Chcieć mało, chcieć mniej, chcieć jeszcze mniej. Czym jest rozsądne podejście do posiadania.

posiadanie


Zastanawiam się czasami, skąd wziął się mój zachwyt nad minimalizmem. Całe moje życie przeczy tej idei. Zawsze raczej chciałam mieć więcej, niż mniej. Posiadanie było dla mnie celem. Nie potrafiłam oszczędzać, bo wydawałam większość pieniędzy na rzeczy, wydawałoby się, że potrzebne. Prędko okazywało się, że one potrzebne mi nie są. Byłam jednak przyzwyczajona do kupowania, więc kupowałam. Nie myślałam o tym, żeby chcieć mniej. Wręcz przeciwnie, wszystkiego chciałam mieć więcej. Zdecydowanie nie byłam materiałem na minimalistkę. 

Aż pewnego dnia gdzieś przeczytałam o minimalizmie i w jednej chwili poczułam ciężar posiadania. Tak, jakby wszystko, co zgromadziłam, ciuchy, kosmetyki, książki, pamiątki, wszystkie moje rzeczy usiadły mi na plecach. To zadziwiające, ale naprawdę czułam ciężar nadmiaru i zapragnęłam coś z nim zrobić. 


Nie wystarczy chcieć mniej.


W swoim zachwycie nad minimalizmem, od początku mylnie założyłam, że to będzie łatwe. Pozbędę się nadmiaru rzeczy i niemal z dnia na dzień stanę się dumną minimalistką. Jakoś nie pomyślałam, że samo chcenie, samo poczucie, by chcieć mniej, to za mało, żeby osiągnąć ten cel. Bo minimalizm to ciągła praca. Fizyczna, gdy pozbywasz się przedmiotów. I mentalna, gdy przekonujesz siebie, że nie potrzebujesz kolejnego cienia do powiek, bo do zużycia masz ich jeszcze co najmniej kilka. Minimalizm to ciągła walka z chęcią posiadania nowych rzeczy.

W ciągu ostatnich niespełna trzech lat dwa razy się przeprowadziłam. Każda przeprowadzka była związana ze świadomym pozbywaniem się rzeczy. Po pierwsze, bo już wiedziałam, czym jest minimalizm i zdecydowałam podążać w jego stronę. A po drugie, by mniej rzeczy trzeba było pakować. Przeprowadzka to doskonały czas na zmierzenie się ze swoim stanem posiadania. Jak na dłoni widać tę masę niepotrzebnych do niczego przedmiotów, które tylko zajmują miejsce. Moje przeprowadzki spowodowały, że mam zdecydowanie mniej. A i tak uważam, że wciąż mam za dużo. Chcę mieć jeszcze mniej, ale naprawdę niełatwo to osiągnąć. 


Minimalizm to droga na całe życie.


Paradoksalnie to, co wydaje się najtrudniejsze, czyli ta początkowa walka z zauważonym nadmiarem, to najłatwiejsza część całej układanki. Segregujesz, wyrzucasz, oddajesz, wywozisz i tyle. Fakt, napracujesz się fizycznie, ale efekty są szybko widoczne i to daje siłę do działania. Potem, niestety, już tak fajnie nie jest. 

Zaczynasz widzieć kolejne rzeczy, których nie używasz i myślisz sobie, że to się chyba nigdy nie skończy. Rozumiesz, że posiadanie nie powinno być celem życia, ale pewnych rzeczy nie potrafisz usunąć. Jak zostać minimalistką, skoro tak trudno pozbyć się przedmiotów. Z drugiej strony, żyjesz w świecie konsumpcjonizmu, reklam, kolorowych witryn. Piękne przedmioty aż krzyczą zewsząd, żeby je zabrać ze sobą do domu. Wracasz z zakupów i nieustannie myślisz o rzeczach, które mogłyby się przydać w domu. Ja wciąż od nowa muszę przekonywać samą siebie, że przedmioty, które widziałam w sklepie, wcale nie są mi potrzebne. Bo, albo już mam podobne, albo zwyczajnie nie mam na nie miejsca. Jak dojść do punktu, w którym idąc do sklepu, nie pomyślę o kolejnej nowej rzeczy?

I tak zmagam się z tym minimalizmem, który wciąż mnie zachwyca, który innym pomaga, zmienia ich stan posiadania, uprzyjemnia życie, a mnie trochę frustruje. Pocieszam się jednak, że jeszcze bardziej frustruje mnie nadmiar, dlatego wciąż wymyślam nowe sposoby na to, jak chcieć mniej. 







Jeśli uważasz wpis za wartościowy, udostępnij go dalej. Dziękuję! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger