są prostota i umiar, wiele już się nauczyłam i wiele wprowadziłam do swojego życia, ale wciąż lubię się zainspirować i poczytać, jak to robią inni. Tak, jak wspomniałam, książka była pożyczona, ale mam ochotę kupić sobie własną, żeby móc do niej wracać. 

"Projekt rośliny" Weroniki Muszkiety i Oli Sieńko to wspaniale napisana książka o kwiatach domowych dla tych, którzy zaczynają hodować kwiaty w domu, ale także dla tych, którzy już posiadają swoją dżunglę. Ja należę raczej do tych drugich, kwiaty w domu uwielbiam, o czym pisałam w tym miejscu. Ponieważ obecnie kwiaty doniczkowe można spotkać dosłownie w każdym sklepie, to zdarza się, że jadę po mleko, albo po gwoździe, a wracam z kwiatami. "Projekt rośliny" mnie zachwycił. Książka jest bardziej opowieścią, niż poradnikiem, jakie dotychczas miałam na półce. Zawiera zarówno informacje o najważniejszych roślinach hodowanych w domu, jak również masę doskonałych zdjęć, które są wnętrzarskimi inspiracjami pomocnymi przy aranżowaniu swoich roślinnych zakątków w domu. Do tego jest pięknie wydana. Dla mnie to po prostu uczta. Przeczytałam od początku do końca, a teraz wracam do niej i wracam. 

Marty Dymek z bloga Jadłonomia chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jej kuchnia roślinna podbiła i zaskoczyła już niejedno podniebienie. Książkę kucharską pod tym samym tytułem przeglądałam już nie jeden raz w księgarni, ale jakoś nigdy nie kupiłam. Teraz dostałam egzemplarz od koleżanki i od razu zaczęłam żałować, że tak późno stała się moja. Przepisy są zachwycające. Czasami zaskakują doborem składników, wszak to kuchnia roślinna, dla mnie nie do końca zgłębiona. Powoli jednak dążę do tego, by jeść znacznie więcej warzyw, niż obecnie, dlatego ta książka jest dla mnie nieocenioną inspiracją. Z wielką przyjemnością czytam przepisy i oglądam zdjęcia potraw, nawet, gdy nie mam zamiaru gotować.

Uwielbiam magazyny wnętrzarskie i po prostu nie mogę się bez nich obejść. Prenumeruję "Elle Decoration" i jak dziecko z wypiekami na twarzy zaglądam do skrzynki, czy już tam na mnie czeka. Oczywiście kupując skrzynkę, zwracałam baczną uwagę na to, by była pojemna i miała wymiary dostosowane do prenumeraty czasopism. Z kolei "Dobre wnętrze" zaprenumerowałam w wersji elektronicznej, żeby nie gromadzić zbyt dużo papieru. Początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić, zdawało mi się, że kolorowe pismo wyświetlone na ekranie komputera to pomyłka, ale już się przyzwyczaiłam i teraz cenię sobie przede wszystkim możliwość powiększenia różnych ciekawych dla mnie szczegółów i dokładnego ich obejrzenia. Przeglądając ostatnio inne tytuły wnętrzarskie, natknęłam się na dwa inspirujące magazyny, których nie znałam: "Wnętrza. Inspiracje" oraz "Otoczenie domu". Oba bardzo ciekawe, z mnóstwem inspiracji domowo-ogrodowych. Bardzo mi się spodobały, ale regularnie raczej ich kupować nie będę, biblioteczka i tak zaczyna pękać w szwach. 

Zachęcam Was do rozwijania swoich pasji przy pomocy ciekawej prasy. Pięknie wydanych tytułów jest mnóstwo i łatwo znaleźć coś dla siebie. Poza tym taki stosik kolorowych czasopism potrafi pięknie zaprezentować się we wnętrzu, dodając mu smaku i ukazując rąbek charakteru gospodarzy.

W ślad za magazynami wnętrzarskimi, z równą ciekawością podążam za albumami, przedstawiającymi wnętrza. Trochę przez przypadek, bo szukałam w księgarni czegoś innego, wpadł mi w oko album "Homebook Design vol. 4". Mówię Wam, cudo. Książka zawiera trzydzieści projektów wnętrz, zrealizowanych przez polskich projektantów. Piękne zdjęcia i masa pomysłów do wykorzystania u siebie w domu. Takie pozycje mogę przeglądać w nieskończoność.

A na zakończenie dzisiejszej czytelni proponuję trochę beletrystyki z gatunku książek około kryminalnych. Robiłam kilka podejść do tak popularnych ostatnio i wszechobecnych na półkach pozycji autorstwa Remigiusza Mroza i troszkę dziwię się zachwytom oraz wszelkim ochom i achom nad jego pisarstwem. Przeczytałam dwa kryminały, "Zaginięcie" i "Behawiorysta", oba z różnych cyklów, tak dla sprawdzenia stylu i poziomu tych książek. Pierwsza z nich nawet mnie wciągnęła, dobra intryga, pozornie niemożliwa do rozwikłania, ale główna bohaterka, pani Chyłka tak mnie irytowała, że nie miałam ochoty sięgnąć po kolejne powieści z jej udziałem. Spróbowałam także odnaleźć się w klimacie spraw prowadzonych przez byłego prokuratora Gerarda Edlinga i tu było jeszcze gorzej. "Behawiorysta" to książka, w której, autor skupił się na dokładnych opisach odcinanych kończyn, zbroczonych krzepnącą krwią, ale kompletnie zaniedbał fabułę, którą uważam za zwyczajnie nudną. Ponadto styl tej książki przypomina wypracowanie czwartoklasisty. Przepraszam pana Remigiusza, ale to był jeden z najgorszych kryminałów, jakie czytałam.

Jednak, żeby nie było, że tylko krytykuję, to zdołałam polubić autora, jako Ove Logmansbo. To pseudonim, pod którym została wydana jego trylogia z cyklu Vestmanna. "Enklawa", "Połów" i "Prom" to trzy powieści zdecydowanie inne, niż książki "polskie" i moim zdaniem, zdecydowanie lepsze. Rzecz dzieje się na Wyspach Owczych i ma klimat i fabułę, jak z najlepszych powieści skandynawskich autorów. Lubię przenieść się na trochę do takiej małej, zamkniętej społeczności skandynawskiej i podglądać, jak tam żyją ludzie, jak zmagają się z przyrodą i swoimi własnymi demonami, które mieszkają w ich wnętrzach. Lubię dobrze zarysowane postaci z ich charakterami, które odkrywa się strona, po stronie. To wszystko znalazłam w skandynawskiej trylogii pana Mroza vel Logmansbo i teraz z uwagą śledzę jego wyjątkowo płodną twórczość, sprawdzając, czy nie pojawi się kolejna seria książek podobnych do tej trylogii.

Podsumowując dzisiejszy post, napiszę krótko: czytajcie, Kochani! Gazety, czasopisma, książki, co tam wolicie, ale czytajcie, bo to niesłychanie rozwijające i przyjemne zajęcie.








Jak żyć zdrowo?

Jak żyć zdrowo?

ogród

Zauważyliście, że człowiek ma w swojej naturze coś, co popycha go do unicestwiania samego siebie? Buduje, jednocześnie burząc. Dokonuje odkryć, które mogłyby służyć, ale okazuje się, że niszczą. Albo toczy wojny i podbija innych, przez co ginie masa ludzi, albo, żyjąc w czasach względnego pokoju i dobrobytu, wymyśla coraz to nowe sposoby, jak by tu sobie zaszkodzić w sposób bardziej subtelny i z pozoru niezauważalny. Tworzy żywność, która powoduje choroby. Zanieczyszcza i niszczy środowisko, przez co żyje w świecie, w którym każdy kolejny oddech jest zatruty. Wymyśla technologie, które są wspaniałe, ale szkodzą zdrowiu. W pędzie za pracą i pieniędzmi, żyje w stresie i niedosypia, martwiąc się, że wciąż ma za mało. Czasami myślę sobie, że człowiek oszalał. Ma na wyciągnięcie ręki efekty swoich zabiegów, dostęp do najnowszych badań, które pokazują, co jest dla niego dobre, a co nie i dalej brnie w samozagładę, nie wyciągając wniosków i nie myśląc. 

Jak w takim świecie zdrowo żyć i przeżyć? Ja dochodzę do wniosku, że nie wiem. Szacuje się, że za kilka lat w Polsce co trzecia osoba zachoruje na jakiś rodzaj nowotworu. Nie wygląda to optymistycznie.

Przeczytałam ostatnio, że najnowsze badania wykazują szkodliwy wpływ telefonów komórkowych na nasz mózg. Badacze zalecają rozmawiać przez telefon trzymając go z dala od głowy. Czy to oznacza, że człowiek wynalazł telefon po to, by ostatecznie nie móc używać go do swobodnej komunikacji? Co by pomyślał Alexander Bell, gdyby mu ktoś powiedział, że jego wynalazek stanie się kiedyś urządzeniem, jakim jest dziś? Fantastycznym, rozbudowanym smartfonem, pełnym muzyki, zdjęć, filmów, czego tylko dusza zapragnie, ale że nie można zbliżyć go do głowy, aby porozmawiać, bo to szkodzi. Pomyślałby pewnie, że człowiek oszalał, modyfikując urządzenie służące do komunikacji w taki sposób, że nie można go swobodnie używać. Choć może w tym szaleństwie jest metoda, bo inaczej nie byłoby takich technologii, jak dziś, na czele z internetem, który ja osobiście uważam za najważniejszy wynalazek XX wieku. Oby najnowsze badania nie pokazały, że internet szkodzi.

Wiemy też jak bardzo mamy dziś niezdrową, przetworzoną żywność, którą karmimy się aż do przejedzenia. Jedzenie to podstawowa potrzeba, ale człowiek już dawno pomylił jedzenie z przejedzeniem. Jak to się dzieje, że robiąc zakupy, wciąż mam za dużo rzeczy w koszyku, wciąż za dużo kupuję? W efekcie albo jestem przejedzona, albo marnuję jedzenie. Albo i jedno i drugie. Pracuję nad tym, robiąc listy zakupów, próbując kupować bardziej z głową, ale wciąż daleko mi do ideału. Zawsze kupię coś spoza listy, zawsze coś wydaje się przydatne. A już robiąc zakupy bez listy, kompletnie idąc na żywioł, mam wrażenie, że to zakupy panują nade mną, a nie ja nad nimi. Kolejna sprawa to jakość tych produktów, które mam w koszyku. I naprawdę czytam etykiety, sprawdzam skład produktów, bardzo się staram, by nie jeść tych wszystkich konserwantów. Ale czasami mam wrażenie, że uwolnię się od nich w pełni tylko wtedy, gdy posadzę marchewkę w ogródku i uczynię ją jedynym składnikiem moich posiłków. Tylko jak tu powiedzieć mojej rodzinie, że od jutra tylko marchewka?

Był kiedyś taki program kulinarny w telewizji, w którym Amerykanka, Rachael Ray, przygotowywała posiłki w 20 minut. Miały być smaczne, szybkie i zdrowe. Żeby przygotować przeciętny posiłek dla rodziny, potrzeba przecież więcej czasu, niż te 20 minut, stąd pomysł ten wydawał mi się nieco naciągany. Jednak ta pani wyrabiała się w 20 minut, ponieważ używała głównie półproduktów, warzyw w puszkach, wstępnie przygotowanych produktów, które można kupić już nie tylko w amerykańskich, ale i w naszych sklepach. Czy takie posiłki, mimo, że przygotowane w domu, są zdrowe? Wątpię. Bo chociaż powszechnie wiadomo, że jedzenie domowe jest zdrowsze od gotowego, to kluczowe znaczenie ma to, z czego gotujemy i jakich składników używamy. Jak zrobić to zdrowo, skoro w sklepach mąka mocno przetworzona, mięso hodowane na antybiotykach, a w wędlinach więcej konserwantów, niż samej wędliny? Szukam nieustannie odpowiedzi na to pytanie i dotychczas nie znalazłam satysfakcjonującej.

Od zawsze było wiadomo, że ruch na świeżym powietrzu sprzyja zachowaniu zdrowia i dobrej kondycji. Sama chętnie przebywam na dworze, chociaż z tym ruchem to u mnie różnie bywa. Ale dookoła bombardują nas informacje o takim zanieczyszczeniu powietrza, że zaleca się raczej siedzieć w domu, a dodatkowo zaopatrzyć się w filtr oczyszczający powietrze w pomieszczeniu. Kolejne szaleństwo. Czy świat całkiem zwariował? Jakiś miesiąc temu zaczęłam korzystać z aplikacji, która informuje o jakości powietrza w mojej okolicy. Po miesiącu byłam tak zdołowana tym, co mi ta aplikacja podpowiadała, że ją odinstalowałam. Miałam dość codziennych komunikatów o konieczności pozostania w domu z powodu obecnych w powietrzu zanieczyszczeń.  

Żyję w świecie, w którym nie potrafię uchronić siebie, ani swojej rodziny przed skutkami nowoczesnych technologii, niezdrowym powietrzem, w końcu skutkami niezdrowego odżywiania. Marna to puenta i niestety, pytanie postawione w tytule, na razie pozostaje dla mnie bez odpowiedzi.


 
   
Zupa z dyni. Przepis idealny.

Zupa z dyni. Przepis idealny.

przepis na zupę z dyni
Moja babcia wyznawała zasadę, że w porządnym domu codziennie musi być zupa. Z przyjemnością stwierdzam, że dom mam porządny, ponieważ zupy uwielbiam i często je gotuję, choć przyznaję, że nie codziennie.

Lubię prostotę, a w gotowaniu przejawia się to tym, że szybkie i nieskomplikowane przepisy, składające się z małej ilości składników, łatwo podbijają moje kulinarne serce. Tak też było z zupą z dyni, którą gotuję od bardzo dawna. Używałam różnych dodatków, testując różne przepisy, dodając i eliminując składniki tak, aby znaleźć najbardziej odpowiadający mi smak. Gdy go w końcu znalazłam, jestem mu wierna. Zupa jest prosta i szybka w wykonaniu, a smakuje znakomicie. 

Obecnie różne rodzaje dyni są dostępne w sklepach przez cały rok, co mnie niezmiernie cieszy, bo nie muszę czekać do jesieni, aby móc sobie tą zupą poprawić humor. Szczególnie w deszczowy i chłodniejszy, letni dzień. Jak na prosty przepis przystało, mamy tu tylko trzy składniki i przyprawy. Potrzebujemy zaledwie pół godziny czasu wolnego i możemy zajadać się tą lekkostrawną zupą, która, dzięki dodatkowi kurkumy, świetnie działa na cały przewód pokarmowy. Dla osób mających jakiekolwiek problemy z żołądkiem, zupa z dyni nie powinna wcale wychodzić z menu. Spróbujcie. 

Przepis na zupę z dyni. 

Składniki:
- 1 nieduża dynia
- 1/3 puszki mleka kokosowego
- 4 łyżki dobrej oliwy z oliwek (ja najbardziej lubię grecką, bo nie ma goryczki, typowej dla oliwy hiszpańskiej)
- 1/3 łyżeczki soli
- 1/3 łyżeczki kurkumy
- pieprz do smaku

Wykonanie:
Dynię myjemy, przekrawamy na pół, wydrążamy nasiona i kroimy na kawałki. Dobra wiadomość dla osób, które odstrasza obieranie. Jeśli użyjecie dyni piżmowej, jak ja, nie musicie jej obierać. Skórka nadaje się do jedzenia i będzie po ugotowaniu miękka, jak sama dynia. 
Wrzucamy pokrojoną dynię do garnka, wlewamy wody mniej więcej do wysokości połowy dyni i gotujemy ją pod przykryciem ok. 20 minut. Po tym czasie blendujemy całość na gładki krem, dodajemy mleko kokosowe, oliwę i przyprawy. Jeszcze chwilę blendujemy i mamy gotową, lekkostrawną i pyszną potrawę. Ja lubię posypaną pestkami dyni, ale można posypać także posiekaną natką pietruszki, dodać grzanki, albo co kto lubi. 
Smacznego!  

przepis na zupę z dyni

przepis na zupę z dyni

przepis na zupę z dyni



Produkcja czasu, czyli dlaczego wszystko planuję.

Produkcja czasu, czyli dlaczego wszystko planuję.

planner

W momencie, gdy odchodziłam z pracy, miałam już całkowicie ułożony w głowie plan co do tego, czym chcę się zajmować. Było dla mnie jasne, że do pracy na etacie już nie wrócę. Chciałam robić coś na własny rachunek. Coś, co będzie sprawiało mi przyjemność i o czym czasami sobie marzyłam, ale nie wierzyłam, że potrafię, że mogę, że dam radę. Zanim ta moja wymarzona praca ruszy pełną parą, potrzebuję trochę czasu na przygotowania, na załatwienie formalności, na dogranie pewnych spraw. Jest to już przecież praca, mimo, że wykonywana w domu. Bez niej nie ruszę dalej. 

Bardzo szybko zorientowałam się, jaka jest pułapka pracy w domu. Czas dosłownie przecieka przez palce. Wstajesz rano, zanim wstaniesz, to jeszcze trochę pośpisz. Potem kawka, rzut oka na ogród. Potem jeszcze jeden. O tu chwaścik, a tam kwiatki mają sucho, więc podlejesz. Potem leżaczek. Potem trochę się ogarniesz. Herbatka, późne śniadanie, zobaczysz, co tam na IG. I jakoś tak niepostrzeżenie ten czas zleciał, że ani się spostrzegłaś, a u sąsiada już gwiżdże pociąg Teleexpresu. No to jeszcze trochę poczytasz, potem zrobisz kolację mężowi, żeby nie było, że nic dziś nie robiłaś. Wrzucisz naczynia do zmywarki (ale się dziś nasprzątałaś) i w sumie to już wieczór i czas iść spać. Zdążysz jeszcze pomyśleć, że przecież nic się nie stało, jutro zrobisz wszystko to, co miałaś zrobić dzisiaj, w końcu żaden szef cię nie goni. 

Gdy w ten (bardzo przyjemny zresztą) sposób spędziłam kilka, no dobra, kilkanaście dni, poszłam po rozum do głowy i stwierdziłam, że, jak nie zacznę planować swojego czasu, to mogę dać sobie spokój z całym tym biznesowaniem, przejść na utrzymanie męża i zwyczajnie przestać się wygłupiać. No, ale tego nie chciałam.

Musicie wiedzieć, że dzięki planowaniu i trzymaniu się tego planu, niemal zatrzymujemy czas i wykorzystujemy go tylko na to, na co faktycznie powinniśmy. To dodaje sił do pracy, a potem podwaja satysfakcję z pracy wykonanej. Ale jest coś jeszcze. Dzięki planowaniu jesteśmy w stanie wyprodukować sobie dodatkowy czas. Nie wiedzieliście? Gdy bowiem zrealizuję wszystkie sprawy zaplanowane na dany dzień, a dzień się jeszcze nie skończył, to okazuje się, że mam dodatkowy czas na przyjemności. Ależ to dziecinnie proste, prawda? 

Żeby to mi się udało, planuję cztery, maksymalnie pięć rzeczy do wykonania na jeden dzień. Nadaję im priorytety: 
- pilne,
- ważne, 
- pilne i ważne jednocześnie,
- dodatkowe. 
Staram się nie planować na jeden dzień samych spraw, które zakwalifikuję do kategorii pilne i ważne jednocześnie, bo jest duże prawdopodobieństwo, że będę działać w pośpiechu i w nerwach, a i tak nie zdążę wszystkiego zrobić. Zresztą moja praca ma być dla mnie przyjemnością przez wielkie P, więc pośpiech i nerwy, to określenia, o których nie chcę pamiętać. 

Zauważyłam, że najlepiej sprawdza mi się plan robiony w niedzielę na najbliższe trzy, cztery dni, a gdzieś tak w okolicach środy uzupełniam i rozpisuję czynności do końca tygodnia. Uwzględniam wszystko. Sprawy zawodowe, ale także domowe, takie, które wymagają więcej czasu. Które? No na przykład nie wpiszę "ścielenie łóżka", ale już "mycie okien" owszem. Generalnie wszystko to, co jest czasochłonne, musi się znaleźć w kalendarzu. Natomiast sprawy zawodowe - wszystkie, co do jednej. Od "napisać maila", po "znaleźć producenta opakowań". Planując sprawy zawodowe i domowe w jednym miejscu, widzę wszystkie rzeczy, które mam do zrobienia i mogę łatwiej oszacować czas potrzebny na ich wykonanie, zmniejszając prawie do zera ryzyko ich niewykonania. Oczywiście zdarza się, że nie wszystko zrealizuję, wtedy te pozostałe sprawy umieszczam w kolejnych dniach, dopisując je w zależności od priorytetów.

Do zapisywania zadań używam kalendarza tygodniowego, w którym widzę cały tydzień na dwóch stronach obok siebie, tak jest mi najwygodniej. Mam piękny planner zaprojektowany przez Julię Haberską, który jest solidnie wykonany, z wielką dbałością o szczegóły. Jest szyty, ma trzy zakładki, co się bardzo przydaje, ma fantastycznej jakości papier i mocną, sztywną okładkę. Słowem jest cudowny. Co zabawne, kupiłam go pod koniec ubiegłego roku, nie planując wcale odejścia z pracy. Nie podejrzewałam nawet, że tytuł tego plannera, "Zaplanuj swój sukces", tak niepostrzeżenie wpisze się w moje życie zawodowe. Miał być przeznaczony do notowania codziennych zadań, głównie moich pasji, przeczytanych książek, czy kolorów włóczek, które mi się spodobały. Te właśnie moje małe przyjemności chciałam w nim zaplanować i zatrzymać pamięć o nich. Taką też funkcję pełnił ten planner przez pierwsze półrocze, ale teraz zamienia się w prawdziwe centrum dowodzenia wszechświatem. Uwielbiam go. 

W plannerze nie tylko zapisuję zadania do wykonania na każdy dzień, ale też notuję pomysły związane z moją przyszłą działalnością, rozbijam duże cele na małe zadania, które potem lądują w poszczególnych dniach. To planowanie sprawia mi niesamowitą przyjemność i już bez niego nie wyobrażam sobie funkcjonowania. 

Wkrótce napiszę Wam, jak dokładnie organizuję sobie pracę w domu i jak nauczyłam się opierać wszelkim pokusom, które odciągają mnie od pracy, na przykład bezmyślnemu przeglądaniu internetu. Do przeczytania niebawem.
Jak być dla siebie dobrym.

Jak być dla siebie dobrym.

 

Jeszcze do niedawna nie wiedziałam, co oznacza bycie dobrym dla siebie. Bycie dobrym dla ludzi, najlepiej dla wszystkich wokół, o to tak, to umiałam doskonale i wiedziałam, jak to robić. I nie ma w tym nic złego, dobrze jest być dobrym dla innych, dobrym człowiekiem po prostu. Jednak pod warunkiem, że bycie dobrym dla innych nie ograbia nas z czegoś, co dla nas samych jest ważne. Mam tu na myśli staranie się, aby wszyscy byli zadowoleni bez względu na nasze potrzeby i uczucia. Bo czym innym jest pomaganie drugiemu, dawanie mu czegoś od siebie i z siebie, a czym innym nieustanne staranie się, by wszystkich zadowolić. Pogoń za tym, to pogoń donikąd, bo w przyrodzie nie ma miejsca na taką sytuację, by wszyscy byli zadowoleni. Można sobie flaki wypruć. Nadaremno. 

W pewnym momencie, gdy było mi bardzo, bardzo źle, doszłam do wniosku, że skoro umiem sprawić, że inni będą zadowoleni, może też będę potrafiła dokonać tego dla siebie. Nie była to naturalna i oczywista dla mnie myśl. Ot, taka ostatnia deska ratunku, przebłysk świadomości, że może jednak będę potrafiła sobie jakoś pomóc wydostać się z ciemnej dziury niemocy i poczucia bezsensowności, bo przecież wiedziałam, że sens w tym wszystkim, czym jest życie, naprawdę jest. Tylko, że go nie czuję. I zaczęłam zastanawiać się dlaczego. Skoro jest mi źle, to co mogę zrobić, by to zmienić. Co mogę zrobić, by było mi dobrze. 

I w ten sposób doszłam do konkretnych wniosków, które myślę, są bardzo uniwersalne i dotyczą nie tylko mnie, ale także Was. 

Pierwsza rzecz, jaka powoduje, że możemy być dla siebie dobrzy, to rozwijanie własnych pasji. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie mamy czegoś takiego, jak pasja, jesteśmy w błędzie. Bo pasją można nazwać i uwielbienie do oglądania filmów i kolekcjonowanie czegoś i bieganie i aranżowanie swojego miejsca na ziemi wciąż na nowo. Wszystko może przekształcić się w pasję, jeśli tylko zaczniemy się w jakimś kierunku rozwijać. Co wieczór obejrzyjmy jakiś film i do tego poszukajmy informacji o reżyserze i aktorach. Poszperajmy w internecie poszukując w serwisach internetowych nowych okazów do naszej kolekcji, a potem zgłębiajmy ich historię. Ściągnijmy nową aplikację do biegania na smartfon i pobiegnijmy nową, nieznaną ścieżką leśną. W końcu, co ja uwielbiam robić, przejrzyjmy po raz tysięczny dwanaście numerów magazynu wnętrzarskiego z ubiegłego roku. Znalezienie czasu każdego dnia na rozwój tego, co lubimy robić, przynosi niesamowite efekty. Ale uwaga, kluczem w tym zdaniu jest stwierdzenie "każdego dnia". Nie raz w tygodniu w sobotę, ale każdego dnia właśnie. To już może być wyższa szkoła jazdy, ale warto się porządnie postarać i codziennie wygospodarować ten czas dla siebie. Problem może się pojawić, gdy odkryjemy, że mamy nie jedną pasję, ale kilka i naprawdę doba jest za krótka, by poświęcić się wszystkiemu. Ja mam wrażenie, że jest tyle rzeczy, które chciałabym robić, że czasami nie wiem, co najbardziej lubię. No cóż, tu już trzeba dokonać wyboru. Jednego dnia czytać książkę, innego dziergać na drutach, kolejnego przekopywać internet w poszukiwaniu potencjalnych pięknych krzeseł do salonu (piękniejszych od tych ostatnich, które przecież były równie piękne). Naprawdę warto poświęcić czas dla siebie i czas na własny rozwój. To niezwykle uskrzydla, dodaje pewności siebie i przynosi zwykłą radość. 

Druga sprawa, ale nie całkiem odległa od poprzedniego punktu, to dawanie sobie zgody na własne przyjemności. Gdy już dowiemy się, co naprawdę lubimy robić i co daje nam radość, musimy też sami pozwolić sobie na to "trwonienie" czasu na własne przyjemności. Bez wyrzutów sumienia, że talerze nie zapakowane do zmywarki (chociaż ja wolę je najpierw zapakować), bez podszeptów, że teraz to byłoby lepiej poodkurzać, albo ogarnąć pranie. Pranie nie zając, nie ucieknie. Obowiązki, które mamy w życiu są ważne i daleka jestem od namawiania do ich ignorowania. Czysty, zadbany dom to także ważna sprawa. Ja wyznaję zasadę, że człowiek lepiej się czuje, jest spokojniejszy i lepiej potrafi się zrelaksować, gdy przebywa w ładnym wnętrzu, otoczony przedmiotami, które lubi i które są dla niego ważne. Ale zachowajmy umiar i balans. To klucz do satysfakcjonujących wielu aspektów życia, także do dawania sobie przyzwolenia na przyjemności. Tyle samo sprzątam, ile wypoczywam. To byłby układ idealny.

Kolejna rzecz w byciu dla siebie dobrym, to umiejętność nie krytykowania siebie na każdym kroku. Mamy prawo do porażek. Życie składa się zarówno z porażek, jak i z podnoszenia się po nich. Z każdej nieudanej dla nas sprawy, czy sytuacji, możemy wyciągnąć wnioski. I niech to będą wnioski konstruktywne. Nie dołujmy się, że coś nam się nie udało, ale potraktujmy porażkę, jako możliwość nauczenia się czegoś o sobie, o innych i wykorzystajmy to w dalszym życiu. Nie krytykujmy się więc nawet w najmniejszym stopniu, prawdopodobnie dość już byliśmy krytykowani, jako dzieci. Być może nadal jesteśmy krytykowani przez kogoś ze swojego otoczenia. Ale sami sobie tego nie róbmy. Takie podejście trzeba w sobie ćwiczyć bez przerwy. W chwili, gdy coś nam nie wyszło, nieustannie kierować swoje myśli w kierunku lekcji, jaką możemy wyciągnąć z danej sytuacji. I przytulić siebie ciepło, pocieszyć, zamiast skrytykować. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy małym dzieckiem, któremu coś nie wyszło. Czego byśmy oczekiwali od swoich rodziców? Ciepła, otuchy, dobrego słowa, pocieszenia. Nie czekajmy, aż inni nas pocieszą. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało śmiesznie, to jako dorośli ludzie, pocieszenie możemy dać sobie sami.

Bycie dla siebie dobrym to według mnie także bycie dla siebie surowym, jeśli jest taka potrzeba. Tak, jak mądry rodzic gani czasem swoje dziecko, tak i my nasze wewnętrzne dziecko musimy od czasu do czasu ochrzanić, gdy na to zasłużymy. To oznaka dojrzałości, by nie pobłażać sobie, szczególnie, gdy się rozleniwimy i nic nam się nie chce. Trzeba od siebie wymagać (chyba pamiętacie, kto nam o tym mówił). I to jest wielka, mocna prawda. Wymagać od siebie, będąc jednocześnie dla siebie dobrym. Nie krytykować się, ale zachęcać się do robienia wartościowych rzeczy i nie trwonienia czasu na te małowartościowe. Tak, to nie jest łatwe. Ale możliwe.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger