Czwartkowa czytelnia, cz. 2.



Poradniki zdominowały moje czytelnicze wybory w ostatnim czasie. Od wyjątkowo rozczarowujących dwóch książek o ikigai, japońskiej sztuce szczęśliwego życia, po "Hygge na szczęście", książce, która mnie zachwyciła. Zainteresowały mnie też pozycje o wnętrzach, kwiatach, gotowaniu oraz kilka kryminałów. Swoisty misz-masz. Ale po kolei. 

Dwie książki autorstwa duetu Hector Garcia i Francesc Miralles "Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia" oraz "Trening Ikigai. Japońska sztuka codziennej radości" kupiłam zaczarowana promocją. Mój czytelniczy nos z dość dużej odległości jest w stanie zwęszyć taką okazję. Rzuciłam się na te książki w atrakcyjnie obniżonych cenach, nie sprawdzając dokładnie ani wnętrza, ani informacji o autorach, którzy nie są Japończykami i to wydaje mi się powodem, dla którego temat ikigai potraktowali dość pobieżnie. Ikigai to sztuka odkrywania sensu życia w swojej pasji, odkrywaniu jej, rozwijaniu i pielęgnowaniu tak, aby dawała jak najwięcej satysfakcji i radości z życia. Spodziewałam się informacji o tym, jak w Japonii odkrywa się swoje pasje i jak wdraża się je w życie, celebrując chwile wypełnione ich realizacją. Niestety, obie książki traktują wprawdzie o dobrym i szczęśliwym życiu, ale jak dla mnie to trochę za mało. O samej idei ikigai mówią dwa rozdziały, reszta to trochę taki koktajl o niczym. Jestem bardzo rozczarowana. Zamierzam oddać obie pozycje do biblioteki, może tam się przydadzą.

"Hygge na szczęście" Signe Johansen pożyczyła mi córka. Uwielbiam klimat skandynawskich kryminałów, zachwycam się szwedzkim wystrojem wnętrz i duńskim designem. Po prostu lubię Skandynawię, chciałabym się kiedyś tam wybrać. Podziwiam ludzi, którzy żyjąc w dość surowym klimacie, mając tak mało słońca w ciągu roku, potrafią być tak fantastycznie nastawieni do życia. Idea hygge opiera się na znajdowaniu szczęścia w każdej chwili, czerpaniu radości z codziennych, prostych czynności, celebrowaniu wspólnych chwil w towarzystwie bliskich osób, otaczaniu się pięknymi i funkcjonalnymi przedmiotami w domu, byciu blisko przyrody bez względu na pogodę za oknem, życiu w prostocie i radość z tego, co zostało nam dane. Ja wciąż muszę sobie przypominać, że najważniejsze są prostota i umiar, wiele już się nauczyłam i wiele wprowadziłam do swojego życia, ale wciąż lubię się zainspirować i poczytać, jak to robią inni. Tak, jak wspomniałam, książka była pożyczona, ale mam ochotę kupić sobie własną, żeby móc do niej wracać. 

"Projekt rośliny" Weroniki Muszkiety i Oli Sieńko to wspaniale napisana książka o kwiatach domowych dla tych, którzy zaczynają hodować kwiaty w domu, ale także dla tych, którzy już posiadają swoją dżunglę. Ja należę raczej do tych drugich, kwiaty w domu uwielbiam, o czym pisałam w tym miejscu. Ponieważ obecnie kwiaty doniczkowe można spotkać dosłownie w każdym sklepie, to zdarza się, że jadę po mleko, albo po gwoździe, a wracam z kwiatami. "Projekt rośliny" mnie zachwycił. Książka jest bardziej opowieścią, niż poradnikiem, jakie dotychczas miałam na półce. Zawiera zarówno informacje o najważniejszych roślinach hodowanych w domu, jak również masę doskonałych zdjęć, które są wnętrzarskimi inspiracjami pomocnymi przy aranżowaniu swoich roślinnych zakątków w domu. Do tego jest pięknie wydana. Dla mnie to po prostu uczta. Przeczytałam od początku do końca, a teraz wracam do niej i wracam. 

Marty Dymek z bloga Jadłonomia chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jej kuchnia roślinna podbiła i zaskoczyła już niejedno podniebienie. Książkę kucharską pod tym samym tytułem przeglądałam już nie jeden raz w księgarni, ale jakoś nigdy nie kupiłam. Teraz dostałam egzemplarz od koleżanki i od razu zaczęłam żałować, że tak późno stała się moja. Przepisy są zachwycające. Czasami zaskakują doborem składników, wszak to kuchnia roślinna, dla mnie nie do końca zgłębiona. Powoli jednak dążę do tego, by jeść znacznie więcej warzyw, niż obecnie, dlatego ta książka jest dla mnie nieocenioną inspiracją. Z wielką przyjemnością czytam przepisy i oglądam zdjęcia potraw, nawet, gdy nie mam zamiaru gotować.

Uwielbiam magazyny wnętrzarskie i po prostu nie mogę się bez nich obejść. Prenumeruję "Elle Decoration" i jak dziecko z wypiekami na twarzy zaglądam do skrzynki, czy już tam na mnie czeka. Oczywiście kupując skrzynkę, zwracałam baczną uwagę na to, by była pojemna i miała wymiary dostosowane do prenumeraty czasopism. Z kolei "Dobre wnętrze" zaprenumerowałam w wersji elektronicznej, żeby nie gromadzić zbyt dużo papieru. Początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić, zdawało mi się, że kolorowe pismo wyświetlone na ekranie komputera to pomyłka, ale już się przyzwyczaiłam i teraz cenię sobie przede wszystkim możliwość powiększenia różnych ciekawych dla mnie szczegółów i dokładnego ich obejrzenia. Przeglądając ostatnio inne tytuły wnętrzarskie, natknęłam się na dwa inspirujące magazyny, których nie znałam: "Wnętrza. Inspiracje" oraz "Otoczenie domu". Oba bardzo ciekawe, z mnóstwem inspiracji domowo-ogrodowych. Bardzo mi się spodobały, ale regularnie raczej ich kupować nie będę, biblioteczka i tak zaczyna pękać w szwach. 

Zachęcam Was do rozwijania swoich pasji przy pomocy ciekawej prasy. Pięknie wydanych tytułów jest mnóstwo i łatwo znaleźć coś dla siebie. Poza tym taki stosik kolorowych czasopism potrafi pięknie zaprezentować się we wnętrzu, dodając mu smaku i ukazując rąbek charakteru gospodarzy.

W ślad za magazynami wnętrzarskimi, z równą ciekawością podążam za albumami, przedstawiającymi wnętrza. Trochę przez przypadek, bo szukałam w księgarni czegoś innego, wpadł mi w oko album "Homebook Design vol. 4". Mówię Wam, cudo. Książka zawiera trzydzieści projektów wnętrz, zrealizowanych przez polskich projektantów. Piękne zdjęcia i masa pomysłów do wykorzystania u siebie w domu. Takie pozycje mogę przeglądać w nieskończoność.

A na zakończenie dzisiejszej czytelni proponuję trochę beletrystyki z gatunku książek około kryminalnych. Robiłam kilka podejść do tak popularnych ostatnio i wszechobecnych na półkach pozycji autorstwa Remigiusza Mroza i troszkę dziwię się zachwytom oraz wszelkim ochom i achom nad jego pisarstwem. Przeczytałam dwa kryminały, "Zaginięcie" i "Behawiorysta", oba z różnych cyklów, tak dla sprawdzenia stylu i poziomu tych książek. Pierwsza z nich nawet mnie wciągnęła, dobra intryga, pozornie niemożliwa do rozwikłania, ale główna bohaterka, pani Chyłka tak mnie irytowała, że nie miałam ochoty sięgnąć po kolejne powieści z jej udziałem. Spróbowałam także odnaleźć się w klimacie spraw prowadzonych przez byłego prokuratora Gerarda Edlinga i tu było jeszcze gorzej. "Behawiorysta" to książka, w której, autor skupił się na dokładnych opisach odcinanych kończyn, zbroczonych krzepnącą krwią, ale kompletnie zaniedbał fabułę, którą uważam za zwyczajnie nudną. Ponadto styl tej książki przypomina wypracowanie czwartoklasisty. Przepraszam pana Remigiusza, ale to był jeden z najgorszych kryminałów, jakie czytałam.

Jednak, żeby nie było, że tylko krytykuję, to zdołałam polubić autora, jako Ove Logmansbo. To pseudonim, pod którym została wydana jego trylogia z cyklu Vestmanna. "Enklawa", "Połów" i "Prom" to trzy powieści zdecydowanie inne, niż książki "polskie" i moim zdaniem, zdecydowanie lepsze. Rzecz dzieje się na Wyspach Owczych i ma klimat i fabułę, jak z najlepszych powieści skandynawskich autorów. Lubię przenieść się na trochę do takiej małej, zamkniętej społeczności skandynawskiej i podglądać, jak tam żyją ludzie, jak zmagają się z przyrodą i swoimi własnymi demonami, które mieszkają w ich wnętrzach. Lubię dobrze zarysowane postaci z ich charakterami, które odkrywa się strona, po stronie. To wszystko znalazłam w skandynawskiej trylogii pana Mroza vel Logmansbo i teraz z uwagą śledzę jego wyjątkowo płodną twórczość, sprawdzając, czy nie pojawi się kolejna seria książek podobnych do tej trylogii.

Podsumowując dzisiejszy post, napiszę krótko: czytajcie, Kochani! Gazety, czasopisma, książki, co tam wolicie, ale czytajcie, bo to niesłychanie rozwijające i przyjemne zajęcie.








Komentarze