Trening uważności. Jak nie przegapić małych radości, ulotnych jak oka mgnienie.

Trening uważności. Jak nie przegapić małych radości, ulotnych jak oka mgnienie.

jak nie przegapic malych radosci

Każdy dzień przynosi mi mnóstwo małych radości, które uczę się dostrzegać. Nauka uważności w życiu to moja nowa pasja. Świadomie zwracam uwagę na drobiazgi, bo to z nich właśnie składa się życie. Nie z wielkich, spektakularnych wydarzeń, ale z pozornych błahostek dnia codziennego. Specjaliści używają nawet konkretnej nazwy na taką naukę uważności. Mindfulness. Jakkolwiek by go nie tytułować, trening uważności w życiu sprawia, że zauważam to, co dla niektórych niezauważalne. Czuję więcej i mocniej. Cieszę się z drobiazgów i sprawiam, że przestają być ulotne.

Zapisuję moje małe radości


Mój własny trening uważności polega na notowaniu wszystkich dobrych, małych rzeczy, które dzieją się każdego dnia. Zapisane mają moc przetrwania. Mają moc powrotu. Można je przywołać do pamięci, gdy nadchodzi gorsza chwila. Gdy cały dzień leje i boli głowa. Albo, gdy nic się nie udaje. Wszystkie drobne, miłe rzeczy, które nas spotykają na co dzień, mają to do siebie, że są ulotne. Łatwo je przegapić. Łatwo też o nich zapomnieć. Ale, gdy je zapisać, zaczynają żyć zupełnie innym życiem. Stają się bowiem namacalne. Można wziąć takie wspomnienie o czymś dobrym, taki jeden radosny drobiazg i rozmyślać sobie o nim, żeby przywołać uczucie minionego szczęścia. Można też zauważyć szczegóły, których wcześniej się nie zauważyło. I, tak sobie obracając tę minioną radość w myślach, można poczuć się ponownie szczęśliwym. Obdarowanym. Tak właśnie trenuje się uważność. Jak wszystkiego innego w życiu, uważności też można się nauczyć.

Trenuję uważność na co dzień


Notowanie moich małych radości pomaga mi stać się uważniejszą. Pomaga mi też zauważać kolejne drobiazgi, które mogłabym przegapić. Bo małe radości, gdy zostają raz zauważone, pączkują. Rozmnażają się, choć wcale tego nie chcesz. I nagle widzisz, jak jest ich dużo i jak wiele dają Ci szczęścia. I zaczynasz rozumieć, że masz bardzo szczęśliwe życie, choć wcześniej wydawało Ci się, że ono jest tylko przeciętne. Bo widzisz, Twoje życie składa się z tych drobnych rzeczy. Z mnóstwa małych, ulotnych radości, a Twoim zadaniem jest być uważnym na tyle, by ich nie przegapić.

Całe mnóstwo tych drobnych radości wydarzyło się w moim życiu w ostatnim czasie. Uczyniły mnie one tak szczęśliwą, że poczułam kolejny raz, że mam już wszystko. I, że niczego więcej nie potrzebuję. Uczę się więc nieustannie uważności, aby już nigdy więcej nie przegapić tego, co drobne, ale tak ważne. 

A Ty? Co z Twoim treningiem uważności?


Może pomyślisz sobie, że to same pierdoły. I zdziwisz się, że w ogóle postanowiłam poświęcić im miejsce na blogu. A może poczujesz, że Twoje życie też składa się z takich właśnie błahostek. Jeśli tak, to zatrzymaj je przez zapisanie, albo zapamiętanie. Bo są ulotne, jak oka mgnienie, ale nie zasługują na to, by dłużej je przegapiać. Rozpocznij swój własny trening uważności. Będziesz zaskoczony, jak wiele jest drobiazgów, które Cię uszczęśliwiają. Jak wiele jest wydarzeń, wartych zapamiętania.

Moje małe radości. Ulotne, jak oka mgnienie.


Radość z podlanego właśnie ogrodu. Dwie małe rączki, obejmujące mnie za szyję. Zapach książek, który od samego progu, wita mnie w bibliotece. Smak botwinki, którą On dla nas ugotował. Kolejny kwiat, kwitnący w moim ogrodzie. Spotkanie osoby, która jest sto razy bardziej zakręcona na punkcie herbaty, niż ja. Ciepły koc, którym mogę się otulić, gdy deszcz stuka o szyby. Pobudka w środku nocy, bo oto przyśnił mi się pomysł na post i muszę go zapisać. Ostatnie rzędy, robionego na drutach, swetra. Śpiew ptaków, gdy otwieram rano okno. Smak, zaparzonej przed chwilą herbaty. Pierwsza strona oczekiwanej od miesiąca książki, rezerwowanej w bibliotece. Zapach skoszonej trawy. Radość z powrotu do domu.

I niczego nie trzeba mi więcej. A Tobie?







Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Jak pozbyć się nadmiaru książek. Zmagania minimalistki.

Jak pozbyć się nadmiaru książek. Zmagania minimalistki.

jak-pozbyc-sie-nadmiaru-ksiazek

Czy wiesz, że nadmiar książek, to największa zmora minimalistów? Osoby, które zapoznają się z ideą minimalizmu, chcąc ją wdrożyć w swoje życie, zwykle zaczynają od porządków w domu. I zapytane, gdzie widzą nadmiar, bardzo często wskazują książki, zaraz po ubraniach. I to nie oznacza wcale, że posiadają ich tyle, że wystarczyłoby na wyposażenie dwóch bibliotek. Po prostu posiadają ich więcej, niż potrzebują. We własnym domu łatwo zauważyć, że książek jest za dużo. Wyobraźnia szybko podpowiada, co można by postawić w ich miejsce. A ciągła potrzeba wycierania kurzu, skutecznie zabija radość z samego posiadania. Niemal czujesz to, że gdyby nagle zmaterializował Ci się tu jakiś skup książek, to niech bierze wszystko, jak leci.

Skąd bierze się nadmiar książek?


Problemem osób, które mają dużo książek i chcą się ich pozbyć, są uczucia. Ja, na przykład, jeszcze do niedawna, kochałam swoje książki miłością zaborczą. Nie lubiłam ich pożyczać. Każda miała dla mnie jakąś wartość sentymentalną. No, bo przecież pamiętam, gdzie ją kupiłam. Z kim tam byłam. Każda książka to moc wspomnień. 
Ale, czy o to chodzi w książkach, by kazały nam tęsknić za osobami, albo rzeczami, z którymi się wiążą? No skąd. W książkach chodzi o to, aby odkrywać wciąż nowe, fascynujące historie. I to one mają wywoływać w nas uczucia. Niby to oczywiste, ale ponieważ jestem osobą bardzo sentymentalną, wcale nie umiałam tego tak łatwo pojąć.
Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam inaczej patrzeć na moje książki. Prawda jest taka, że do raz przeczytanej książki, bardzo rzadko się wraca. Oczywiście są takie pozycje, do których wracać chcemy. I to właśnie one i tylko one, zasługują na miejsce w naszej domowej biblioteczce. 
Dla osoby, która książki kocha, pozbywanie się książek to musi być proces. W moim przypadku, minęło wiele lat od momentu podjęcia decyzji o zawalczeniu z nadmiarem. Dopiero dziś jestem na to gotowa. Gotowa na rozpoczęcie procesu pozbywania się książek. Ale oczywiście nie na całkowite ich wyeliminowanie z mojego domu. 

 

Jak zawalczyć z nadmiarem książek?


W chwili, gdy już podjęłam decyzję o rozstaniu z niejednym egzemplarzem, pojawiło się pierwsze pytanie. Gdzie oddać niepotrzebne książki? I zaraz kolejne. A może sprzedać? Bo tak oddać za darmo, to przecież szkoda. I tu, uwaga, bo to jest pułapka, która zaraz na początku może sprawić, że niczego się nie pozbędziesz. 
Oczywiście, że szkoda oddać za darmo rzeczy, na które wydało się własne pieniądze. Ale, jeśli masz prawdziwy nadmiar książek, to nie da się ich wszystkich zadowalająco sprzedać. Powodów jest wiele, ale podstawowy to ten, że nie na wszystkie książki jest popyt na rynku. Poza tym sprzedaż książek za satysfakcjonującą cenę, to długotrwały proces. Czasami niekończący się. Możesz czekać na idealnego klienta tygodniami i to w żaden sposób nie posunie do przodu twoich zmagań z nadmiarem książek. 
Dlatego ja wybrałam wyjście pośrednie. Sprzedaż, ale za niewielkie kwoty. Skorzystałam ze skupu książek online o wdzięcznej nazwie Skup Szop. Jest to bardzo wygodna opcja. Logujesz się na stronie i wprowadzasz numer ISBN każdej pozycji. System od razu informuje Cię, czy skup jest zainteresowany daną książką oraz ile dostaniesz za nią pieniędzy. Kwoty są raczej symboliczne i wynoszą kilka złotych. Dla prawdziwego miłośnika książek to informacja, która rani serce. Jeśli jednak chcesz sprzedać w ten sposób większą ilość książek, to możesz otrzymać jednorazowo nawet kilkadziesiąt złotych. Gdy już wprowadzisz do systemu wszystkie książki, kończysz cały proces i oczekujesz na akceptację wprowadzonych pozycji. 
Następnie otrzymujesz informację o wizycie kuriera, któremu wręczasz paczkę z książkami. Za kuriera płaci internetowy skup książek i według mnie to super opcja. Nie wyobrażam sobie taszczenia pudła z książkami na pocztę. Od razu odechciałoby mi się ich pozbywać. 
Teraz już tylko czekasz na wpłatę odpowiedniej kwoty na Twoje konto, które wcześniej podałeś. Przelew przychodzi w ciągu kilku dni. Dla mnie taka forma pozbycia się części książek jest zadowalająca. Szybko i wygodnie. Oto, czego oczekiwałam.

 

Pierwszy krok w walce z nadmiarem i co dalej?


Jedyną wadą skorzystania z internetowego skupu książek jest fakt, że jest on zainteresowany wyłącznie książkami wydanymi po 2006 r. Dla starszych trzeba wymyślić jakiś inny sposób pozbycia się. Ja postanowiłam, że oddam je do biblioteki. Ale, ponieważ to wymaga już trochę więcej zachodu, czyli pakowania i taszczenia, to pewnie ten proces trochę potrwa. Tak na marginesie, to nie miałabym nic przeciwko temu, żeby biblioteki organizowały akcje zbierania książek po domach. 
Problemem dla mnie jest też to, że mam kilkanaście tomów starej encyklopedii, której nikt nie chce. Ta prawdopodobnie wyląduje na strychu. Na makulaturę jakoś mi jej żal. Choć nie powinno, bo hasła ma prosto z PRL-u, nie mogą się dzisiaj do niczego przydać. Poza tym, kto w dzisiejszych czasach korzysta z encyklopedii innej, niż internetowa? Może więc jednak encyklopedia ta powinna zakończyć swój żywot, jako surowiec wtórny? Pozbycie się jej przypieczętowałoby mój kolejny krok w stronę minimalizmu. Tylko jeszcze nie zdecydowałam, czy jestem na to gotowa.


Dzisiejszym postem otwieram nowy cykl artykułów na blogu pt. "Zmagania minimalistki". Będę w nim relacjonować proces ogarniania nadmiaru w różnych dziedzinach mojego życia. Moją słodką tajemnicą niech pozostanie fakt, że to ja bardziej potrzebuję takiego cyklu, niż Ty, Czytelniku, żeby siebie samą zmotywować do zmian. Do postawienia kolejnego kroku w kierunku minimalizmu, za którym tęsknię. Ale jeśli i Tobie choć trochę pomogę, albo w czymś Cię zainspiruję, to będę bardzo szczęśliwa. 


A Ty? Masz jakieś sprawdzone sposoby na pozbycie się nadmiaru książek? Czy może w ogóle nie wyobrażasz sobie rozstania z książkami?








Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Lagom, hygge, czy ikigai? Różne oblicza poczucia szczęścia.

Lagom, hygge, czy ikigai? Różne oblicza poczucia szczęścia.

Niebieski rower pod drzewem obok drogi

Kto bardziej potrzebuje wyjątkowego podejścia do życia, niż ludzie z północy? Ci, którzy zdani na kaprysy przyrody, zmagają się z chłodem i szarówką. Twierdzą, że nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie. Mimo to, czasami jest mi ich żal. Bo wiem, że w ciągu roku tak mało doświadczają słońca.

Ludzie są bardziej pokorni tam, gdzie przyroda góruje nad człowiekiem. Gdzie nie pozwala mu zapomnieć, że to ona jest panią tego świata. Doceniają życie takim, jakie jest. Tak jest w Szwecji. Tam celebrują swoje życie w rytmie lagom. Podobnie w Danii. Oni mają swoje hygge. Tak jest też w Japonii. W kraju, w którym jedno trzęsienie ziemi potrafi zniszczyć wszystko, co zbudował człowiek. Ale Japończycy mają swoje ikigai. Ich wszystkich łączy wyjątkowe podejście do życia, odnajdywanie poczucia szczęścia w drobiazgach.

Jest wiele powodów, dla których fascynuje mnie Skandynawia. Powoli układam sobie w głowie plan jej odwiedzenia i zwiedzenia. Podobne odczucia mam w stosunku do Japończyków. Zachwyca mnie ich kultura, w ogóle cała spuścizna. Dlatego ten kierunek też kiedyś chciałabym obrać sobie na wyprawę marzeń.

Ale dziś nie o tym, a o specyficznym podejściu do życia, jaki te wyspiarskie narody prezentują. O ich recepcie na szczęście. O filozofiach lagom, hygge oraz ikigai. A także o tym, jak odnaleźć nasze własne poczucie szczęścia.

Potrzebujemy sztuki lagom, aby unikać skrajności.

Szwedzi mają we krwi swoje lagom. Jest to podejście do życia, które oznacza, że tego, co mamy wokół nas powinno być nie za dużo, nie za mało, ale jak w sam raz. To niezwykła sztuka równowagi, która pokazuje, jak osiągnąć poczucie szczęścia i dobrostanu żyjąc skromnie. Żyjąc na miarę własnych potrzeb i w zgodzie z naturą. Niejednokrotnie w otoczeniu ręcznie wykonanych przedmiotów. Bez skrajności, unikając przesady w każdym aspekcie życia. Doceniając to, co się ma. Niektórzy twierdzą, że to dorabianie jakiejś ideologii do życia. Jednak mnie bardzo bliska jest ta filozofia. Poszukuję bowiem na co dzień balansu pomiędzy pracą a wypoczynkiem. Dbam o nastrój mój i moich najbliższych. Cieszę się z małych rzeczy. Nieodłącznym elementem takiego podejścia jest odkrywanie pasji w rzeczach zwyczajnych, prostych. Rozsmakowanie się w codzienności, która składa się na życie. Dla mnie to przepis na poczucie szczęścia. Ta szwedzka sztuka umiarkowania wprowadza spokój i harmonię w każdy z obszarów naszego funkcjonowania. Poczynając od jedzenia, przez spędzanie wolnego czasu, na pracy kończąc. Słowo „lagom” oznacza środek, średnią. Zawiera się w nim zupełne przeciwieństwo tego, co my niejednokrotnie robimy w swoim życiu. Przejadamy się, by potem katować się dietą. Spędzamy godziny przed telewizorem, aby stwierdzić, że powinniśmy biegać. Wtedy lecimy od razu na maraton. Kupujemy mnóstwo rzeczy niepotrzebnych, by potem poddać się modzie na minimalizm. Z tego powodu wyrzucamy to, co wcześniej kupiliśmy. Brak przesady i niepopadanie w skrajności to, według sztuki lagom, droga do poczucia szczęścia. Także do spokojnego i pełnego życia. I często mam wrażenie, że niejednemu mojemu rodakowi, sztuka ta mogłaby się bardzo przydać w życiu. 

Poszukiwanie estetyki i piękna w rytmie hygge.

Duńczycy też postanowili nazwać swoje poczucie szczęścia. Jest to hygge. Słowo znaczące tyle, co dobre samopoczucie lub odczuwanie zadowolenia. Na ten styl życia składa się dążenie do szczęśliwego, komfortowego życia. Można to osiągnąć poprzez dbanie o wyjątkową atmosferę w domu, stworzenie odpowiedniego klimatu, ciepła domowego ogniska. Każdy chyba nie raz widział w sklepach świeczki z napisem „hygge”. To właśnie Duńczykom zawdzięczamy ich popularność. Hygge to nie tylko czynności, które prowadzą nas do poczucia szczęścia. To przede wszystkim stan umysłu, nacisk na odczuwanie przyjemności z bycia tu i teraz. Także docenienie chwili spędzanej w gronie najbliższych, w atmosferze ciepła i bezpieczeństwa. To dobre jedzenie, zwykle wspólnie przygotowane. To migoczące płomienie świec, dające niezwykły nastrój. To celebrowanie małych radości w szczególny, odświętny sposób. Hygge nauczyło mnie, aby nie pozostawiać tego, co najlepsze na potem. By na co dzień korzystać z pięknych filiżanek. By każdego zimowego wieczora otulać się najlepszym kocem. Hygge uczy także dbania o relacje. Spędzania wyjątkowego czasu z najbliższymi. Tworzenia wspólnej ciepłej atmosfery. Uczy dzielenia się ze sobą poczuciem szczęścia. Bardzo ważne jest to, jak mieszkamy i jakimi przedmiotami się otaczamy. I nie chodzi tu o jakieś wyszukane i drogie wyposażenie wnętrz. Przyznaję, że Duńczycy są znani z wyjątkowego wyczucia stylu. Jednak w hygge chodzi o zaspokojenie własnego poczucia piękna. Wypoczywamy i dobrze czujemy się we wnętrzach, które stworzyliśmy z przyjemnością. W tych, które wypełniliśmy pięknymi i ważnymi dla nas przedmiotami. Dlatego tak ważną rolę w hygge odgrywa dom, nasza bezpieczna przystań. Przestrzeń stworzona zarówno do pracy, jak i wypoczynku. Z obowiązkowym miejscem do realizowania pasji. Ten aspekt duńskiej filozofii jest mi niezwykle bliski. Od dawna czułam, że tylko w domu mogę czuć się naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Nawet wtedy, gdy jeszcze nie słyszałam o tej filozofii. Staram się więc przykładać dużo uwagi do tego, jak mieszkam. Do tego, jakimi przedmiotami się otaczam. I doskonale odnajduję się w tej filozofii. Czerpię z niej inspiracje dla stworzenia w moim domu atmosfery ciepła i bezpieczeństwa. Wyjątkowej atmosfery poczucia szczęścia. 

Ikigai, czyli japoński przepis na szczęście.

Japońska sztuka poczucia szczęścia to jednocześnie recepta na życie pełne spokoju i satysfakcji. Mowa o filozofii ikigai. Słowo to oznacza czerpanie przyjemności oraz istotę życia. Ikigai składa się z dwóch członów: iki-, znaczące tyle, co żyć i -gai, oznaczające powód. Powód do życia, tak w skrócie można określić tę filozofię. Charakteryzuje ona swoistą motywację wewnętrzną. Powód, dla którego każdego dnia chce nam się wstawać z łóżka. Podstawą ikigai jest odnalezienie czynności, których realizowanie nadaje sens naszemu życiu. Mogą to być drobiazgi. Mogą też to być wielkie przedsięwzięcia. Muszą mieć jednak jeden wspólny mianownik. Mianowicie ich realizacja powinna pochłaniać nas bez reszty. Istotą japońskiej sztuki ikigai jest więc odnajdywanie sensu i radości w czynności wykonywanej w danej chwili. Skupienie się na niej, bez oczekiwania na jakiś wyjątkowy efekt, czy sukces. Liczy się sama czynność oraz bycie tu i teraz. Zanurzenie się w chwili. Koncentrowanie się na przyjemności, płynącej z samego działania, a nie dopiero z efektu. Stąd wywodzi się tradycja japońskich rytuałów. Np. ceremonia parzenia herbaty to szereg ruchów, wykonywanych bez pośpiechu, uważnie i w skupieniu. Taki sposób wykonywania czynności sprawia, że nawet obowiązki przestają być nieprzyjemne. Stają się natomiast wartością samą w sobie. Z przyjemnością odnajduję przepis na poczucie szczęścia w japońskiej filozofii ikigai. Sama już dawno odkryłam, że tylko realizacja rzeczy przyjemnych, wręcz pasjonujących, nadaje naszemu życiu sens. Sprawia też, że chce nam się działać. Dlatego tak bliskie jest mi to podejście Japończyków. Tym bardziej, że ostatnio wiele myślę o motywacji do działania i do podejmowania różnych aktywności w życiu. Pisałam o tym w tym miejscu.

Zachwycam się każdą z tych filozofii. I w każdej znajduję to, co dla mnie najważniejsze.

Lagom namawia mnie do nie popadania w skrajności. Niejednokrotnie miałam takie zapędy. Uczy mnie także radości z rzeczy codziennych, z pozoru błahych. Uważności i zatrzymania się w biegu. Dzięki lagom żyję zdecydowanie wolniej. Gdy po raz pierwszy przeczytałam o tej filozofii, pomyślałam, że została wymyślona specjalnie dla mnie.

W hygge odnajduję przyjemność z aranżacji mojego domu. Ogromną radość sprawia mi przestawianie przedmiotów. Znajdowanie im innego miejsca, tworzenie atmosfery ciepła. Zmienianie tej atmosfery w poszczególnych częściach domu. Uwielbiam aranżowanie moich czterech kątów.

Ikigai natomiast, jest dla mnie drogą do odkrywania coraz większej przyjemności w realizowaniu pasji. Potwierdza to, co zawsze czułam. Że tylko robiąc to, co naprawdę lubię, mogę być spełniona i szczęśliwa. Ponadto ikigai ma dla mnie zapach Japonii, miejsca, do którego mam zamiar kiedyś pojechać.

Poczucie szczęścia mamy w sobie, tylko nie zawsze potrafimy je odkryć i wydobyć. Są jednak gotowe recepty. Trochę lagom, nieco hygge i całkiem sporo ikigai. Po to, aby żyć pełniej, radośniej i  bardziej satysfakcjonująco. Po prostu szczęśliwie.





Czy ten wpis wydaje Ci się inspirujący? Jeśli tak, udostępnij go, proszę:
Aranżacja ściany w salonie. Dekoracyjne DIY - zrób to sam.

Aranżacja ściany w salonie. Dekoracyjne DIY - zrób to sam.

zegar-w-stylu-loftowym

Na ścianie w salonie, tuż obok okna, wisi zegar. Prosty, metalowy, w loftowym stylu. Do niedawna wisiał tam sam, jak palec. Zawsze wiedziałam, że chcę zapewnić mu towarzystwo i tę ścianę zaaranżować jakoś oryginalnie, ale nie miałam pomysłu, jak. A raczej pomysłów miałam za dużo i nie wiedziałam, na co się zdecydować. W każdym razie chciałam, żeby coś obok tego zegara się działo. 

Nieustający sen o remoncie.

Tak już mam, że remont śni mi się nieustannie. Dzień i noc myślę, co by tu jeszcze zmienić, przearanżować, dostawić, przestawić, inaczej ułożyć. Nie da się jednak non stop remontować własnego mieszkania. Nie da się też zmieniać aranżacji tak często, jak bym chciała, bo zwyczajnie szkoda na to pieniędzy. Zresztą co potem robić z tymi rzeczami, które już do nowych pomysłów nie pasują? Na strych? No można, ale jednak to nie jest droga do minimalizmu, mojej niedoścignionej aspiracji. Chcąc się więc trzymać swoich zasad (nie kupować, łatwo sprzątać, nie posiadać zbędnych rzeczy itd.), nie pozostaje mi nic innego, jak wymyślać zmiany, które mało kosztują i nie powodują zagracenia przestrzeni. Chciałam jednak, żeby było efektownie, choć minimalistycznie, ale też prosto w wykonaniu. Myślałam najpierw o drewnianych kwietnikach, albo wąskich półkach, ale kwiatów już mam sporo, a na półkach stanęłoby coś, co trzeba wycierać z kurzu i tego chciałam uniknąć. Chciałam też, żeby to było coś, co można zrobić własnoręcznie. A raczej mężoręcznie. I, jak już podkreśliłam, bez wydawania milionów monet. I tak wymyśliłam, że dam temu samotnemu zegarowi  taką swoistą ramę. Oprawę, która będzie widoczna, ale zarazem niezbyt nachalnie rzucająca się w oczy. Lekko przestrzenna konstrukcja wydawała się spełniać wszystkie moje potrzeby w zakresie aranżacji minimalistyczno - estetycznej. 

Masz projekt? Narysuj mi.

Pomysł, który pojawia się w mojej głowie, widzę bardzo wyraźnie i ze wszystkimi szczegółami. Problem pojawia się, gdy trzeba przystąpić do działania, bo z głowy muszę pomysł przenieść na papier, a z niejakim zażenowaniem przyznaję, że kompletnie nie umiem rysować. Proste niby kreski, których narysowanie nawet dziecku nie sprawiłoby trudności, dla mnie są niewykonalne. I pomyśleć, że kiedyś chciałam zostać architektem wnętrz. Żałowałam, że nie uczyłam się w tym kierunku, studiów takich nie wybrałam. Ale przecież mogłam sobie wybrać, tylko, że bez umiejętności narysowania kilku prostych kresek i tak nikt by mnie tam nie przyjął. Dziś jest trochę łatwiej, bo wiele rzeczy za projektanta robi komputer, ale w czasach, gdy ja wchodziłam na rynek pracy, czy też kończyłam szkołę, żeby dostać się na jakikolwiek kierunek architektoniczny, trzeba było mieć teczkę z masą rysunków. Rozumiesz, twarze, martwe natury, budynki, zwierzęta... A ja, cóż, choć wiem, jak wszystkie te rzeczy wyglądają, narysować ich nie potrafię. Poza tym, w międzyczasie żałowałam także, że nie zostałam bibliotekarką, bo po prostu miałam wiele pomysłów, nie do końca czując, co tak naprawdę chcę robić. Zresztą, gdy ja kończyłam szkołę, w modzie było studiowanie wszelkiego rodzaju kierunków ekonomicznych, bo gospodarka kapitalistyczna się właśnie urodziła i wiadomo było, że to niemowlę będzie potrzebowało wielu wykształconych nianiek, żeby przetrwać. Ale to temat na inny post. 

Moje (męża?) dekoracyjne DIY.

Wracając do mojej ściany w salonie. Potrzebny mi jest projekt mojego DIY, szkic jedynie, nic skomplikowanego. Siadam więc, szkicuję, próbuję, nawet linijkę biorę do ręki, ale to na nic. Proporcje nie takie, to co narysowane nie jest z całą pewnością tym, co widzę w głowie. Trudno. Jeśli mam namówić męża do realizacji pomysłu na to moje wymyślone dekoracyjne DIY, jakoś te parę kresek nagryzmolić muszę. Resztę najwyżej opowiem mu obrazowo, używając kwiecistej mowy i wymachiwania rąk. Narysowałam więc, opowiedziałam, pokazałam, co chciałabym osiągnąć, licząc po cichu, że jego wyobraźnia nadąży za moją. I tak ściana została odmieniona. Potrzebne było kilka metrów listwy modelarskiej drewnianej, w naszym przypadku jest to półwałek. Listewki te zostały ścięte pod kątem i połączone klejem. Tak powstały dwie prostokątne ramy, które następnie mój mąż umieścił na ścianie. Jedną poziomo, drugą pionowo. Tworzą lekko przestrzenną konstrukcję, gdyż spodnia rama jest przyklejona bezpośrednio do ściany, a wierzchnia jest mocowana w czterech punktach do tej na spodzie. Całość jest pomalowana farbą, którą mamy na ścianie. Jestem tak zadowolona, że siedzę sobie na kanapie i wgapiam się w ten obramowany zegar, aż mnie oczy bolą. Co zrobić? Już dawno temu poddałam się swoim własnym dziwactwom, do czego i Ciebie zachęcam, drogi Czytelniku. Realizuj swoje pomysły z pasją, na jaką Cię stać. Warto się cieszyć z drobiazgów.


Do przeczytania!


zegar na ścianie

loft

loft

loft

loft
  




Uważasz ten wpis za inspirujący? Udostępnij go, proszę:
Czym jest motywacja i jak wzbudzić w sobie motywację wewnętrzną.

Czym jest motywacja i jak wzbudzić w sobie motywację wewnętrzną.

motywacja wewnętrzna

Wiele już o motywacji zostało napisane, jeszcze więcej powiedziane, przez różne mądre i zacne osobistości, biegłe w dziedzinie ekonomii, zarządzania, socjologii, psychologii itd. Wymyślono wiele metod i narzędzi motywacyjnych, których działanie, według mnie, jest co najmniej wątpliwe. Bo przecież, gdyby te wszystkie metody działały, nie mielibyśmy problemu z wykonywaniem naszych codziennych obowiązków, pracowalibyśmy efektywnie z uśmiechem na twarzy i nie zastanawialibyśmy się, dlaczego tak często nie chce nam się podnieść tyłka z kanapy.

Motywacja zewnętrzna nie działa

Zacznijmy od rzeczy podstawowej. Mamy dwa rodzaje motywacji, zewnętrzną i wewnętrzną. Motywacja zewnętrzna działa w ograniczonym zakresie i jedynie przez pewien czas. Jest ona społecznie przyjętym systemem, opartym na nagrodach i karach. Dowiedziono, a ja doświadczyłam tego osobiście, pracując przez 18 lat w korporacji, że długotrwałe nagradzanie za wykonywanie tej samej czynności, wcale nie ma wpływu na wzrost chęci do jej wykonywania. Innymi słowy, gdy dostajesz wynagrodzenie za swoją pracę i tylko to wynagrodzenie ma być Twoją dominantą motywującą, to motywacja nie wzrasta, wręcz przeciwnie, może nawet maleć, aż do całkowitego zaniku. Przychodzisz do pracy, wykonujesz powtarzalne czynności, odhaczasz zadania, ale wcale nie masz ochoty tego robić. W dłuższym okresie czasu całkowicie tracisz zainteresowanie tym, co robisz, nie przykładając się do wykonywanych zadań. Twoja motywacja spada do zera i albo dochodzisz do wniosku, że praca nie ma sensu i ją zmieniasz (gdy masz dużo siły i wiary w siebie), albo, co gorsze, dopada Cię depresja i wypalenie zawodowe (jeśli nie masz silnego przekonania o własnej wartości). Motywacja zewnętrzna to mit. Nawet jeśli działa i pojawia się jakiś rodzaj zmotywowania w przypadku otrzymania nagrody, to jest to efekt krótkotrwały, który nie będzie miał na Ciebie wpływu w długim okresie czasu. Nie spowoduje też, że będzie Ci się chciało żyć pełniej, tak, jak na to zasługujesz. 

Twoje motywacje to Twoje emocje

Motywacja wewnętrzna, a tylko ta jest dziś dla mnie warta uwagi, wypływa ze środka. Jest wypadkową Twoich niezaspokojonych potrzeb oraz chęci zajmowania się czymś, co postrzegasz, jako ważne i pasjonujące zajęcie. Motywacja taka opiera się na emocjach, które odczuwasz i sprawia, że z łatwością angażujesz się w aktywności, które po prostu lubisz. Już samo ich wykonywanie jest dla Ciebie nagrodą. Weźmy na przykład jakąś Twoją pasję. Dajmy na to czytanie książek. Czy, jeśli czytasz ciekawą książkę, to nie masz ochoty rzucić wszystkiego i jedynie czytać? Ja tak mam nieustannie:) Te emocje, które odczuwasz w momencie myślenia o kolejnej przeczytanej stronie, są kluczem do wzrostu motywacji. Jeśli, nie lubisz jeździć autobusem (a codziennie musisz do niego wsiąść) i zabierzesz ze sobą ciekawą książkę, to przestaniesz zwracać uwagę na korki i inne irytujące sytuacje. Poczujesz radość z realizowania pasji, a inne rzeczy staną się mniej istotne. Odczuwanie przyjemności bardzo wzmaga chęć do działania i do życia w ogóle. Poszukaj emocji, które pojawiają się, gdy robisz coś pasjonującego i wykorzystaj je, aby wzbudzić w sobie motywację wewnętrzną do działania w innych sytuacjach. 

Przyjemność rozwoju

Tylko rzeczy dla Ciebie ważne mają moc wzbudzenia Twojej motywacji wewnętrznej i zachęcenia Cię do działania. Jeśli cele, które przed sobą stawiasz są zbieżne z Twoimi osobistymi wartościami oraz stanowią źródło zaspokojenia Twojej ciekawości świata, to masz ochotę je realizować. Dlatego motywacja wewnętrzna ma bezpośredni związek z kreatywnością. Jeśli lubisz coś robić, to masz ochotę odkrywać wszystkie ścieżki prowadzące do celu, bez dodatkowych zachęt. Żeby jednak utrzymać wewnętrzną motywację potrzebujemy nie tylko celu, ale też możliwości obserwowania postępów jego realizacji. A zdecydowanie przyjemniej śledzi się taki proces, jeśli jest on związany z odczuwaniem przyjemności z wykonywanych działań. Wtedy, nawet gdy coś ułoży się nie po Twojej myśli, masz ochotę odkrywać inne drogi prowadzące do celu. Jesteś ich ciekawy, a to właśnie ciekawość sprawia, że jeśli coś Cię zainteresuje, to motywacja wewnętrzna do zgłębienia danego zagadnienia wzrasta. Odczuwasz też przyjemność z własnego rozwoju, co jest dodatkową siłą napędową do dalszych działań.


Podsumowując, aby wzbudzić swoją wewnętrzną motywację, która sprawi, że będzie Ci się chciało co rano wstać z łóżka i będziesz cieszyć się na każdy nadchodzący dzień, nie mogąc się doczekać tego, co Ci przyniesie, powinieneś zajmować się rzeczami, które Cię interesują. Ciekawość i przyjemność, które same w sobie są już oczekiwaną nagrodą, to jest klucz, zarówno do działania, jak i do osobistego rozwoju. Tak w pracy, jak i w czasie wolnym, poszukuj aktywności, które sprawiają Ci przyjemność. A do tych, które musisz wykonać, ale postrzegasz je, jako mniej przyjemnie, wpleć jakieś miłe elementy. Konkrety? Proszę bardzo. Jeśli nie lubisz sprzątać, to podczas sprzątania włóż do uszu słuchawki i słuchaj ulubionej muzyki, albo audiobooka. Jeśli nie lubisz swojej pracy, to poszukaj w niej fajnych, wartościowych ludzi i spędzaj z nimi czas, albo zaproś ich do współpracy, jeśli to możliwe. Jeśli nie lubisz zakupów, to zrób je przez internet, gdy akurat siedzisz przed komputerem i zamów je z dostawą do domu. Pomysłów może być mnóstwo. Zastanów się spokojnie nad swoją motywacją wewnętrzną i powiąż ją z działaniami, które na co dzień podejmujesz. Wyodrębnij te przyjemne, a nieprzyjemnym spróbuj dodać trochę koloru. Wierz mi, że droga przez motywację wewnętrzną do satysfakcji w każdym aspekcie Twojego życia, jest dla Ciebie otwarta. 






Uważasz ten wpis za wartościowy? Udostępnij go, proszę:
Mój niezawodny przepis na wspaniały niedzielny poranek. Racuchy serowe muśnięte powidłami śliwkowymi.

Mój niezawodny przepis na wspaniały niedzielny poranek. Racuchy serowe muśnięte powidłami śliwkowymi.

 powidla-sliwkowe

W pierwszych słowach niniejszego posta donoszę, że nie jest moim zamiarem przeobrażenie tego bloga w blog kulinarny. Ale, ponieważ mam dla Ciebie coś pysznego, to nie mogę się powstrzymać i przychodzę dziś z przepisem na pyszne racuchy serowe, jedzone w dzień i w porze, które najbardziej zasługują na celebrowanie przyjemności i powolności. W niedzielny poranek. 

Ale za to niedziela, ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas ...

Niedziela jest po to, aby zwolnić. Zaciągnąć hamulec ręczny swojej codzienności i zmusić ją do postoju. Bo taka sobota, to wiadomo, zakupy, sprzątanie, pranie, ogarnianie chaosu po tygodniu pośpiechu, pracy, codziennej zwyczajności. Ale, gdy przyjdzie niedziela, wyhamuj. O ile nie wzywają Cię jakieś naprawdę poważne obowiązki, wszystkie sprawy możesz zostawić na poniedziałek. Wyrzucić je z głowy na kilka godzin, robiąc miejsce na to, co najbardziej wartościowe. Bycie z bliskimi, spacer, obserwowanie przyrody, zabawę z dziećmi, cichą rozmowę z kochaną osobą, bliskość, ciekawy film obejrzany we dwoje, samotność z książką, albo każdą inną rzecz, która sprawi Ci przyjemność.

Pasje. Pamiętasz? Pasje sprawiają, że chce się żyć. Kiedy znaleźć na nie czas, jeśli nie w niedzielę? Zrób choć jedną rzecz, którą uwielbiasz, a tak spędzona niedziela sprawi, że twoje akumulatory naładują się do pełna i energii tej wystarczy Ci na cały następny tydzień. 

Wartościowy plan dnia.

Jak najwięcej powinniśmy planować, o czym pisałam między innymi w tym miejscu. Wypoczynek także, szczególnie, jeśli często o nim zapominamy. Zaplanuj więc sobie z wyprzedzeniem, że będziesz celebrować ten dzień od samego rana i z wielką uwagą się do tego przygotuj. Zdecyduj, co będziesz robić, a wybierając się po zakupy w sobotę, pomyśl, co przygotujesz do jedzenia. Wiadomo, że dobre jedzenie to niesamowita przyjemność, wykorzystaj to. Już sama myśl o czekającej Cię wspaniałej niedzieli, spędzonej w zgodzie z sobą, w towarzystwie bliskich oraz pysznych potraw, sprawi, że fajnie się poczujesz. Rozpocznij od rana. Wstań wcześnie, jeśli lubisz, albo wyśpij się za cały tydzień, jeśli tego potrzebujesz. A potem przygotuj fantastyczne śniadanie i zjedz je tam gdzie najbardziej lubisz. W ogrodzie, w łóżku, na balkonie, albo siedząc z podwiniętymi nogami na kanapie. Celebruj niedzielny poranek. Niech trwa. 

Przepis na pyszne racuchy serowe.

Oto prosty przepis, który pomoże Ci z radością celebrować niedzielny poranek. Niezależnie od tego, czy poranek oznacza dla Ciebie godzinę 7.00, czy 12.30.

Racuchy serowe muśnięte powidłami śliwkowymi.

Składniki:
  • 400 g sera białego (najlepiej sernikowego z kubełka, jeśli twaróg, to trzeba go dokładnie rozdrobnić widelcem),
  • 3 jajka,
  • 2 łyżeczki ksylitolu/erytrolu lub innego słodzidła,
  • 2 czubate łyżki mąki kukurydzianej i 2 czubate łyżki mąki ryżowej (lub 4 łyżki zwykłej mąki pszennej, jeśli lubisz się z glutenem),
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej,
  • dobry olej do smażenia (kokosowy lub rzepakowy).

Wykonanie:
Oddzielić żółtka od białek. Z białek ubić sztywną pianę. Ser, żółtka, mąkę, sodę oraz ksylitol wymieszać krótko mikserem, do połączenia składników. Dodać pianę z białek i dokładnie wymieszać łyżką.

Rozgrzać olej na patelni i kłaść łyżką zgrabne racuszki. Po zrumienieniu przekładać delikatnie na drugą stronę. Półtorej minuty z jednej i półtorej z drugiej powinno wystarczyć.

Jeśli używasz, jak ja, mąki innej, niż pszenna, bardzo ostrożnie odwracaj racuchy, najlepiej przy użyciu dwóch łopatek. Te z udziałem mąki pszennej, odwraca się zdecydowanie łatwiej.

Po usmażeniu, odsącz przez chwilę racuchy na ręczniku papierowym i podawaj, albo z powidłami śliwkowymi, albo z tym, z czym lubisz najbardziej. Nawet posypane zwykłym cukrem pudrem są pyszne.

Smacznego i udanych wszystkich niedziel świata Ci życzę!


 







Uważasz ten wpis za wartościowy? Udostępnij go, proszę:
Czy kwiaty w Twoim domu też potrzebują reanimacji po zimie?

Czy kwiaty w Twoim domu też potrzebują reanimacji po zimie?

Na zewnątrz nie bardzo to widać, ale wiosna już przyszła. Poznaję to po kondycji moich kwiatów doniczkowych, które szukają sobie miejsca na wypuszczenie młodych pędów i nie mogą się przebić przez gąszcz uschłych i przegniłych liści, z którymi nie zrobiłam jeszcze porządku. Zdecydowanie moje kwiaty potrzebują reanimacji po zimie. Jeśli Twoje też, to jest mi zdecydowanie raźniej. 

W takim razie bierzmy się do pracy.

Wstępne oględziny pacjentów.

Pierwsza rzecz, jaką robię, to oglądam z uwagą każdy okaz, usuwam przegniłe i suche liście oraz zmarniałe łodygi, jeśli takie są. Sprawdzam, które kwiaty potrzebują przesadzenia, może wyrosły już ze swoich doniczek, albo po prostu mnie nie podoba się ich mieszkanie i chcę zamienić doniczkę na inną. Może którejś roślinie potrzebna jest podpórka, bo nie wytrzymuje nadmiaru liści, teraz jest moment, żeby o to zadbać. Gdy już przejrzę rośliny w całym domu, biorę się za przesadzanie tych, które tego wymagają.

Przesadzanie.

Jeśli masz ogród, albo balkon, jest to doskonałe miejsce do przeprowadzenia operacji przesadzania. Jeśli musisz zrobić to w domu, przygotuj sobie wygodne miejsce, na przykład na blacie w kuchni, albo stole i zabezpiecz je dokładnie folią. Możesz też położyć folię na podłodze, ale ja wolę w takim przypadku zebrać odkurzaczem to, co mi spadnie na podłogę, bo nie lubię łazić po folii.  Ponieważ od pewnego czasu mam ten komfort, że mogę przesadzać kwiaty w ogrodzie, tam się udam. 

Przesadzam kwiaty tylko i wyłącznie do świeżej ziemi, kupionej niedawno w sklepie ogrodniczym. Nie warto przesadzać kwiatów do starej, zleżałej ziemi, albo do ziemi z odzysku, ponieważ jest pozbawiona cennych wartości odżywczych, za które nasze kwiaty zechcą nam w przyszłości podziękować. W ostateczności można wymieszać starą ziemię z nową, ale różnica jest taka, jak pomiędzy jedzeniem świeżo usmażonego schabowczaka, a wczorajszego, odgrzanego w mikrofali. Lepsza dla naszych roślin jest wilgotna, nowa ziemia, pełna tłustych mikroelementów. Przesadzam kwiaty zawsze do większej doniczki, bryła korzeniowa powinna mieć więcej swobody, niż dotychczas, żeby roślina mogła się rozwijać. Na dno doniczki wysypuję trochę keramzytu, tworząc warstwę drenującą. Nie ubijam ziemi zbyt mocno, żeby rośliny się nie podusiły. 


Mam kilka kwiatów, które stoją przy samym oknie południowo-wschodnim i bardzo szybko wysycha im ziemia, szczególnie latem, gdy słońca jest najwięcej. Wysypuję tym roślinom na wierzch doniczki grys ogrodniczy, który powoduje, że ziemia jest dłużej wilgotna, a poza tym doniczka z takim wykończeniem ładnie wygląda. Nie podlewam kwiatów po przesadzaniu, ponieważ zaplanowałam dla nich kolejną niespodziankę.

 

Orzeźwiająca kąpiel.

Wszystkie kwiaty zasługują, moim zdaniem, na odświeżającą kąpiel po zimie. I te duże i te małe. Ustawiam więc doniczki z kwiatami pod prysznicem. Ponieważ mam niemal nieograniczony dostęp do prysznica, ogranicza mnie jedynie ścianka ze szkła, to ustawiam doniczki bezpośrednio na podłodze i jest to dla mnie najwygodniejsza opcja. Ty możesz postawić swoje kwiaty w kabinie prysznicowej, albo wstawić je do wanny. Teraz ustawiam letnią wodę w prysznicu i polewam delikatnie kwiaty, poświęcając każdemu uwagę z osobna. Te o dużych liściach podtrzymuję, by liście się nie połamały. Na te o drobnych liściach leję wodę pod różnymi kątami, żeby pozbyć się całego, nagromadzonego na nich, kurzu. Staram się nie lać wody bezpośrednio do doniczek, ale wiadomo, że przy takim prysznicu cała ziemia bardzo dobrze nasiąknie. Gdybym wcześniej podlała te kwiaty, które przesadzałam, dostarczyłabym im zdecydowanie za dużo wody. Gdy już wszystkie kwiaty napiją się i odświeżą, zostawiam do wyschnięcia w miejscu, w którym stoją te o drobnych liściach, a te o największych wycieram ręcznikiem papierowym i odstawiam na miejsce. Pozostałe wrócą do siebie, gdy obeschną. 

Nawożenie.

Nigdy, przenigdy nie nawoź kwiatów, które dopiero zostały przesadzone. Koniecznie odczekaj tydzień lub dwa. Po takim obfitym prysznicu, jaki przeprowadziłam, nawożę kwiaty pałeczkami, ale tylko te, które nie były przesadzane. Dodatkowe podlewanie już nie jest im potrzebne. Kwiaty przesadzone podlewam roztworem nawozu, albo wciskam do ziemi patyczki, dopiero po upływie odpowiedniego czasu. Zwykle po tygodniu. 

Biblioteczka maniaka kwiatowego.

Nie ma nic piękniejszego od książek, a książki o kwiatach, to już piękno samo w sobie. Moją wiedzę o pielęgnacji kwiatów czerpię, owszem, z internetu, ale przede wszystkim czytam i oglądam książki na ten temat. I za każdym razem jestem niemal tak zauroczona, jak podczas przeglądania pozycji wnętrzarskich. W ostatnich miesiącach ukazało się kilka niezwykle ciekawych pozycji o kwiatach. Dodatkowym ich atutem jest to, że zostały napisane przez prawdziwych, najprawdziwszych pasjonatów tego tematu, więc korzystanie z nich daje nie tylko wiedzę, ale także zaraża pasją i miłością do roślin we wnętrzach. Aż chce się mieć wokół siebie te wszystkie kwiaty w obłędnych doniczkach. Motywacja do porządków zdecydowanie rośnie, więc jeśli Wasze kwiaty potrzebują reanimacji i odświeżenia, to nie każcie im dłużej czekać. Obejrzyjcie coś inspirującego i przystąpcie do dzieła.


Moje rośliny stoją już na swoich miejscach. Pracy było z ich reanimacją więcej, niż na to wskazuje powyższy opis, ale wierzcie mi, warto zaplanować sobie czas na to przedsięwzięcie. Kwiaty są niesamowitą ozdobą wnętrza, tym piękniejszą, im lepsza jest ich kondycja. 







A jak jest u Was? Lubicie kwiaty? Macie ich dużo w swoich domach? Podzielcie się, proszę, w komentarzach, swoimi doświadczeniami.

Do przeczytania!







Uważasz ten wpis za wartościowy? Udostępnij go, proszę:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger