Wielkanocne, bezglutenowe ciasto marchewkowo-orzechowe.

Wielkanocne, bezglutenowe ciasto marchewkowo-orzechowe.


Wielkanoc jest dla mnie czasem niezwykłym. Sprytnie zarezerwowała sobie miejsce wśród wiosennych dni, gdy świat wokoło wstaje ze snu zimowego, słońce grzeje wytrwale, a zieleń ożywa, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jest tak pięknie, że aż chce się żyć. Siły wracają po zimie, nie straszne nam nawet sprzątanie, bo obecna w przyrodzie harmonia sprawia, że i bliżej siebie potrzebujemy porządku. Nawet mycie okien wydaje się być czynnością do zniesienia. W końcu przez czyste szyby wszystko jest bardziej wyraźne i barwne. 

Ale nie przychodzę dziś do Was ze sposobami na cudowne sprzątanie, bo te można sobie między bajki włożyć. Sprzątać trzeba regularnie i tyle, inaczej jest bałagan. Przychodzę dzisiaj z przepisem na bezglutenowe ciasto marchewkowe, idealne na Wielkanoc. Przygotujecie je szybciej, niż zajęłaby Wam droga do cukierni po gotowe ciasto. Jest proste, zawsze się udaje i znika w oka mgnieniu. Spróbujcie.

Przepis na bezglutenowe ciasto marchewkowo-orzechowe.


Składniki:
  • 4 marchewki
  • 2 banany
  • 6 jajek
  • 200 g mąki ryżowej
  • 120 g mąki kukurydzianej
  • 80 g mąki kokosowej
  • 1 szklanka erytrolu
  • 1 op. bezglutenowego proszku do pieczenia
  • 3 łyżeczki cynamonu
  • 1 szklanka oleju rzepakowego
  • 75 g rodzynek
  • 2 łyżki mąki kukurydzianej do posypania rodzynek
  • garść posiekanych orzechów włoskich lub pekan
  • olej kokosowy do wysmarowania tortownicy
Na polewę:
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady
  • 4 łyżki śmietanki 30%
  • 2 łyżki erytrolu
  • 100 g skórki pomarańczowej


Wykonanie:

Marchewki obieramy i ścieramy na średnich oczkach tarki. Banany rozgniatamy widelcem, łączymy z marchewką, jajkami i olejem, mieszamy mikserem na wolnych obrotach do połączenia składników. W drugim naczyniu łączymy wszystkie suche składniki oraz cynamon i dodajemy partiami do masy marchewkowej. Mieszamy mikserem na średnich obrotach. Rodzynki zalewamy wrzątkiem i po 10 minutach dobrze odcedzamy na sitku. Posypujemy 2 łyżkami mąki kukurydzianej i potrząsamy sitkiem tak, żeby mąka wszystkie obsypała. Dzięki temu nie opadną w cieście. Dodajemy rodzynki i orzechy do masy, dokładnie mieszamy łyżką. 
Tortownicę o średnicy 22 cm smarujemy olejem kokosowym i wykładamy ciasto. Pieczemy w 175 stopniach z termoobiegiem przez 40 minut. Wyjmujemy i studzimy.
Przygotowujemy polewę:
Podgrzewamy lekko śmietankę, tak aby rozpuścił się w niej erytrol. Dodajemy połamaną czekoladę i szybko mieszamy, aż czekolada się rozpuści. Nie powinna stracić połysku, więc nie doprowadzamy do wrzenia. Polewą smarujemy wierzch ciasta, posypujemy skórką pomarańczową.

Smacznego!

Ja swoje ciasto właśnie skończyłam dekorować. W tym roku masę z podanej ilości składników podzieliłam na dwie części. Jedną część upiekłam w małej tortownicy, drugą w formie do babki wielkanocnej. Fajnie wyszło. Jedno ciasto pójdzie z nami na gościnne śniadanie wielkanocne, a drugie zostanie w domu.

Życzę Wam, Kochani, spokojnych Świąt Wielkanocnych. 
Spędźcie wspaniały czas wśród najbliższych, cieszcie się wzajemnie sobą, obdarzajcie miłością i nie siedźcie zbyt długo przy stole :)

Do przeczytania!
Książki pisane przez kobiety, czyli literatura piękna ma piękną twarz.

Książki pisane przez kobiety, czyli literatura piękna ma piękną twarz.

Literatura-kobieca
Gdyby ktoś zapytał mnie, czy autorami czytanych przeze mnie książek są częściej mężczyźni, czy kobiety, to odpowiedziałabym bez zastanowienia, że mężczyźni. Gdy jednak zajrzałam do notatek, sprawdzając, co czytałam w ciągu ostatnich miesięcy, to okazuje się, że bilans wychodzi prawie pół na pół, z niewielką, ale jednak, przewagą kobiet.

Sięgając po książkę, której nie znam, najpierw zwracam uwagę na autora, dopiero w następnej kolejności na tytuł. Potem czytam blurb, czyli streszczenie i rekomendacje w jednym, umieszczone na tylnej okładce. Tak się składa, że blurb ma zwykle mało wspólnego z tym, co potem wewnątrz książki znajdę, ale taka jego rola, jedynie zachęta do przeczytania. Tak więc autor dla mnie jest na pierwszym miejscu. Jeśli znany, wiem, czego się spodziewać. Zwracam też uwagę, choć myślę, że jest to działanie podświadome, czy autorem jest kobieta, czy mężczyzna. I niesłusznie przecież, ale w pierwszym odruchu spodziewam się krwi po mężczyznach, a ckliwości po kobietach. Nieprawdziwe to i właśnie zdałam sobie sprawę, jak łatwo jest wszystko szufladkować.

Dlatego dziś, w czwartkowej czytelni, powieści pisane przez kobiety. Bo tak naprawdę, to, czy książka jest dobra, czy zła, zupełnie nie zależy od płci. Może się tylko tak wydawać, że pióro kobiece będzie bardziej infantylne od męskiego, ale to nieprawda. Przecież, gdyby nie kobiety w literaturze, nie byłoby wielu wspaniałych opowieści. Poza tym, skoro literaturę nazywamy piękną, to naturalne, że ma ona twarz kobiety :)

Trzy godziny ciszy - Patrycja Gryciuk

Książka „Trzy godziny ciszy” Patrycji Gryciuk nie ma w sobie z infantylności nic, a nic. Posiada za to tak potężny ładunek prawdziwych emocji, takich z gatunku ciężkich, że aż może zwalić z nóg, także niejednego mężczyznę. Główna bohaterka, kobieta, postanawia wrócić do Francji, do miejsca, gdzie spędziła najlepsze lata swojego dzieciństwa. Ma zdiagnozowaną chorobę śmiertelną. Wie, że niewiele w jej życiu pozostało prawdziwego życia, chce więc umrzeć w miejscu, które kocha, a przed śmiercią chce po raz ostatni spotkać mężczyznę swojego życia, z którym los niegdyś ją rozdzielił. Nic w tej książce nie jest takie, na jakie z początku wygląda. Sen miesza się z jawą, a choroba i depresja zmieniają bohaterkę w osobę, którą być nie chce. Do tego wątek kryminalny zamazuje czytelnikowi prawdziwy obraz sytuacji, tak, że sam już nie wie, co tu jest wyobraźnią, a co faktycznie się dzieje, zaś finał zaskakuje tak, jak doskonałe zakończenie zaskoczyć powinno. Powieść jest bardzo dobra i nie można napisać w tym miejscu nic więcej, żeby nie zdradzić ani fabuły, ani finiszu tej opowieści. Jest to książka, która nie daje łatwo o sobie zapomnieć. Taka, którą się żyje jeszcze przez jakiś czas po jej przeczytaniu, z powodu potężnej dawki wrażliwości i emocji oraz umiejętności przekazania tych uczuć czytelnikowi. Było to moje pierwsze spotkanie z Panią Patrycją Gryciuk, ale na pewno nie ostatnie.

Deszczowe ptaki - Clarissa Goenawan

Ta książka mnie zachwyciła. Przeczytałam kilka pierwszych akapitów i pomyślałam, że gdybym nie wiedziała, kto ją napisał, to pomyślałabym, że autorem jest Haruki Murakami. A to nie Mistrz Haruki i nie mężczyzna, ale kobieta napisała tę doskonałą powieść. Główny bohater dowiaduje się, że jego siostra została brutalnie zamordowana. Nie mogąc pogodzić się z jej śmiercią, udaje się do miejscowości, w której mieszkała, aby sprawdzić, co tak naprawdę się wydarzyło. Poznając otoczenie, w którym żyła i pracowała, odkrywa też tajemnice swojej siostry i musi pogodzić się z tym, że, jako dorosłe rodzeństwo, nie byli sobie tak bliscy, jak w dzieciństwie. Jest w tej książce tęsknota za tym, co było i nieodwracalnie odeszło, jest żal z powodu niewypowiedzianych słów i niezrobionych rzeczy. Zakończenie nie jest zaskakujące, ale nie jest to wadą tej powieści. Akcja toczy się niespiesznie, jak przystało na powieść z dalekiego wschodu. I znów, nie da się powiedzieć zbyt wiele, żeby zbyt wiele nie wyjawić. Autorka nie jest Japonką, pochodzi z Indonezji, a mieszka w Singapurze, jednak jej pisarstwo ma w sobie wszystko, co znam z ulubionych powieści japońskich. Nie jest to książka dla każdego, ale jeśli lubcie podobny klimat, to się nie zawiedziecie.

Dziewiętnaście minut - Jodie Picoult

Tej pisarki nikomu przedstawiać nie trzeba, ma świetne pomysły na powieści i książek wydała już tyle, że trudno zliczyć. Mnie jednak jej pisarstwo nie zawsze odpowiada i bywało, że jakąś książkę zaczynałam i nie kończyłam, poirytowana marną stylistyką. Ale może to kwesta tłumaczenia, czy ja wiem? Musiałabym przeczytać choć jedną powieść w oryginale, żeby móc się wypowiadać, a na to porywać się nie mam ochoty. Po „Dziewiętnaście minut” sięgnęłam, zainteresowana tematem powieści. Nastolatek postanawia na własną rękę rozprawić się z dręczącymi go kolegami ze szkoły, przynosi ze sobą broń i dochodzi do wyjątkowej masakry, tragicznej w skutkach. Poznajemy punkt widzenia ofiar i ich rodzin, ale przede wszystkim głównego bohatera, targające nim uczucia i uczucia jego rodziny. Ta warstwa powieści była dla mnie najciekawsza. Jak to jest być matką mordercy? A ojcem? Dowiecie się tego z tej dobrze skonstruowanej i naprawdę nieźle napisanej powieści. Mimo kilku językowych niedociągnięć, takich dziecinnie skleconych zdań, ta książka bardzo mi się podobała.

Zabójcza biel - Robert Galbraith

Niech Was nie zmyli imię i nazwisko, Robert Galbraith to nie kobieta. Jest to pseudonim J. K. Rowling, autorki książek o Harrym Potterze. Pod tym pseudonimem autorka wydaje książki dla dorosłych czytelników. „Zabójcza biel” to 4 część serii kryminalnej z detektywem Cormoranem Strikiem i jego asystentką Robin Ellacott w rolach głównych. Ta para współpracowników spotyka się w 1 części i wspierając się, rozwiązuje, inną w każdej książce, zagadkę. Jest to klasyczna, dobrze napisana powieść kryminalno-detektywistyczna, czerpiąca to, co najlepsze z gatunku kryminału brytyjskiego. W 4 części pewien młody człowiek, z widocznym defektem natury psychicznej, opowiada Cormoranowi historię morderstwa, którego miał być świadkiem, jako dziecko. Tak wchodzimy w świat polityków, pozornie tylko bogatych brytyjskich elit, rodzinnych kłótni, zawiści i spadków. Jak to się wszystko rozwinie, kto jeszcze straci życie i, czy historia przedstawiona przez chorego psychicznie młodzieńca jest prawdziwa, musicie przekonać się sami. Styl tej książki, jak i całej serii, przypomina mi trochę powieści Raymonda Chandlera. Akcja toczy się w równym, nie za szybkim tempie, by tylko momentami przyspieszać, nie dając czytelnikowi się nudzić. I chociaż, jak to bywa w przypadku serii, najbardziej podobała mi się 1 część, a w każdej kolejnej doszukuję się minusów, to ogólny bilans i tak wychodzi mi na plus i uważam pisarstwo Pani Rowling, ukrytej pod płaszczem Pana Galbraitha, za bardzo udane.

_________________________

Ciekawa jestem, czy znacie którąś z przedstawionych przeze mnie książek i czy Wam się podobała, albo, czy polecilibyście inne tytuły tych, lub innych autorek. Piszcie śmiało w komentarzach. Niech wiem, że jest ktoś po drugiej stronie :)
 5 miesięcy pracy na własny rachunek za mną. Co osiągnęłam i co zamierzam.

5 miesięcy pracy na własny rachunek za mną. Co osiągnęłam i co zamierzam.


Ależ to zleciało! Sama nie wiem kiedy, ale fakt jest faktem, od 5 miesięcy pracuję na własny rachunek, stworzyłam miejsce, gdzie czuję się dobrze i sama sobie jestem szefem. Zorganizowałam od podstaw i otworzyłam mój własny sklep. Sklep z herbatą! Poświęcam czas na to, co daje mi satysfakcję i choć wcale łatwo nie jest, nigdy wcześniej nie czułam się lepiej w tym, co robię.

Skąd wziął się pomysł?

Oczywiście pierwszy był pomysł. Kiełkujący niewyraźnie przez pewien czas, pomysł o małym, przytulnym sklepiku z herbatą, którą uwielbiam. Potem było spisywanie wszystkich pomysłów, jakie przyszły mi do głowy. Następnie układanie tych pomysłów w kategorie i poszczególne działania. I tak od listy z kilkudziesięcioma pomysłami na nazwę, przez wypicie hektolitrów herbaty w celu przetestowania różnych gatunków, od różnych dostawców, po remont lokalu, który, choć był nowy, to do stworzenia miejsca klimatycznego, bez remontu, się nie nadawał.

Pamiętam, że gdy w moim mieście otworzono pierwszy sklep z herbatą na wagę, a był to początek lat 90-tych, to gdy do niego weszłam, pomyślałam: raj, tu mogłabym pracować, a najlepiej w ogóle mogłabym nie wychodzić z takiej pracy, żyć tam, sypiać nawet. Wtedy ani przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym sama podobny sklep prowadzić, ten pomysł pojawił się dużo, dużo później. Nigdy też nie zdobyłam się na poszukiwanie pracy w takim sklepie, tkwiąc w korporacji, w myśl zasady: lepszy znany wróg, niż obcy. Sklep musiał długo przeleżeć w mojej głowie, w szufladzie z napisem: marzenia.

Początki są trudne...

Zanim mógł powstać sklep, musiałam wykonać mnóstwo czynności przygotowujących. Nie na wszystkie z nich byłam przygotowana, niektóre działy się prawie same, inne wyskakiwały niejako przy okazji, kiedy się najmniej tego spodziewałam. Przyznaję, że nie jestem ekspertem od tworzenia sklepu, marki i wszystkiego, co się z tym wiąże. Właściwie to najbardziej polegałam na własnej intuicji i działałam według tego, co mi podpowiadała. Ktoś powie, że to głupota, inny, że odwaga. Pewnie trochę i jedno i drugie. No dobrze, poszłam na żywioł, ale gdybym wszystko chciała przemyśleć dokładnie, to sama bym siebie wystraszyła i nigdy nie zrobiłabym tego kroku ku własnej firmie. Zdałam się całkowicie na siebie i wiedzę, jaką zdobyłam po trosze w życiu, po trosze na studiach. A niech mi się na coś w końcu przyda to, że męczyłam się przez pięć lat na studiach ekonomicznych, zamiast na humanistycznych, które z pewnością byłyby mi bliższe. No i w końcu od czego jest wyobraźnia? Wyobraziłam sobie mój sklep, a następnie go stworzyłam. Prosto brzmi, co?

Organizacja pracy i moje zamierzenia na przyszłość.

Dziś, będąc już w całkiem dojrzałym wieku, dojrzałam też do pracy na własny rachunek. Zdobyłam dość potrzebnej do tego odwagi. Teraz skupiam się na rozwijaniu sklepu, pozyskiwaniu klientów, reklamie w okolicy i nie tylko, aby sklep mógł na długo pozostać dla mnie pracą, o jakiej marzyłam.

Organizacja pracy na własny rachunek to zupełnie inna bajka, niż to, jak dotychczas funkcjonowałam w życiu zawodowym. Bądźmy szczerzy, jestem w wieku 40 plus (duży plus – żeby nie powiedzieć 50 minus) i przez całe życie ktoś był mi szefem. Dawał mi zadania do wykonania, ja je wykonywałam, potem szłam do domu i cześć pieśni. W obecnej rzeczywistości sama muszę wszystko zaplanować, zrealizować lub nie i ponieść tego konsekwencje. Pozyskiwanie klientów w ilości koniecznej do utrzymania sklepu na powierzchni, nie mówiąc o zarabianiu na nim, to trudna sprawa. Sklep w małej miejscowości to nie to samo, co sklep w centrum handlowym w wielkim mieście. Inne koszty działalności, ale też inna ilość klientów. Wciąż trzeba szukać nowych sposobów na ich przyciągnięcie do siebie. Nie wystarczy dobry towar i ceny niższe, niż u konkurencji. Nieustannie trzeba oferować coś nowego i ciekawego. Dlatego moim kolejnym krokiem będzie otwarcie sklepu internetowego, co mam nadzieję już wkrótce nastąpi.

A co, jeśli poniosę porażkę?

Ufam, że uda mi się rozwinąć sklep na tyle, by się utrzymać na powierzchni. A jeśli nie, to z żalem, ale pójdę dalej prosto przed siebie. W mojej głowie mieszka jeszcze kilka pomysłów na to, czym mogłabym się zajmować z satysfakcją. Moje dzieci są już dorosłe i same się utrzymują, to dla mnie bardzo komfortowa sytuacja i znak, że jest to mój czas. Czas, w którym mogę myśleć o sobie więcej, niż dotychczas. A zawodowo zajmować się jedynie tym, co sprawia mi satysfakcję.








Pasztet z batatów i kaszy jaglanej

Pasztet z batatów i kaszy jaglanej

pasztet-z-kaszy-jaglanej

Co ma pasztet wspólnego ze zdrowiem?

Człowiek jest całością. Każda komórka, każda, najmniejsza nawet cząstka, ma wpływ na działanie pozostałych. Kiedy jedna niedomaga, reszta też radzi sobie coraz gorzej. Gdy jakiś czas temu zaczął boleć mnie żołądek i wkrótce, jako najlepiej przebadana w okolicy osoba, chodziłam z wynikami badań od lekarza do lekarza, oni tylko rozkładali ręce. Przecież jest pani zdrowa, słyszałam i czułam, że chcą się mnie pozbyć, bo tylko im głowę zawracam. Może się pani czymś denerwuje? Życiem, miałam nie raz na końcu języka, ale się powstrzymywałam, bo o czym tu dyskutować. Ponieważ od tych wizyt mój żołądek nie przestał mnie ani trochę boleć, a proponowanych lekarstw nie chciałam zażywać przewlekle, postanowiłam sama zająć się sobą. Zgłębić temat tego, co może mi szkodzić i wyeliminować to. Słowem zmienić dietę. Bałam się tego bardzo, jednak z czasem okazało się, że niepotrzebnie. Ratunek przyszedł bowiem ze strony nielubianej przeze mnie dotąd kaszy jaglanej, a już tak całkowicie, to życie uratował mi pasztet z batatów i kaszy jaglanej, ale o tym za chwilę. 

Jak pokochałam kaszę jaglaną.

W takich chwilach, gdy postanawiasz coś zmienić w swoim życiu, wiele rzeczy dzieje się niejako przypadkiem, już wszechświat ma swoje sposoby, żeby się wtrącić. Tak więc przypadkiem wpadła mi w ręce książka Agaty Młynarskiej "Pyszna zmiana, czyli moje życie bez glutenu". Już pierwsze jej słowa: "odkąd pamiętam, bardzo często bolał mnie brzuch", zapaliły w mojej głowie czerwone światełko, nikłe na początku, ale w miarę czytania, przeradzające się w wielki czerwony neon, migająco - alarmujący. Bo to było o mnie. Bo, odkąd pamiętam, bolał mnie brzuch. Powinnam może wtedy rozpocząć wszystko od porządnych badań w kierunku nietolerancji pokarmowych, ale dużo wokół nich kontrowersji, skuteczne, czy nie, mnóstwo jest wykluczających się opinii. Porządne testy, tzw. IgG-zależne są naprawdę drogie, a ja i tak już miałam dosyć badań i lekarzy, więc postanowiłam, że na razie na własną rękę wyeliminuję gluten z diety i zobaczę, co się stanie. Zmiana nie nadeszła szybko. Ale po 6 - 8 tygodniach zaczęłam widzieć efekty. Czułam się lekko, żołądek się uspokoił, brzuch przestał przybierać kształt balonu, a co najciekawsze, miałam więcej siły, przestałam się męczyć byle spacerem, czy podbiegnięciem do autobusu. Do tego schudłam, co tylko umocniło mnie w przekonaniu, że najbardziej tyłam od mąki pszennej, tak, jakby mój organizm kompletnie nie wiedział, co ma z nią zrobić i wsadzał mi ją w d... 

Kolejnym przypadkiem, jaki nastąpił w tamtym czasie było polecenie mi przez koleżankę książki "Jaglany detoks" Marka Zaremby. Już dawno słyszałam, jakoby kasza jaglana była bardzo zdrowa i polecana na wszelkie dolegliwości żołądkowe, ale ja jakoś nigdy nie byłam "kaszowa". Taki kartofel utopiony w sosiku, to dla mnie było coś, ale kasza? Bleee. Jednak, zachęcona przez autora, postanowiłam spróbować. No i się zakochałam na zabój. Tak, że jestem wierna tej miłości po dziś dzień. Gdy pierwszy raz ugotowałam sobie michę kaszy jaglanej na mleku kokosowym, po kilku pierwszych łyżkach poczułam, jakby mi ktoś przykleił plaster na mój wycieńczony, bolący żołądek. To działało! Do dziś jednym z moich ulubionych śniadań jest taka właśnie kasza jaglana z dodatkiem jedynie kilkunastu rodzynek. 

Jak dziś radzę sobie z dietą.

Zmiana mojej diety następowała powoli, ale motywacja wzrastała wprost proporcjonalnie do poprawy samopoczucia. Zaczęłam jeść dużo warzyw, kasz, owoców, odstawiłam gluten, na który teraz pozwalam sobie sporadycznie (czasami i ja nie oprę się zapachowi świeżej bułeczki). Zmniejszałam też stopniowo ilość mięsa w diecie, co nie było proste, bo wcześniej byłam bardzo mięsożerna. Dziś jem mięso bardzo rzadko, jednak nie odczuwam jakiejś wyjątkowej za nim tęsknoty. 

Zastosowanie na co dzień jakiejkolwiek diety nie jest proste, zawsze trzeba mieć pod ręką choć jedną zdrową przekąskę, która zaspokoi głód i nie pozwoli sięgnąć po pierwszą z brzegu drożdżówkę. Ale przy minimalnej organizacji zakupów pod tym kątem, można sobie poradzić. Zawsze staram się mieć w lodówce porcję ugotowanej kaszy jaglanej, którą po podgrzaniu i dodaniu do niej np. pesto, mogę sobie szybko zaserwować. Lubię też pasztety i wszelkiego rodzaju smarowidła, które zjadam nie koniecznie z chlebem, ale np. z plackami gryczanymi.

Poszukiwania przepisu na idealny pasztet z kaszy jaglanej.

Jedną z moich ulubionych zdrowych przekąsek jest pasztet jaglany. Próbowałam różnych przepisów, zaczerpniętych z wszelakich blogów i książek, no i efekty także bywały różne. Od twardego, zbitego dziwadła, które nie chciało wyleźć z blaszki, po zupełnie rozwalający się i suchy kawałek czegoś, czego nie śmiem nawet pasztetem nazywać. Zanim osiągnęłam upragnioną konsystencję i odpowiadający mi smak, ładnych parę razy raczyłam się nieudanym pasztetopodobnym zjawiskiem. Cóż, ponoć najlepsza nauka, to ta na błędach własnych. 

Dziś jestem dumna z mojego przepisu na pasztet, który fantastycznie zaczął się udawać i bardzo mi smakować, gdy dodałam do masy solidną porcję, cudownie sklejających wszystko, ugotowanych batatów. Do tego ich słodycz bardzo mi odpowiada. Pasztet jest oczywiście bezglutenowy. Dziś tym przepisem chcę się z Wami podzielić. 

Pasztet z batatów i kaszy jaglanej robi się szybciej, niż tradycyjny, przygotowanie masy zajmuje może z pół godziny, potem piecze się sam. Smakuje świetnie solo, albo z chlebem na zakwasie w towarzystwie ogórka kiszonego, czy żurawiny, zależy co lubicie. Jeśli szukacie przepisu na coś zdrowego, spróbujcie.

Przepis na pasztet z batatów i kaszy jaglanej.

Składniki na dwie blaszki keksowe średniej wielkości:
  • 2 duże bataty,
  • 2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej (1 szklanka suchej),
  • 1/2 puszki mleka kokosowego dobrze wstrząśniętego,
  • 1/2 szklanki wody,
  • 1/2 szklanki mąki ryżowej,
  • 1/2 szklanki mąki kukurydzianej,
  •  4 łyżki mąki lnianej,
  • 2 łyżeczki soli,
  • 2 łyżeczki garam masali (albo czarnego, mielonego pieprzu, ale ja lubię ten orientalny smak),
  • 2 łyżeczki czosnku suszonego,
  • 1 łyżeczka papryki wędzonej,
  • 4 łyżeczki płatków drożdżowych (można pominąć, ale płatki dają tzw. smak umami - piąty smak, który bardzo dobrze robi potrawom wegetariańskim),
  • 8 łyżek dobrego oleju lub oliwy (ja wolę olej o neutralnym smaku, np. rzepakowy lub z pestek winogron).
Wykonanie:

Bataty obieramy, kroimy w kawałki i gotujemy na parze do miękkości. Trwa to ok. 15 min. Można też pokrojone bataty upiec w piekarniku, ale nie gotowałabym ich w wodzie, bo potem wraz z wodą odlejemy cały smak.
Ugotowaną i ostudzoną kaszę jaglaną przekładamy do miski, dodajemy mleko kokosowe, olej, wszystkie mąki oraz przyprawy i mieszając łyżką dodajemy połowę wody, która jest w przepisie. Dodajemy miękkie i lekko przestudzone ziemniaki i blendujemy wszystko żyrafą do uzyskania konsystencji masy pasztetowej. W trakcie blendowania dodajemy resztę wody, ale ostrożnie, żeby masa nie była zbyt rzadka.
Przekładamy masę do dwóch foremek wyłożonych papierem do pieczenia, wyrównujemy i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni z termoobiegiem przez 1 godzinę i 15 minut.
Wyjmujemy z piekarnika i studzimy w blaszkach. Przechowujemy w lodówce, wtedy doskonale się kroi.

Smacznego!

bataty

bataty-na-parze

kasza-jaglana

pasztet-z-kaszy-jaglanej

pasztet-z-kaszy-jaglanej

pasztet-z-kaszy-jaglanej



Jak się pozbyć poczucia obciachu.

Jak się pozbyć poczucia obciachu.



Obciach, słowo, które w pokoleniu dzisiejszych młodych ludzi zostało zupełnie wyparte przez żenadę, obsuwę, wtopę, czy też inne wyrażenia, których czasami nie rozumiem, a czasami nie mogę spamiętać, dla mnie ma znaczenie niemal sentymentalne. Tak się bowiem mówiło, gdy byłam młoda (i piękna oczywiście, ale tego już przez skromność nie dodam). 

Obciach odczuwamy w dwóch sytuacjach. Pierwsza, dość dla nas neutralna, gdy ktoś zrobi coś, naszym zdaniem, głupiego. Pośmiejemy się, skrytykujemy, obgadamy i zapomnimy. 
Trudniej jest w sytuacji drugiego rodzaju, gdy to my sami chcemy coś zrobić i myślimy sobie, że to będzie odebrane przez innych, jako obciachowe. Bo co pomyślą sobie o nas ci wszyscy ludzie dookoła? Ano pomyślą sobie zapewne coś o nas, ale choćbyśmy się nie wiem jak starali, kompletnie nie mamy wpływu na to, co myślą inni. Co myślą o nas i co myślą w ogóle. Jedyny wpływ, jaki mamy, to wpływ na nasze własne myśli o sobie i o innych.

Znam wiele osób, które tak bardzo boją się być sobą w oczach innych, że na co dzień udają kogoś zupełnie innego. Ba, sama przez długi dość czas do nich się zaliczałam. Wiecie ile to rodzi frustracji? Taka osoba nie przeżyje w radości i wolności ani jednego dnia, zamęczając się poczuciem strachu, zbudowanym na jednej tylko myśli - co pomyślą inni. Bardzo mi żal tych osób i siebie samej z tamtego czasu także mi żal.

Jak więc pozbyć się tego poczucia obciachu? Niewiary w siebie, braku zaufania sobie, poczucia żenady w stosunku do swoich myśli, zachowań i działań? 

Trudne. I wymaga pracy i czasu. Ale, czy ktoś powiedział, że w życiu będzie łatwo? 

Będzie to dość oczywiste, bo tak naprawdę to trudno w tym temacie o jakieś odkrycia, ale powiem Wam, że jest tylko jeden sposób, by uwolnić się od poczucia obciachu względem własnej osoby. Zbudować od nowa poczucie własnej wartości, nie wracając do przeszłości, nie rozmyślając o trudnościach, dzieciństwie, rodzicach, porażkach, których doświadczyliśmy. Trzeba zacząć z czystą kartką. Wymazać z siebie własne niepowodzenia, wytrzeć je niczym gumką myszką i spojrzeć na siebie, jak na małe dziecko, dla którego każdy krok jest odkrywaniem świata, a nie drogą do upadku.

Weź kartkę, notes, smartfona, czy co tam wolisz używać do robienia notatek i napisz: 

"Nie ma nic głupiego w tym, co robię." 

I czytaj to sobie za każdym razem, gdy poczujesz się obciachowo. 

Nie myśl, że to beznadziejny pomysł. Pomyślałeś tak teraz, prawda? Odrzuć te myśli. Sam masz realny wpływ na to, co myślisz. 

Zapisz sobie te słowa i sprawdź jak działają, gdy są zapisane i gdy możesz do nich wracać. 








Kwartalne podsumowanie moich postanowień czytelniczych.

Kwartalne podsumowanie moich postanowień czytelniczych.


Robicie postanowienia noworoczne? 
Ja nigdy ich nie robiłam. Wydawało mi się to nie tyle stratą czasu i energii, co nieuchronnym narażeniem siebie na rozczarowanie i frustrację. Bo z góry wiem, że większości z tych rzeczy bym nie zrealizowała. Samej sobie fundować coś takiego? No way!
Jednak na początku tego roku, gdy kupiłam sobie nowy kalendarz i przysiadłam, żeby się nim pozachwycać, wywąchać z niego najpierw całą farbę drukarską, a następnie wypełnić go stałymi terminami do zapamiętania, jak daty urodzin i imienin bliskich (o których i tak ostatecznie potrafię zapomnieć), pomyślałam sobie, że czemu nie. Może coś tam zaplanuję na ten rok, nie zakładając na sztywno, że MUSZĘ to zrealizować, ale, że MOGĘ sobie od czasu do czasu przypomnieć, co chciałabym zrobić i być może wykonać choć część. 
Ustaliłam sama ze sobą, że postanowienia te muszą być bardzo łatwe do wykonania, no realne takie po prostu. Nie ma to nic wspólnego z pokonywaniem własnych słabości, przekraczaniem granic i te pe.
Ot sprawy, którymi i tak się zajmuję, ale chciałabym więcej, głębiej w coś może wejść. Nie żadna rewolucja, ale jednak krok na przód. 
Jedno z takich moich postanowień/życzeń na ten rok brzmi: "Więcej czytać. Co najmniej dwie książki w miesiącu". 
Bardzo realne, bo zwykle udaje mi się przeczytać ze dwie książki w miesiącu. Ale zwróćcie uwagę na wyrażenie "co najmniej". Co najmniej dwie, czyli może się zdarzyć, że więcej, niż dwie. Podziwiam mój własny spryt. Przechytrzyłam samą siebie, bo gdybym założyła, że mam przeczytać pięć książek w miesiącu, to sama bym tym siebie wystraszyła. Presja byłaby nie do uniesienia. A tak, mogę sobie zostać przy tym, co dotychczas, albo wznieść się na wyżyny czytelnictwa. Wszystko w moich rękach. I tym sposobem mamy kwiecień, a ja od początku roku przeczytałam następujące, lepsze lub gorsze, pozycje:
  1. Deszczowe ptaki - Clarissa Goenawan
  2. Na szlaku trumień - Peter May
  3. Dziecko - Fiona Barton
  4. Diabelski szczyt - Deon Meyer
  5. Trzy godziny ciszy - Patrycja Gryciuk
  6. W krainie cedrów - Pierre Jarawan
  7. Projektant - Marius Gabriel
  8. Szmaciana lalka - Daniel Coe
  9. Dziewiętnaście minut - Jodie Picoult
  10. Kobieta w oknie - A.J. Finn
  11. Nieodnaleziona - Remigiusz Mróz
  12. Zabójcza biel - Robert Galbraith
  13. Księgarnia spełnionych marzeń - Katarina Bivald
Całkiem niezły bilans, średnio 4 i 1/3 książki na miesiąc. Okazuje się, że mogę zrobić sobie takie postanowienie i go dotrzymać. Dobrze mi z tą myślą. 
Oczywiście rok się jeszcze nie skończył, a wszystkich postanowień, oprócz tego czytelniczego (najłatwiejszego z listy) mam jeszcze 9 sztuk. Niektóre, w sumie większość, jeszcze nietknięte. Ale co tam, dobrze, że od czegoś zaczęłam. 
Jednak warto było co nieco zapisać. Nie znika to wtedy tak szybko, jak zwykłe myśli. Pomyślane, potrafią w mgnieniu oka zamienić się w niebyt. O takim postanowieniu wymyślonym w styczniu już w marcu nie ma żadnego śladu. Ale, jak sobie to zapiszemy, to nie możemy się już tak łatwo wymigać. Samo przeczytanie od czasu do czasu zdania "Więcej czytać. Co najmniej dwie książki w miesiącu" już sprawia, że mam ochotę czytać. Magia? Nie. Podświadomość, szepcząca mi pochwały na temat mojej własnej sprawczości.
I wiecie co? Moja lista będzie przyrastać. Nie muszę mieć postanowień tylko noworocznych. Kwietniowe albo lipcowe, jeśli zapisane, też będą miały moc.
Dokładniejszy przegląd przeczytanych dotychczas książek zrobię Wam w któryś czwartek.
Do przeczytania!
Wszystko, co ważne.

Wszystko, co ważne.



Kiedy myślę o ubiegłym roku, zdecydowanie przełomowym w moim życiu, roku, w którym zdobyłam się na odwagę zmienić tak wiele z tych rzeczy, które mnie uwierały, to mam ochotę samą siebie pochwalić i przybić sobie piątkę za tę odwagę i siłę, która doprowadziła mnie w miejsce, w którym teraz jestem. Ta rewolucja w moim życiu objęła prawie jednoczesną zmianę pracy i miejsca zamieszkania, więc z całą pewnością zasługuje na miano rewolucji.

O dawna wiem, jak bardzo niszczy wykonywanie pracy, której się nie lubi, przebywanie wśród ludzi, którzy wciąż próbują udowodnić, że są lepsi, poświęcanie 1/3 życia na czynności z naszej perspektywy bezsensowne. Czuję ogromną wdzięczność za to, że w tym momencie mojego życia mogłam pozwolić sobie na zmianę. I, że znalazłam na nią odwagę.

Ulga, jaką czuję dziś, udając się do pracy, radość z tego, że mogę robić coś, co sprawia mi satysfakcję, to uczucia bezcenne. Stawiające na nogi w chwilach przygnębienia, dodające odwagi wtedy, gdy tego potrzebuję. Bo oczywiście i teraz czasami potrafi dopaść mnie to uczucie, gdy wydaje się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie i nic mi się nie udaje. W głowie panuje chaos, świat gna do przodu, a ja stoję w miejscu, z którego nie sposób się ruszyć. Wszystkie cele, które przed sobą postawiłam wydają się wtedy dziecięcymi marzeniami, mrzonkami nie wartymi, by zaprzątać sobie nimi głowę. Jakiś złośliwy głos, obecny w mojej głowie, podpowiada mi, że to, co robię nie ma sensu, nie ma prawa się udać żadna z rzeczy, które sobie zaplanowałam.

Zmiana pracy nie uwolniła mnie od takich chwil. Jednak ogólna równowaga, którą udało mi się osiągnąć, sprawia, że te pesymistyczne myśli ulatują w krótkim czasie gdzieś w niebyt, a ja odzyskuję siłę, by nadal tworzyć to, co sprawia mi radość i satysfakcję. By żyć zgodnie z własnym rytmem, własnymi potrzebami, nie musząc zadowalać innych.

Dziś żyję spokojniej, niż kiedyś. Wolniej. Mam więcej czasu na rzeczy, które lubię. Nie stoję w korkach, nie tracę czasu na dojazdy, to zdecydowanie zaleta wykonywania pracy blisko domu. Nie miałam pojęcia, jak bardzo męczyło mnie miasto, dopóki nie poczułam zapachu drzew i nie usłyszałam piania koguta o poranku. Inne zapachy, inne odgłosy, bardziej naturalne, nie męczące tak bardzo, jak odgłosy miasta.

Jest mi po prostu dobrze tu, gdzie teraz jestem. Myliłam się niegdyś, sądząc, że do szczęścia potrzebuję dużo i wciąż czegoś nowego. Rzeczy, bodźców, nowych miejsc. Jest wręcz przeciwnie. Potrzebuję tego, co już mam, nie szukam nowości i dobrze mi bez pośpiechu. Co ciekawe, nie potrzebowałam wcale dużo czasu, żeby tak przeorganizować swoje życie, by znaleźć się tu, gdzie jestem. Jeden rok i wszystko udało się tak poskładać, by zmienić to, co uwierało.

Życzę i Wam więcej odwagi w sięganiu po to, co ukrywacie w marzeniach. W odnajdywaniu wszystkiego, co ważne.






Wiosenne powroty.

Wiosenne powroty.



O rany, ale tu pusto, brudno i nieswojo... Jeśli jeszcze tu jesteście, to nie mogę wyjść z podziwu i chylę czoła. 

Nie chcę udawać, że byłam tu wczoraj, bo jaka jest prawda, każdy widzi. 
Zaniedbanie, zakurzenie i zapomnienie wyłazi z każdego kąta.

Ale, że wiosna idzie... to dajcie mi chwilę, posprzątam, kurz zdmuchnę i do Was powrócę. 
Już niedługo. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger