Produkcja czasu, czyli dlaczego wszystko planuję.

planner

W momencie, gdy odchodziłam z pracy, miałam już całkowicie ułożony w głowie plan co do tego, czym chcę się zajmować. Było dla mnie jasne, że do pracy na etacie już nie wrócę. Chciałam robić coś na własny rachunek. Coś, co będzie sprawiało mi przyjemność i o czym czasami sobie marzyłam, ale nie wierzyłam, że potrafię, że mogę, że dam radę. Zanim ta moja wymarzona praca ruszy pełną parą, potrzebuję trochę czasu na przygotowania, na załatwienie formalności, na dogranie pewnych spraw. Jest to już przecież praca, mimo, że wykonywana w domu. Bez niej nie ruszę dalej. 

Bardzo szybko zorientowałam się, jaka jest pułapka pracy w domu. Czas dosłownie przecieka przez palce. Wstajesz rano, zanim wstaniesz, to jeszcze trochę pośpisz. Potem kawka, rzut oka na ogród. Potem jeszcze jeden. O tu chwaścik, a tam kwiatki mają sucho, więc podlejesz. Potem leżaczek. Potem trochę się ogarniesz. Herbatka, późne śniadanie, zobaczysz, co tam na IG. I jakoś tak niepostrzeżenie ten czas zleciał, że ani się spostrzegłaś, a u sąsiada już gwiżdże pociąg Teleexpresu. No to jeszcze trochę poczytasz, potem zrobisz kolację mężowi, żeby nie było, że nic dziś nie robiłaś. Wrzucisz naczynia do zmywarki (ale się dziś nasprzątałaś) i w sumie to już wieczór i czas iść spać. Zdążysz jeszcze pomyśleć, że przecież nic się nie stało, jutro zrobisz wszystko to, co miałaś zrobić dzisiaj, w końcu żaden szef cię nie goni. 

Gdy w ten (bardzo przyjemny zresztą) sposób spędziłam kilka, no dobra, kilkanaście dni, poszłam po rozum do głowy i stwierdziłam, że, jak nie zacznę planować swojego czasu, to mogę dać sobie spokój z całym tym biznesowaniem, przejść na utrzymanie męża i zwyczajnie przestać się wygłupiać. No, ale tego nie chciałam.

Musicie wiedzieć, że dzięki planowaniu i trzymaniu się tego planu, niemal zatrzymujemy czas i wykorzystujemy go tylko na to, na co faktycznie powinniśmy. To dodaje sił do pracy, a potem podwaja satysfakcję z pracy wykonanej. Ale jest coś jeszcze. Dzięki planowaniu jesteśmy w stanie wyprodukować sobie dodatkowy czas. Nie wiedzieliście? Gdy bowiem zrealizuję wszystkie sprawy zaplanowane na dany dzień, a dzień się jeszcze nie skończył, to okazuje się, że mam dodatkowy czas na przyjemności. Ależ to dziecinnie proste, prawda? 

Żeby to mi się udało, planuję cztery, maksymalnie pięć rzeczy do wykonania na jeden dzień. Nadaję im priorytety: 
- pilne,
- ważne, 
- pilne i ważne jednocześnie,
- dodatkowe. 
Staram się nie planować na jeden dzień samych spraw, które zakwalifikuję do kategorii pilne i ważne jednocześnie, bo jest duże prawdopodobieństwo, że będę działać w pośpiechu i w nerwach, a i tak nie zdążę wszystkiego zrobić. Zresztą moja praca ma być dla mnie przyjemnością przez wielkie P, więc pośpiech i nerwy, to określenia, o których nie chcę pamiętać. 

Zauważyłam, że najlepiej sprawdza mi się plan robiony w niedzielę na najbliższe trzy, cztery dni, a gdzieś tak w okolicach środy uzupełniam i rozpisuję czynności do końca tygodnia. Uwzględniam wszystko. Sprawy zawodowe, ale także domowe, takie, które wymagają więcej czasu. Które? No na przykład nie wpiszę "ścielenie łóżka", ale już "mycie okien" owszem. Generalnie wszystko to, co jest czasochłonne, musi się znaleźć w kalendarzu. Natomiast sprawy zawodowe - wszystkie, co do jednej. Od "napisać maila", po "znaleźć producenta opakowań". Planując sprawy zawodowe i domowe w jednym miejscu, widzę wszystkie rzeczy, które mam do zrobienia i mogę łatwiej oszacować czas potrzebny na ich wykonanie, zmniejszając prawie do zera ryzyko ich niewykonania. Oczywiście zdarza się, że nie wszystko zrealizuję, wtedy te pozostałe sprawy umieszczam w kolejnych dniach, dopisując je w zależności od priorytetów.

Do zapisywania zadań używam kalendarza tygodniowego, w którym widzę cały tydzień na dwóch stronach obok siebie, tak jest mi najwygodniej. Mam piękny planner zaprojektowany przez Julię Haberską, który jest solidnie wykonany, z wielką dbałością o szczegóły. Jest szyty, ma trzy zakładki, co się bardzo przydaje, ma fantastycznej jakości papier i mocną, sztywną okładkę. Słowem jest cudowny. Co zabawne, kupiłam go pod koniec ubiegłego roku, nie planując wcale odejścia z pracy. Nie podejrzewałam nawet, że tytuł tego plannera, "Zaplanuj swój sukces", tak niepostrzeżenie wpisze się w moje życie zawodowe. Miał być przeznaczony do notowania codziennych zadań, głównie moich pasji, przeczytanych książek, czy kolorów włóczek, które mi się spodobały. Te właśnie moje małe przyjemności chciałam w nim zaplanować i zatrzymać pamięć o nich. Taką też funkcję pełnił ten planner przez pierwsze półrocze, ale teraz zamienia się w prawdziwe centrum dowodzenia wszechświatem. Uwielbiam go. 

W plannerze nie tylko zapisuję zadania do wykonania na każdy dzień, ale też notuję pomysły związane z moją przyszłą działalnością, rozbijam duże cele na małe zadania, które potem lądują w poszczególnych dniach. To planowanie sprawia mi niesamowitą przyjemność i już bez niego nie wyobrażam sobie funkcjonowania. 

Wkrótce napiszę Wam, jak dokładnie organizuję sobie pracę w domu i jak nauczyłam się opierać wszelkim pokusom, które odciągają mnie od pracy, na przykład bezmyślnemu przeglądaniu internetu. Do przeczytania niebawem.

Komentarze