Chcieć mało, chcieć mniej, chcieć jeszcze mniej. Czym jest rozsądne podejście do posiadania.

Chcieć mało, chcieć mniej, chcieć jeszcze mniej. Czym jest rozsądne podejście do posiadania.

posiadanie


Zastanawiam się czasami, skąd wziął się mój zachwyt nad minimalizmem. Całe moje życie przeczy tej idei. Zawsze raczej chciałam mieć więcej, niż mniej. Posiadanie było dla mnie celem. Nie potrafiłam oszczędzać, bo wydawałam większość pieniędzy na rzeczy, wydawałoby się, że potrzebne. Prędko okazywało się, że one potrzebne mi nie są. Byłam jednak przyzwyczajona do kupowania, więc kupowałam. Nie myślałam o tym, żeby chcieć mniej. Wręcz przeciwnie, wszystkiego chciałam mieć więcej. Zdecydowanie nie byłam materiałem na minimalistkę. 

Aż pewnego dnia gdzieś przeczytałam o minimalizmie i w jednej chwili poczułam ciężar posiadania. Tak, jakby wszystko, co zgromadziłam, ciuchy, kosmetyki, książki, pamiątki, wszystkie moje rzeczy usiadły mi na plecach. To zadziwiające, ale naprawdę czułam ciężar nadmiaru i zapragnęłam coś z nim zrobić. 


Nie wystarczy chcieć mniej.


W swoim zachwycie nad minimalizmem, od początku mylnie założyłam, że to będzie łatwe. Pozbędę się nadmiaru rzeczy i niemal z dnia na dzień stanę się dumną minimalistką. Jakoś nie pomyślałam, że samo chcenie, samo poczucie, by chcieć mniej, to za mało, żeby osiągnąć ten cel. Bo minimalizm to ciągła praca. Fizyczna, gdy pozbywasz się przedmiotów. I mentalna, gdy przekonujesz siebie, że nie potrzebujesz kolejnego cienia do powiek, bo do zużycia masz ich jeszcze co najmniej kilka. Minimalizm to ciągła walka z chęcią posiadania nowych rzeczy.

W ciągu ostatnich niespełna trzech lat dwa razy się przeprowadziłam. Każda przeprowadzka była związana ze świadomym pozbywaniem się rzeczy. Po pierwsze, bo już wiedziałam, czym jest minimalizm i zdecydowałam podążać w jego stronę. A po drugie, by mniej rzeczy trzeba było pakować. Przeprowadzka to doskonały czas na zmierzenie się ze swoim stanem posiadania. Jak na dłoni widać tę masę niepotrzebnych do niczego przedmiotów, które tylko zajmują miejsce. Moje przeprowadzki spowodowały, że mam zdecydowanie mniej. A i tak uważam, że wciąż mam za dużo. Chcę mieć jeszcze mniej, ale naprawdę niełatwo to osiągnąć. 


Minimalizm to droga na całe życie.


Paradoksalnie to, co wydaje się najtrudniejsze, czyli ta początkowa walka z zauważonym nadmiarem, to najłatwiejsza część całej układanki. Segregujesz, wyrzucasz, oddajesz, wywozisz i tyle. Fakt, napracujesz się fizycznie, ale efekty są szybko widoczne i to daje siłę do działania. Potem, niestety, już tak fajnie nie jest. 

Zaczynasz widzieć kolejne rzeczy, których nie używasz i myślisz sobie, że to się chyba nigdy nie skończy. Rozumiesz, że posiadanie nie powinno być celem życia, ale pewnych rzeczy nie potrafisz usunąć. Jak zostać minimalistką, skoro tak trudno pozbyć się przedmiotów. Z drugiej strony, żyjesz w świecie konsumpcjonizmu, reklam, kolorowych witryn. Piękne przedmioty aż krzyczą zewsząd, żeby je zabrać ze sobą do domu. Wracasz z zakupów i nieustannie myślisz o rzeczach, które mogłyby się przydać w domu. Ja wciąż od nowa muszę przekonywać samą siebie, że przedmioty, które widziałam w sklepie, wcale nie są mi potrzebne. Bo, albo już mam podobne, albo zwyczajnie nie mam na nie miejsca. Jak dojść do punktu, w którym idąc do sklepu, nie pomyślę o kolejnej nowej rzeczy?

I tak zmagam się z tym minimalizmem, który wciąż mnie zachwyca, który innym pomaga, zmienia ich stan posiadania, uprzyjemnia życie, a mnie trochę frustruje. Pocieszam się jednak, że jeszcze bardziej frustruje mnie nadmiar, dlatego wciąż wymyślam nowe sposoby na to, jak chcieć mniej. 







Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję! 
Codzienne zakupy pod kontrolą. 2 przydatne aplikacje na telefon, bez których nie umiem żyć.

Codzienne zakupy pod kontrolą. 2 przydatne aplikacje na telefon, bez których nie umiem żyć.

przydatne-aplikacje-na-telefon


Do tego, że smartfon może być moim centrum dowodzenia światem, wciąż się przyzwyczajam. Staram się wykorzystywać coraz więcej pomocnych funkcji. Zaczęłam nawet robić w nim swoje notatki i ze zdziwieniem odkrywam, że mój kalendarz papierowy jest coraz mniej zapisany. Oczywiście korzystam z niego, bo lubię, jestem pod tym względem trochę staroświecka. Jednak pewne sprawy przeniosłam do smartfona i niezwykle ułatwia mi to życie. Odkryłam niedawno dwie przydatne aplikacje na telefon, które pomagają mi ogarnąć zakupy codzienne. Dwie rzeczy są bowiem dla mnie istotne. Lista zakupów, bez której nie umiem żyć. I paragony, których przechowywanie przysparzało mi zawsze sporo irytacji. Tak na marginesie, gdyby paragony, które dotychczas nosiłam w portfelu były wyznacznikiem bogactwa, to byłabym w pierwszej dziesiątce na liście Forbesa. 



Lista zakupów, czyli zakupy pod kontrolą totalną.


Długo szukałam sposobu na ogarnianie zakupów codziennych w taki sposób, żeby zawsze mieć w lodówce potrzebne rzeczy, ale nie zaprzątać sobie zbytnio głowy zakupami. Podstawą jest dla mnie porządna lista, pozwalająca utrzymać zakupy codzienne pod kontrolą. Bez względu na to, czy kupuję w sklepie stacjonarnym, czy online, lista zakupów jest dla mnie niezbędna. Pozwala mi nie tylko mieć kontrolę nad tym, co kupuję, ale też wspomaga zarządzanie finansami domowymi. Z dokładną listą nie kupuję rzeczy niepotrzebnych. Takie zakupy to też mniej żywności, która może się potencjalnie zmarnować z powodu niewykorzystania. Przez wiele lat listę zakupów robiłam po prostu na kartce. Czasami w komputerze i potem drukowałam. Robiłabym tak dalej, gdyby nie ten świat internetowy, który wkracza do naszego życia, nie pytając nikogo o zdanie. Trudno się oprzeć ewidentnym zaletom pomocnych aplikacji, które dziś mamy już nie tylko w komputerze, ale też w smartfonie. Ależ zdziwiłby się mój dziadek, gdyby zobaczył, że robię zdjęcia telefonem i rozmawiam przez aparat. Tak to jednak wygląda. Wszystko w jednym urządzeniu, aplikacje na telefon, które czynią go jeszcze bardziej wygodnym i przydatnym, po prostu centrum dowodzenia życiem.

Przechodząc do rzeczy. Moja lista zakupów znajduje się dziś nie na skrawku kartki, wyrwanej pośpiesznie z zeszytu syna (tylko ze środka, wtedy nic nie widać), ale w aplikacji Listonic. Wymyślił ją, według mnie, geniusz. A może tylko ktoś, kto, jak ja, miał potrzebę, by mieć zakupy pod kontrolą. Listonic to współdzielona lista zakupowa, do której możesz mieć dostęp razem z osobami, które wybierzesz. Tworzycie swoją listę zakupową razem, np. z mężem, dziećmi, współlokatorami. I zakupy codzienne przestają być Waszą zmorą. W lodówce będzie i piwo i masło, w zależności od preferencji, a w chlebaku zawsze świeży chleb. Każda osoba może bowiem dopisać do listy produkty, których potrzebuje. Lista zakupów jest aktualizowana na wszystkich urządzeniach i u wszystkich użytkowników. Nieoceniona pomoc w robieniu zakupów codziennych.


Lekki portfel bez paragonów. Zakupy codzienne jeszcze przyjemniejsze.


Nadmiar paragonów to była dla mnie wyjątkowa zmora. Nigdy nie potrafiłam poradzić sobie z masą tych świstków, namacalnych dowodów na to, że wydaję pieniądze. I co z tego, że mój portfel był najcięższą rzeczą, jaką noszę w torebce, skoro, gdy konkretny paragon był mi potrzebny, np. do reklamacji, to i tak nie potrafiłam go znaleźć. W jakiś czarodziejski sposób znikał i już. Paragon to wyjątkowo upierdliwa rzecz. Obecny w nadmiarze, po chwili wyblakły, w ogóle trudny do odczytania dla kogoś, komu wzrok już płata figle z racji wieku. A powinien być przecież pomocny w kontrolowaniu zakupów i finansów. 

I tu przychodzą z pomocą kolejne genialne aplikacje na telefon, z których ja wybrałam jedną o nazwie Pan Paragon. Urocza, prawda? Pan Paragon zbiera za mnie wszystkie moje paragony, pod warunkiem, że zapamiętam, by zrobić im zdjęcia. Raz wrzucone do aplikacji i opisane zostają tam na zawsze. A w każdym razie do najbliższej zmiany smartfona, bo ja mam zdolność gubienia rożnych potrzebnych rzeczy w takiej właśnie chwili. Ale to kwestia niskich kompetencji cyfrowych, jak sądzę. 

Paragony cyfrowe przydają się do tego, by mieć zakupy pod kontrolą, ale też, gdy potrzebujemy zareklamować jakiś produkt. Pomagają panować nad domowym budżetem i wydatkami. No i w końcu mogę mieć porządek w portfelu. Nasuwa mi się nawet taki wniosek, że skoro dotychczas portfel służył mi głównie do przechowywania paragonów, to może wcale nie jest mi już potrzebny.

Aplikacja jest łatwa w użyciu, nawet dla tak niekompetentnej osoby, jak ja. Robię zdjęcie, a Pan Paragon sam odczytuje zawarte w nim informacje: nazwę sklepu, datę zakupów i zapłaconą kwotę. W tej genialnej aplikacji na telefon można też przechowywać karty lojalnościowe do poszczególnych sklepów, ale tego jeszcze nie obczaiłam.

I tak, dzięki dwóm przydatnym aplikacjom, łatwiej mi się żyje. Mam pod kontrolą moje zakupy codzienne oraz pusty portfel. Uczucie ulgi - bezcenne. 

Do przeczytania!





Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję! 


Pielęgnacja skóry wrażliwej bez kompromisów. Rumień na twarzy i inne atrakcje.

Pielęgnacja skóry wrażliwej bez kompromisów. Rumień na twarzy i inne atrakcje.


skora-naczynkowa


Pielęgnacja skóry twarzy zawsze była dla mnie priorytetem, ale też nie lada wyzwaniem. Moja cera jest wrażliwa, a skóra naczynkowa. Na dokładkę sucha skóra twarzy powoduje nieprzyjemne uczucie ściągnięcia i pieczenia. Nie mam łatwo. Pielęgnacja cery naczynkowej wymaga zabiegów dostosowanych do jej kondycji, a rumień na twarzy, pojawiający się w momentach zdenerwowania, czy po prostu przy cieplejszej pogodzie, bardzo utrudnia życie. Mój rumień, po kilku latach bycia rumieniem, zamienia się powoli w trądzik różowaty. Wzmaga zaczerwienienie i wymaga jeszcze bardziej specjalistycznej pielęgnacji skóry twarzy. A, gdy się nasila, wygląda, mówiąc krótko, niezbyt estetycznie.   

Sucha skóra twarzy. Jak nawilżyć cerę i czy to jest w ogóle możliwe. 


Czasami skóra mojej twarzy robi się tak mocno wysuszona, że odnoszę wrażenie, że już nigdy nie zdołam jej dostatecznie nawilżyć. Cera wrażliwa i jednocześnie naczynkowa jest cienka i nie posiada dobrej bariery ochronnej. Wszystko może jej szkodzić. Chłód, gorąco, lampka wina, ostre przyprawy. Ale jak tu unikać wina? Przecież to i niezdrowo, i nieprzyjemnie. 

Pielęgnacja skóry, szczególnie tak wymagającej, jak moja, musi opierać się na porządnym nawilżaniu. Już samo zadbanie o dostateczny poziom nawilżenia naskórka, powoduje, że cera wrażliwa lepiej radzi sobie z pozostałymi problemami, jak rumień na twarzy, czy rozszerzone naczynka. O nawilżenie jednak jest dość trudno, bo taka cera z problemami wyłapuje z kremów najpierw to, co może jej zaszkodzić, a dopiero potem ewentualnie dobre składniki. Dlatego bardzo ważne jest, aby w pierwszej kolejności zadbać o naczynka i leczyć trądzik różowaty. Dopiero na wyleczonej skórze krem będzie mógł wykonać swoje zadanie, czyli będzie mógł zaradzić niedostatecznemu nawilżeniu. 

Od pewnego czasu używam tylko i wyłącznie kremów do skóry atopowej, kupionych w aptece. I dopiero te kremy radzą sobie z nawilżeniem i nie powodują, że zaczerwienienia się powiększają. Tak modne obecnie kremy z naturalnym składem, niestety więcej szkodzą mojej cerze, niż pomagają. Nie znalazłam takiego, który by nie powodował zaczerwienienia. Wiele jest narzekań na skład kremów aptecznych, że nienaturalne, pełne chemii itp. jednak moja skóra naczynkowa i sucha tylko na takie kremy się godzi. Te z naturalnym składem odrzuca.

Aby uzyskać zadowalające nawilżenie skóry twarzy, wieczorem nakładam podwójną dawkę kremu. Pierwszą warstwę wklepuję delikatnie w skórę, a kolejną pozostawiam, aż krem sam się wchłonie. Jest to taka swoista postać maseczki nawilżającej, ponieważ maseczek generalnie używać nie mogę. Po nałożeniu maseczki moja cera wrażliwa jest zawsze mocno podrażniona. Nie znalazłam jeszcze takiej, która nie miałaby zbyt silnego dla mnie działania. Choćby nie wiem z jakiej firmy była i za jakie pieniądze, nie pomaga, a więcej szkodzi. 

Taka maska z grubej warstwy kremu powoduje, że moja sucha skóra twarzy szybko poprawia swoją kondycję, a rumień na twarzy zostaje złagodzony. Na dzień nakładam normalną porcję kremu, chyba, że muszę dodatkowo nałożyć ochronę przeciwsłoneczną. Wtedy na krem nakładam dodatkowo krem z filtrem.  


Gdy pojawia się trądzik różowaty. Leczenie pod okiem specjalisty.


Kilka miesięcy temu pielęgnacja skóry zaczęła sprawiać mi takie kłopoty, z którymi sama już nie umiałam sobie poradzić. Zaczerwienienie nie znikało, suchość tylko się wzmagała i zauważyłam, że pojawia się trądzik różowaty. Wybrałam się więc do dermatologa, bo rady w stylu "używaj kremów z naturalnym składem" kompletnie nie działały. A właściwie to dawały efekt zupełnie odwrotny do oczekiwanego. Lekarz tylko potwierdził to, co już sama wiedziałam. Cera wrażliwa, skóra naczynkowa, z tendencją do tego, by pojawiał się rumień na twarzy. No i zapoczątkowany trądzik różowaty. Leczenie było konieczne. Otrzymałam krem Rozex, który, jak dowiedziałam się w aptece,  jest często przepisywanym specyfikiem na problemy podobne do moich. Miałam go stosować wieczorem, zamiast kremu. Jako krem do twarzy lekarz zalecił mi stosowanie jednego z dermokosmetyków dostępnych w aptece. Wybrałam Cetaphil w postaci emulsji i rozpoczęłam zaleconą kurację. Okazało się, że poszukałam pomocy dermatologa w momencie, gdy moja skóra jeszcze nie była w bardzo złej kondycji. Po tygodniu stosowania się do zaleceń zauważyłam poprawę. Rumień na twarzy zaczął blednąć, trądzik różowaty cofnął się, a skóra twarzy zaczęła przyjmować nawilżenie płynące z emulsji. Rozex nakładałam jeszcze kolejny tydzień, a potem odstawiłam. Obecnie emulsja Cetaphil jest moim podstawowym kosmetykiem nawilżającym. Łagodzi podrażnienia, trądzik różowaty nie wraca, a ja proces nawilżenia podkręcam jeszcze tak, jak napisałam. Nakładam więcej kremu.  

Jeżeli zauważasz u siebie problemy ze skórą twarzy, którym nie może zaradzić odpowiednia pielęgnacja, nie wahaj się. Udaj się do specjalisty i poddaj leczeniu. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, specyfik z apteki, przepisany przez lekarza nie może Ci zaszkodzić. Będziesz go używać tylko przez czas konieczny do tego, aby Twoja skóra twarzy odzyskała komfort i zdolność radzenia sobie z czynnikami zewnętrznymi. Potem powinno wystarczyć nawilżenie i dostosowana do stanu skóry, delikatna pielęgnacja.
   

 

Czego nie lubi moja skóra naczynkowa. Kremy, kosmetyki i inne specyfiki.



Przekonałam się, że pielęgnacja skóry w wydaniu naturalnym może mi bardziej szkodzić, niż pomagać. Duże stężenie składników naturalnych jest zbyt silne dla mojej skóry naczynkowej i powoduje, że wzmaga się rumień na twarzy. Cera nie przestaje się czerwienić i jest widocznie podrażniona. Przestałam więc próbować wciąż nowych kosmetyków z naturalnym składem, bo już i tak wydałam dużo pieniędzy na preparaty, których w efekcie nie mogę stosować. Używam tylko kremów z apteki i widzę zdecydowaną poprawę.

Po leczeniu mojej cery wrażliwej pod okiem dermatologa, bardzo się staram i ostrożnie dobieram zarówno pielęgnację, jak i kosmetyki do makijażu. Generalnie ograniczam ilość produktów do niezbędnego minimum i widzę, że moja sucha skóra twarzy jest mi za to wdzięczna. Gdy bardzo dbam o odpowiednią pielęgnację, rumień na twarzy pojawia się sporadycznie, a moja cera naczynkowa jest mocniejsza. Bariera ochronna wytwarza się sama i skóra może się bronić przed czynnikami zewnętrznymi. Mam wrażenie, że trochę bardziej się polubiłyśmy, ja i moja sucha skóra twarzy. 

W tej chwili używam dwóch kremów do twarzy. Wspomniany już Cetaphil pod postacią delikatnej, ale bardzo silnie nawilżającej emulsji oraz krem ochronny marki Iwostin z faktorem 50, który chroni moją cerę wrażliwą przed słońcem. Podczas pielęgnacji skóry nigdy nie nakładam jednak tego kremu samodzielnie. Najpierw aplikuję Cetaphil, a dopiero po chwili warstwę Iwostinu. Mam wrażenie, że Cetaphil działa bardzo mocno ochronnie, nie pozwalając innym preparatom na powodowanie podrażnień.

Demakijaż twarzy jest równie ważny, co stosowanie odpowiednich kremów. Dlatego przykładam do niego dużą uwagę i nie odpuszczam, chociaż niejednokrotnie wieczorem jestem zmęczona i nic mi się już nie chce. Do oczyszczania twarzy rano i wieczorem używam balsamu myjącego SVR Topialyse do cery atopowej. Nigdy nie miałam lepszego kosmetyku do tego celu. Moja sucha skóra twarzy go uwielbia. Mam już kolejne opakowanie i chyba będę mu wierna do końca świata. Wrażliwcy mogą nim myć całe ciało. Ja stosuję tylko do oczyszczania oczu i twarzy, więc wystarcza mi na bardzo długo.

O dziwo, nie szkodzi mi opłukiwanie twarzy wodą z kranu. Większe szkody powoduje zmywanie balsamu z twarzy przy pomocy wacików. Moja cera wrażliwa jest wtedy podrażniona od samego ich dotyku. Nanoszę więc delikatnie balsam myjący na całą twarz i oczy, delikatnie masuję i spłukuję wodą. Niezwykle to wygodne i szybkie.

Mój makijaż jest obecnie bardzo oszczędny. Całe szczęście, że nastała moda na tzw. no make up. Naturalny wygląd bez stosowania nadmiaru kosmetyków, stonowane kolory, brak efektu maski. Moja sucha skóra twarzy nigdy nie lubiła nadmiaru, ale ja kiedyś starałam się podążać za modą i malując się mocno, robiłam jej krzywdę. Dziś używam niewielkiej ilości podkładu i odrobiny pudru mineralnego. Mój ulubiony podkład, który nie wyrządza mi krzywdy to Max Factor Facefinity. Możnaby pomyśleć, że to nie jest kosmetyk dla cery tak wymagającej, jak moja. Jednak nie powoduje on u mnie żadnych podrażnień i mam wrażenie, jakby go w ogóle nie było. Rozprowadzam produkt palcami i delikatnie wklepuję. Nie używam żadnych gąbek, bo mam wrażenie, że palcami bardziej kontroluję nacisk na skórę i zbytnio jej nie podrażniam. Nawet taki z pozoru drobiazg ma znaczenie w pielęgnacji cery wrażliwej. Puder mineralny jest marki Lorigine.Używam go w bardzo małej ilości. Delikatnie omiatam twarz pędzlem, ledwo ją dotykając. Uważam ten puder za świetny kosmetyk. Jest niewidoczny, a jednak delikatnie przysłania to, co skóra naczynkowa chce ukryć. Taki makijaż daje bardzo naturalny efekt.

W mojej łazience jest miejsce także dla jednego mocniejszego kremu, który nakładam na szyję i dekolt. Na szczęście, poza skórą twarzy, nie zaobserwowałam u siebie żadnych uczuleń i nietolerancji, więc mogę silniejszy krem stosować w miejscach, które szybko się starzeją i wymagają zdecydowanych kosmetyków. Mam też specjalny krem pod oczy, ale stosuję go w bardzo małej ilości, żeby uniknąć ewentualnych podrażnień skóry w okolicach policzków, gdzie szaleją moje rozszerzone naczynka.

Ciekawa jestem, czy też masz doświadczenia z ekstremalnie suchą skórą twarzy, albo takimi niechcianymi towarzyszami jak trądzik różowaty, rumień na twarzy, czy rozszerzone naczynka. Daj mi znać, jak sobie radzisz z takim wyzwaniem, jakim jest pielęgnacja skóry o tak specyficznych skłonnościach. 

sucha-skora-twarzy


Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję! 
Kultura i rozrywka bez wychodzenia z domu, czyli garść wartościowych inspiracji kulturalnych.

Kultura i rozrywka bez wychodzenia z domu, czyli garść wartościowych inspiracji kulturalnych.

kulturalne-media


Odkąd zamieniłam mieszkanie w bloku na dom poza miastem, coraz mniej ciągnie mnie do wielkiego świata. Ogromną przyjemność sprawia mi moje życie w rytmie slow, bliskość miejsca pracy, brak konieczności długiego dojeżdżania, stania w korkach. Nic, a nic nie tęsknię za miejscem, w którym się urodziłam, wychowałam i przeżyłam ponad 40 lat. To pokazuje, jak bardzo byłam zmęczona pędem życia w mieście. Nie zamknęłam tych drzwi za sobą na klucz, jeśli zatęsknię - pojadę, ale w tej chwili nie czuję takiej potrzeby. Wciąż jednak mam potrzebę rozwijania pasji, a kultura i rozrywka, które są dla mnie synonimem kina, czytelnictwa i muzyki, do moich pasji przecież należą. Zamieniłam częste wizyty w kinie na dostęp do filmów online bez limitu. Szperanie w księgarniach w poszukiwaniu ulubionych płyt i książek, zastąpiłam dostępem do wirtualnej muzyki całego świata i czytnikiem ebooków. Wprowadziłam kulturalne media do mojego domu i korzystam z nich kiedy chcę, a nie jedynie wtedy, gdy mam czas i ochotę gdzieś pojechać. 


Kulturalne media w moim domu.


To, że nie mam ochoty wybrać się w tłum, nie oznacza, że chcę rezygnować z atrakcji kulturalnych, które są mi potrzebne do życia, jak powietrze. Chcę być na bieżąco ze światem wydawniczym, filmowym i muzycznym. I nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że wszystko to mam w Internecie. Cała kultura i rozrywka świata jest dziś w mediach internetowych. Być może na co dzień nie zastawiasz się zbytnio nad tym, ale Internet to potęga. Jeszcze do niedawna trzeba było pokonać spory kawałek drogi i poświęcić mnóstwo czasu, żeby móc doświadczyć atrakcji kulturalnych. Dziś wystarczy dostęp do komputera i wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Nawet długość kabla nikogo już nie ogranicza. Taka magia wi-fi. Korzystam z kulturalnych mediów internetowych non stop. Słucham muzyki, oglądam filmy i seriale, czytam książki w postaci elektronicznej. Posmakowałam dostępu online do kultury i rozrywki i już nie umiem z tego zrezygnować.

   

Filmy online bez limitu. Oglądam kiedy chcę i to, na co mam ochotę.


Dacie wiarę, że nie mam w domu kablówki? Jakiś czas temu stwierdziłam, że telewizja to nie jest to, na co chcę poświęcać mój czas. Mam wrażenie, że dziś telewizja przegrywa z Internetem, bo ma zbyt mało do zaoferowania. A jeśli potrzebuję TV, to podstawowe kanały są ogólnodostępne i można je  mieć bez płacenia innym operatorom. W zamian za to, inwestuję kasę w abonament Netflixa i HBO Go i mam dostęp do filmów bez limitu kiedy chcę. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mieć i kablówkę i inne media online, ale czy wystarczy czasu, żeby ze wszystkiego korzystać? Wątpię. Duży, a nawet nieograniczony wybór, nie zawsze oznacza większe możliwości. 

Ja swoją przygodę z Netflixem rozpoczęłam kilka lat temu od serialu Broadchurch. Od razu stwierdziłam, że taka forma kina bardzo mi odpowiada i do dziś wolę seriale od filmów pełnometrażowych. Wkręcam się na maksa i lubię oczekiwanie na kolejny odcinek. Jeśli potrzebujesz inspiracji, polecam Ci na Netflixie seriale Żona idealna, Gypsy, czy Designeted Survivor. Każdy trochę inny gatunkowo, ale z dobrą obsadą i ciekawy. Zachwyciła mnie też seria filmów dokumentalnych z Morganem Freemanem. Na czele z "W poszukiwaniu Boga z Morganem Freemanem" i "W poszukiwaniu prawdy o ludziach z Morganem Freemanem". Oczywiście filmów pełnometrażowych także jet na Netflixie mnóstwo i wciąż pojawiają się nowe. Kultura i rozrywka, z której nie potrafię już nie korzystać. A wszystko to dostępne z własnej kanapy, bez konieczności codziennej wizyty w kinie.

Od niedawna mam też dostęp do HBO Go i tutaj koniecznie muszę polecić Ci film "Czarnobyl". Dużo już zostało o nim powiedziane i napisane. Zachwytom nie ma końca. We mnie ten film wywołał niesamowite emocje i był powrotem do czasów, w których dorastałam. W momencie katastrofy w Czarnobylu miałam kilkanaście lat i doskonale pamiętam atmosferę niepewności, strachu, niewiedzy, niewiary w doniesienia mediów. Dopiero otrząsnęliśmy się ze stanu wojennego, a już nadeszło kolejne zagrożenie. Film fantastycznie pokazuje machinę napędzającą politykę naszych wschodnich sąsiadów. Jest do bólu prawdziwy i mam nadzieję, że stanowi ostrzeżenie dla wybujałych aspiracji człowieka. Jeśli tylko masz możliwość, koniecznie obejrzyj. 

Teraz moje wieczory wypełniają "Wielkie kłamstewka", serial z doskonałą rolą Nicole Kidman, którą uwielbiam oraz Reese Witherspoon, do której coraz bardziej się przekonuję. Następne będą "Opowieści podręcznej", a potem ... Potem, to się zobaczy. Możliwości oglądania filmów online bez limitu są nieograniczone. A dla mnie wieczór z filmem i lampką wina lub ulubionym mojito, to najlepsze zakończenie dnia.

 

 Muzyka świata w jednym miejscu.


Moim osobistym kulturalnym odkryciem Ameryki było uzyskanie dostępu do Spotify. W jednej chwili zachwyciłam się faktem, że cała muzyka świata może zostać odtworzona za pomocą kilku kliknięć. To co kiedyś musiałam mieć zgromadzone na pólkach z płytami, teraz mam w smartfonie. Mogę słuchać czego chcę, gdzie i kiedy chcę. Jestem troszkę starej daty, dlatego nieustannie zachwycam się możliwościami, jakie oferuje mi dzisiejszy świat. Kulturalne media online zastępują mi wszystko, co dotychczas uważałam za niezbędne, by kulturalnie się rozwijać. Doszło nawet do tego, że zaczynam rozważać sprzedaż części mojej kolekcji płyt CD, która jeszcze do niedawna była moją wielką dumą. Skoro jednak mam muzykę, o jakiej zamarzę, dostępną w każdej chwili, szkoda mi miejsca na płyty. No i dla leniwca, jakim jestem, trochę kurzu mniej w domu to argument nie do obalenia. 

Muzyka jest moim balsamem dla duszy. To taka esencja kultury i rozrywki. A muzyka świata w jednym miejscu to dla mnie cudowne rozwiązanie. Niemal bez przerwy słucham Susan Wong i Viktorii Tolstoy, a gdy mam ochotę na klasykę, to włączam sobie interpretacje Rafała Blechacza. Gdybym była fanką metalu, albo, dajmy na to disco polo, także nie miałabym skrupułów w słuchaniu tego, co ulubione. A wszystko to dwoma kliknięciami, bez konieczności zmieniania płyty w odtwarzaczu. I mam nie tylko ulubione filmy online bez limitu, ale także nieograniczony dostęp do muzyki, którą lubię. Jestem zachwycona!


Ebooki zamiast książek drukowanych? Ja w to wchodzę.


Nie wyobrażam sobie rozwoju kulturalnego bez śledzenia nowości wydawniczych na rynku książki. Z moich inspiracji możesz korzystać, śledząc na blogu cykl "Czwartkowa czytelnia". Dzielę się w nim krótkimi recenzjami książek, które mi się podobały i namawiam do częstego sięgania po ciekawą lekturę. 

Uwielbiam czytać i książki towarzyszą mi zawsze i wszędzie. Dlatego potrzebuję dużej torby, w której książka musi mieć swoje miejsce. Książkę, albo czytnik, który coraz częściej zastępuje mi pozycje drukowane, mam zawsze przy sobie. Ograniczam posiadanie i kupowanie rzeczy, także kupowanie książek. Pozbywam się również tych, których już nie potrzebuję, o czym pisałam w tym miejscu. Gdy mam ochotę na wersję drukowaną, lecę do biblioteki. Coraz częściej korzystam jednak z księgarni internetowych, oferujących ebooki. I znów - wystarczy kilka kliknięć, by wejść w posiadanie najnowszych pozycji, bez konieczności udawania się do sklepu. Jedno urządzenie, jakim jest czytnik, gromadzi więcej książek, niż ustawiłabym w swojej biblioteczce. I podobnie, jak przy płytach, ma to tę zaletę, że nic się nie kurzy.

Dzisiaj, tak, jak w przypadku całej muzyki świata, zamkniętej w jednej aplikacji, wszystkie książki są już dostępne w postaci ebooków. Do moich ulubionych księgarni wirtualnych należą Woblink, Virtualo i Publio. Ale możliwości są dużo większe. Dostęp do książek w wersji elektronicznej jest właściwie nieograniczony. Szukam pozycji w najlepszej oferowanej cenie i taką kupuję. Ile musiałabym przejść księgarni, żeby porównać ceny książki, której szukam? Internet znów wygrywa. 

Oczywiście tak, jak z każdym kupowaniem, pilnuję, żeby nie wpaść w pułapkę nadmiaru. Czytnik wypełniony książkami, których nigdy nie zdążę przeczytać, to nie to, o co mi chodzi. Staram się kupować ebooki z umiarem i w miarę potrzeb. Obecnie na moim czytniku gości kryminał "Siostry" Bernarda Miniera. Jeśli okaże się wart polecenia, na pewno się o tym dowiesz.
 

Moje domowe, kulturalne media dają mi tak wiele radości, że nie mogłam się tym z Tobą nie podzielić. Zapewne znasz wszystkie sposoby dostępu do kultury i rozrywki, jakie dziś wymieniłam. A może jednak coś Cię zainspiruje do zmiany nawyków, albo spróbowania czegoś nowego. Baw się dobrze i rozwijaj kulturalnie. Możliwości są nieograniczone.


Tymczasem do przeczytania!



 




Jeśli wpis Ci się podobał, udostępnij dalej. Dziękuję!
Jak kupować ubrania dobrej jakości. Odpowiedni skład tkaniny to podstawa.

Jak kupować ubrania dobrej jakości. Odpowiedni skład tkaniny to podstawa.




Popularne, sieciowe marki odzieżowe stawiają na ilość, a nie na jakość ubrań. Polują na klienta nachalną reklamą i częstymi obniżkami cen. Jeśli zechcesz utożsamiać się z tak kreowaną modą, Twoja szafa będzie pełna elektryzujących się, nieoddychających i mało komfortowych w noszeniu ubrań z akrylu i poliestru. Twoje ciuchy po każdym praniu będą wyglądały gorzej i zechcesz częściej robić zakupy, by mieć rzeczy nadające się do noszenia. A masowym producentom ubrań o to właśnie chodzi. Masz kupować dużo i często wymieniać garderobę, która szybko się niszczy. 


Ja już dość dawno temu zbuntowałam się przeciw tak pojmowanej modzie. Zmieniłam swoje podejście do kupowania ciuchów, gdy zrozumiałam, że tylko inwestując w ubrania dobrej jakości, moja garderoba będzie składała się z rzeczy, które zechcę nosić z przyjemnością. Bez codziennych frustracji o poranku, że nie mam w co się ubrać, choć moja szafa pęka w szwach.


Jakie powinno być ubranie dobrej jakości.


Czym przede wszystkim kierujesz się, kupując ubrania? Badania pokazują, że dla kupujących najważniejsza jest cena. Następnie kolor i fason, a potem wygoda. Natomiast to, z czego daną rzecz uszyto, jest na końcu listy priorytetów. Błąd! Uważam, że cena i skład materiału, z którego uszyte zostało ubranie, to podstawowe wartości, o których powinniśmy myśleć podczas zakupów. Cena, ponieważ nie warto wydawać wszystkich pieniędzy na ciuchy. A skład tkaniny, ponieważ tylko ubrania dobrej jakości mogą sprawić, że z przyjemnością będziemy je nosić.

Ubranie dobrej jakości, to ubranie uszyte z dobrego materiału. Najlepiej naturalnego, o właściwościach przepuszczających powietrze, niegniotącego się, odpornego na zmechacenia i zniszczenie. To także ubranie starannie uszyte, o gładkich, mocnych szwach, estetycznie wykończone. W sklepie zawsze zwracam baczną uwagę na kształt szwów i rodzaj nici, których użyto do szycia. Ostre, sztuczne nici oznaczają, że dana rzecz wraca na wieszak sklepowy. Nie ma dla niej miejsca w mojej szafie.


Zwróć uwagę na skład tkaniny.


Przede wszystkim sprawdź, co jest napisane na metce. Producent zamieszcza tam skład surowcowy tkaniny i to jest podstawowa informacja, poza ceną, jaka powinna Cię interesować. Jakość materiału, z którego uszyte jest ubranie, zależy głównie od jakości włókien użytych do jego produkcji. Liczą się też gęstość splotu, a także uszlachetnienia, jakim materiał jest poddawany na końcowym etapie produkcji. Nie do wszystkich tych informacji producent da nam dostęp, ale skład na metce umieścić po prostu musi. Od razu więc wiadomo, czy mamy do czynienia z czystym poliestrem (ten wraca na wieszak sklepowy, choćby rzecz była nie wiem jak piękna), czy też z jakąś mieszanką włókien o bardziej szlachetnym składzie. 

Skład tkaniny w pigułce.


Najkrócej rzecz ujmując, mamy 3 kategorie włókien, z których powstają materiały, wykorzystywane do szycia ubrań.

1. Włókna czysto naturalne:
    • mogą być pochodzenia zwierzęcego i są to jedwab oraz wełny, z których najpopularniejsze to merynosowa, kaszmirowa, z alpaki i moher,
    • mogą być też pochodzenia roślinnego i są to bawełna oraz len.

2. Włókna pozyskiwane z surowców naturalnych:
    • wiskoza i jej pochodne: rayon i modal,
    • lyocel,
    • włókno bambusowe.

3. Włókna syntetyczne:
    • poliester i poliamid, 
    • akryl, 
    • elastan, lycra, spandeks, 
    • mokrofibra

O ile nie jesteś specjalistą ds. technologii odzieży, te podstawowe informacje o składzie tkanin powinny Ci wystarczyć. To wiedza, dzięki której możesz dokonać odpowiedzialnych zakupów i zaopatrzyć się w ubrania dobrej jakości, o szlachetnym składzie materiału. Firmy sprzedające ciuchy z poliestru nie będą z tego zadowolone, ale Twoja szafa zdecydowanie zyska. 

Z mojego doświadczenia wynika, że najlepiej nosi się rzeczy uszyte z naturalnych tkanin, jak wełna, bawełna oraz len, zawierających niewielką domieszkę włókien syntetycznych. Dodatek poliestru powoduje, że len, czy bawełna znacznie mniej się gniotą, a elastan wspaniale zachowuje kształt dżinsów na pupie. Musi to być jednak tylko dodatek, wartość od 5 do 20% jest w porządku. Ubrania o takim składzie mniej się mechacą, nie niszczą w praniu i są przyjemne dla skóry. 

Wiskoza i lyocel są w czołówce włókien, które bardzo lubię. Wolę koszulki z wiskozy od bawełnianych, a jeansy z bawełny i 42% lyocelu, kupione w Big Starze, należą do moich ulubionych. Noszę je bardzo często o każdej porze roku, a mają 4 lata. Za co kocham wiskozę, pisałam w tym poście.

Unikam tkanin syntetycznych, chyba, że są jedynie dodatkiem. To akurat zaleta, a nie wada materiału, jak już napisałam powyżej. 


Ubrania dobrej jakości nie muszą być drogie.


Warto szukać firm, produkujących ubrania dobrej jakości, o odpowiednim składzie tkaniny, w przystępnych cenach. Warto też szukać doskonałej jakości w second hendach. Bywają tam ciuchy za parę groszy nawet z metkami. Ja lubię poszperać czasami w ciucholandzie, ale rozumiem, że są osoby, które nie wyobrażają sobie noszenia używanych rzeczy. O ubraniach z drugiej ręki napiszę osobny post, bo to temat jednakowo ciekawy, co obszerny.

Jeśli kupuję swetry wełniane, to szukam tych o czystym składzie. Doskonałej jakości swetry z wełny merynosowej w przystępnych cenach ma w swojej ofercie firma Benetton. Mam dwa kardigany, kupione cztery, czy pięć lat temu, piorę je w pralce w programie do wełny i są nie do zdarcia. Wciąż wyglądają doskonale. Jeśli chodzi o swetry, to już od dawna nie idę na żadne kompromisy. Unikam akrylu, który kompletnie nie posiada właściwości grzejących i szybko traci pierwotny fason. Powyciągany i zmechacony sweter to nie jest to, na co chcę wydać pieniądze. Gdy postanowię zrobić sobie sweter na drutach, wełna, którą kupuję jest tylko naturalna. Merynos, albo alpaka to moi faworyci. 

Często zdarza się, że ubrania tzw. dobrych marek, o wysokich cenach, są kiepskiej jakości. I odwrotnie. To, co tańsze, może tę jakość zachowywać. Kupując koszulę, np. bawełnianą, przeprowadzam swój prywatny test jakości. Gniotę rękaw lub dół koszuli w dłoni i sprawdzam w jaki sposób materiał odzyskuje kształt. Jeśli pozostaje pognieciony, wiadomo, że koszula będzie na mnie wyglądała jak pomięta. Wyjątek stanowi len, bo on, czym bardziej pognieciony, tym szlachetniejszy. Wolę jednak len z dodatkami sztucznymi, albo chociaż mieszankę lnu z bawełną. Mniej się gniecie, łatwiej prasuje i lepiej wygląda.


Jestem ciekawa, czy myślisz o jakości ubrań, robiąc zakupy? Czy raczej wpadasz do Zary i łapiesz poliestrową marynarkę za kilkaset złotych? Ładną, nie powiem, ale czy jej jakość jest adekwatna do ceny przyklejonej na metce? 

Zostaw mi, proszę, w komentarzu krótką notkę na temat jakości kupowanych ubrań. Bardzo mnie to ciekawi. 







Jeśli wpis Ci się podobał, udostępnij dalej. Dziękuję!
Miesiąc w moim obiektywie. Czerwiec 2019.

Miesiąc w moim obiektywie. Czerwiec 2019.

czerwiec

Czerwiec. Kolejny miesiąc, który dobiegł końca, jest dla mnie powodem do refleksji na temat upływającego czasu. Im jestem starsza, tym częściej myślę o przemijaniu. Z biegiem lat robię się też coraz bardziej sentymentalna. Żal mi upływającego czasu i rzeczy, na które mi go nie wystarcza.

Chciałabym móc zatrzymać czas. A ponieważ to marzenie nierealne, jak z bajki, zatrzymuję czas w zdjęciach. Pstrykam i pstrykam, a potem daję upust moim tęsknotom za tym, co już było. Czyli siedzę i oglądam. Taki miesiąc, zatrzymany w obiektywie, to możliwość podjęcia kolejnych refleksji. Wracam do już minionych, czerwcowych chwil i cieszę się z tego, co mam. Widzę, jak bardzo jestem bogata, chociaż w portfelu, zamiast gotówki, wciąż same paragony. Ale to innego rodzaju bogactwo i to mnie bardzo cieszy. Doświadczenia i przeżycia. Ważniejsze od pieniędzy. Bezcenne. 

Układam dziś zdjęcia na blogu, jak w pamiętniku. Z tą tylko różnicą, że nie chowam ich wraz z pamiętnikiem do szuflady, ale pokazuję każdemu, kto chce mi towarzyszyć w ich oglądaniu. Jeśli i Ty masz ochotę zobaczyć, jak wygląda ten miniony czerwiec w moim obiektywie, zapraszam. Będzie mi bardzo miło. 

Czerwiec w moim obiektywie.



czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec


czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec

czerwiec


Jeśli wpis Ci się spodobał, będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz.

 

 

 

 

Możesz też udostępnić ten post dalej:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger