Aranżacja ściany w salonie. Dekoracyjne DIY - zrób to sam.

zegar-w-stylu-loftowym

Na ścianie w salonie, tuż obok okna, wisi zegar. Prosty, metalowy, w loftowym stylu. Do niedawna wisiał tam sam, jak palec. Zawsze wiedziałam, że chcę zapewnić mu towarzystwo i tę ścianę zaaranżować jakoś oryginalnie, ale nie miałam pomysłu, jak. A raczej pomysłów miałam za dużo i nie wiedziałam, na co się zdecydować. W każdym razie chciałam, żeby coś obok tego zegara się działo. 

Nieustający sen o remoncie.

Tak już mam, że remont śni mi się nieustannie. Dzień i noc myślę, co by tu jeszcze zmienić, przearanżować, dostawić, przestawić, inaczej ułożyć. Nie da się jednak non stop remontować własnego mieszkania. Nie da się też zmieniać aranżacji tak często, jak bym chciała, bo zwyczajnie szkoda na to pieniędzy. Zresztą co potem robić z tymi rzeczami, które już do nowych pomysłów nie pasują? Na strych? No można, ale jednak to nie jest droga do minimalizmu, mojej niedoścignionej aspiracji. Chcąc się więc trzymać swoich zasad (nie kupować, łatwo sprzątać, nie posiadać zbędnych rzeczy itd.), nie pozostaje mi nic innego, jak wymyślać zmiany, które mało kosztują i nie powodują zagracenia przestrzeni. Chciałam jednak, żeby było efektownie, choć minimalistycznie, ale też prosto w wykonaniu. Myślałam najpierw o drewnianych kwietnikach, albo wąskich półkach, ale kwiatów już mam sporo, a na półkach stanęłoby coś, co trzeba wycierać z kurzu i tego chciałam uniknąć. Chciałam też, żeby to było coś, co można zrobić własnoręcznie. A raczej mężoręcznie. I, jak już podkreśliłam, bez wydawania milionów monet. I tak wymyśliłam, że dam temu samotnemu zegarowi  taką swoistą ramę. Oprawę, która będzie widoczna, ale zarazem niezbyt nachalnie rzucająca się w oczy. Lekko przestrzenna konstrukcja wydawała się spełniać wszystkie moje potrzeby w zakresie aranżacji minimalistyczno - estetycznej. 

Masz projekt? Narysuj mi.

Pomysł, który pojawia się w mojej głowie, widzę bardzo wyraźnie i ze wszystkimi szczegółami. Problem pojawia się, gdy trzeba przystąpić do działania, bo z głowy muszę pomysł przenieść na papier, a z niejakim zażenowaniem przyznaję, że kompletnie nie umiem rysować. Proste niby kreski, których narysowanie nawet dziecku nie sprawiłoby trudności, dla mnie są niewykonalne. I pomyśleć, że kiedyś chciałam zostać architektem wnętrz. Żałowałam, że nie uczyłam się w tym kierunku, studiów takich nie wybrałam. Ale przecież mogłam sobie wybrać, tylko, że bez umiejętności narysowania kilku prostych kresek i tak nikt by mnie tam nie przyjął. Dziś jest trochę łatwiej, bo wiele rzeczy za projektanta robi komputer, ale w czasach, gdy ja wchodziłam na rynek pracy, czy też kończyłam szkołę, żeby dostać się na jakikolwiek kierunek architektoniczny, trzeba było mieć teczkę z masą rysunków. Rozumiesz, twarze, martwe natury, budynki, zwierzęta... A ja, cóż, choć wiem, jak wszystkie te rzeczy wyglądają, narysować ich nie potrafię. Poza tym, w międzyczasie żałowałam także, że nie zostałam bibliotekarką, bo po prostu miałam wiele pomysłów, nie do końca czując, co tak naprawdę chcę robić. Zresztą, gdy ja kończyłam szkołę, w modzie było studiowanie wszelkiego rodzaju kierunków ekonomicznych, bo gospodarka kapitalistyczna się właśnie urodziła i wiadomo było, że to niemowlę będzie potrzebowało wielu wykształconych nianiek, żeby przetrwać. Ale to temat na inny post. 

Moje (męża?) dekoracyjne DIY.

Wracając do mojej ściany w salonie. Potrzebny mi jest projekt mojego DIY, szkic jedynie, nic skomplikowanego. Siadam więc, szkicuję, próbuję, nawet linijkę biorę do ręki, ale to na nic. Proporcje nie takie, to co narysowane nie jest z całą pewnością tym, co widzę w głowie. Trudno. Jeśli mam namówić męża do realizacji pomysłu na to moje wymyślone dekoracyjne DIY, jakoś te parę kresek nagryzmolić muszę. Resztę najwyżej opowiem mu obrazowo, używając kwiecistej mowy i wymachiwania rąk. Narysowałam więc, opowiedziałam, pokazałam, co chciałabym osiągnąć, licząc po cichu, że jego wyobraźnia nadąży za moją. I tak ściana została odmieniona. Potrzebne było kilka metrów listwy modelarskiej drewnianej, w naszym przypadku jest to półwałek. Listewki te zostały ścięte pod kątem i połączone klejem. Tak powstały dwie prostokątne ramy, które następnie mój mąż umieścił na ścianie. Jedną poziomo, drugą pionowo. Tworzą lekko przestrzenną konstrukcję, gdyż spodnia rama jest przyklejona bezpośrednio do ściany, a wierzchnia jest mocowana w czterech punktach do tej na spodzie. Całość jest pomalowana farbą, którą mamy na ścianie. Jestem tak zadowolona, że siedzę sobie na kanapie i wgapiam się w ten obramowany zegar, aż mnie oczy bolą. Co zrobić? Już dawno temu poddałam się swoim własnym dziwactwom, do czego i Ciebie zachęcam, drogi Czytelniku. Realizuj swoje pomysły z pasją, na jaką Cię stać. Warto się cieszyć z drobiazgów.


Do przeczytania!


zegar na ścianie

loft

loft

loft

loft
  




Uważasz ten wpis za inspirujący? Udostępnij go, proszę:

6 komentarzy:

  1. Bardzo fajnie wyszła Wam ta ramka :) Bardzo oryginalnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję. Jestem bardzo zadowolona z efektu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi się podoba! Och, ja mam tyle aranżacyjnych pomysłów, że boję się że mi ścian w domu nie starczy! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. No ja też :) Mąż mnie stopuje, więc tylko od czasu do czasu pozwalam sobie na jakąś realizację :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawa, warta skopiowania ramka! I ja mam mnóstwo pomysłów na domowe dekoracje, z wprowadzaniem ich w życie nie jest jednak ostatnio najlepiej...

    OdpowiedzUsuń
  6. Spokojnie. Na wszystko przychodzi czas. Dekorowanie domu to ma być przede wszystkim przyjemność. Dużo inspiracji Ci życzę, tyle, żebyś sama nie wiedziała, od czego zacząć :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger