Katarzyna Puzyńska. Motylek i reszta w czwartkowej czytelni.

Katarzyna Puzyńska. Motylek i reszta w czwartkowej czytelni.


Motylek

Tym razem czwartkowa czytelnia wpada na blog w piątek. :) Pochłonięta pracą, nie zdążyłam bowiem skończyć tego posta wczoraj. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. :)

A będzie o świetnej, moim zdaniem, serii kryminalnej polskiej autorki. Katarzyna Puzyńska to pani psycholog, pracująca niegdyś, jako nauczyciel akademicki. W pewnym momencie postanowiła porzucić to zajęcie i poświęcić się swojej pasji, którą jest pisanie. Powstała seria kryminalna, jakiej próżno szukać na polskim rynku wydawniczym, a Katarzyna Puzyńska odniosła niebywały sukces. Uwielbiam takie historie, gdy z pasji ludzie rzucają się na głęboką wodę i okazuje się to być najlepszą rzeczą, jaką zrobili w życiu. To bardzo inspirujące.   

Pierwsza książka z serii o policjantach z Lipowa, to jednocześnie debiut pisarski Katarzyny Puzyńskiej. Motylek, bo o nim mowa, dosłownie zawrócił mi w głowie. Chyba pierwszy raz natknęłam się na książkę polskiej autorki, z fabułą osadzoną w Polsce i z tym, co najbardziej lubię, czyli połączeniem warstwy kryminalnej, społecznej i obyczajowej w doskonałych proporcjach. Wyobraźcie sobie komisariat na jakiejś zapomnianej, polskiej wsi i tam policjantów oraz policjantki, którzy rozwiązują zagadki kryminalne, ale też każdy z nich jest swoistą zagadką. Ze swoimi słabościami, wadami, zaletami. I tak poznajemy ich po trochu i towarzyszymy im w pracy i życiu osobistym. Katarzyna Puzyńska kreśli bohaterów, takich, jak my, czy ona sama. Na przykład jedna z bohaterek serii, tak jak autorka, jeździ konno i uwielbia spacery z psem. 

Przeczytałam dotychczas pięć z dziesięciu książek z serii o policjantach z Lipowa. Dosłownie nie mogłam się od nich oderwać. Kończąc jedną, już myślałam o tym, co będzie działo się w następnej. Każda z książek jest tak skonstruowana, że można czytać ją, jak oddzielny kryminał, ale ja polecam zachować kolejność. Każda część dotyczy bowiem innej zagadki kryminalnej, ale losy stałych bohaterów, czyli policjantów i ich bliskich, toczą się w określonej kolejności. Warto im towarzyszyć, zachowując tę kolejność. 

Dotychczas przeczytałam:
"Motylek",
"Więcej czerwieni",
"Trzydziesta pierwsza",
"Z jednym wyjątkiem",
"Utopce".

Przede mną jeszcze:
"Łaskun",
"Dom czwarty",
"Czarne narcyzy",
"Nora",
"Rodzanice".


Autorka pracuje nad kolejną powieścią, już jedenastą częścią mojej ulubionej polskiej serii kryminalnej. Prawa do publikacji książek o policjantach z Lipowa, pióra Katarzyny Puzyńskiej, sprzedano do ponad dwudziestu krajów, a autorkę okrzyknięto polską Camillą Läckberg. Według mnie całkowicie słusznie. Jeśli  i Ty lubisz kryminały z wątkiem obyczajowym, czytaj! Myślę, że się nie zawiedziesz. 










Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Czy jedna bułka bezglutenowa może odmienić życie oraz relacja z niezwykłych warsztatów kulinarnych.

Czy jedna bułka bezglutenowa może odmienić życie oraz relacja z niezwykłych warsztatów kulinarnych.

bułka-bezglutenowa


Rozmawiając z ludźmi na temat zdrowia i zdrowego odżywiania, często słyszę następujący argument: "Moja babcia jadła dużo mięsa, smażyła na smalcu, a dożyła w dobrym zdrowiu sędziwego wieku". Przyznaję, że nieco bawią mnie stwierdzenia w stylu: "A kiedyś to było tak....", albo: "A kiedyś to nie było tego, albo tego i jakoś człowiek żył". Owszem, kiedyś nie było wielu rzeczy, które są teraz, bo na tym właśnie polega postęp, że świat się rozwija. Kiedyś nie było elektryczności i środków komunikacji, ale czy to oznacza, że nadal chcielibyśmy siedzieć wieczorem przy świecach, albo chodzić pieszo? Boimy się nowości, ponieważ nie mamy dostatecznej wiedzy, co to "nowe" nam przyniesie. Zaś to, co sprawdzone, wydaje się być najlepszym rozwiązaniem. Ale przecież życie wciąż się zmienia. Właściwie jedno, co jest pewne w życiu, to zmiany. Świat, jaki znamy z dzieciństwa, już nie istnieje i to może powiedzieć o sobie każde kolejne pokolenie. Dlaczego więc my, zamiast zmieniać się z nim, wolimy stać w miejscu i nie chcemy zmienić zdania na tematy, które takiej zmiany wymagają? 

Dzisiejsze jedzenie jest zupełnie innym jedzeniem, niż to, które spożywali nasi dziadkowie. Mięso jest pełne antybiotyków, albo sterydów, przez co jego jakość jest fatalna. Warzywa i owoce potrafią być naładowane pestycydami, a mąka pełna ulepszaczy smaku i spulchniaczy. Niezbędne stało się poszukiwanie produktów dobrej jakości, żeby dostarczyć swojemu organizmowi odpowiednich wartości odżywczych i nie narażać go na nietolerancje i alergie. Przerażające jest to, że ludzie czują się dziś coraz gorzej. Zapadają na choroby, z którymi lekarze nie potrafią sobie poradzić. Są notorycznie zmęczeni. To są fakty, wystarczy zastanowić się, czy sami czujemy się tak, jak byśmy chcieli? Czy ludzie z naszego otoczenia są pełni energii i zdrowi? Niestety nie, dlatego konieczna jest chwila refleksji, zastanowienia się nad tym, co jemy i jak to na nas wpływa oraz czego unikać, by bronić się przed skutkami spożywania niezdrowego jedzenia. 

Mnie osobiście temat wpływu tego, co jemy na stan naszego zdrowia i samopoczucia, niezwykle fascynuje. Wydaje się to takie proste. Jestem tym, co jem, więc jem zdrowo i jestem zdrowa. A w praktyce to najtrudniejsza rzecz na świecie. Bo jak jeść zdrowo, skoro jedzenie zdrowe wcale nie jest? 

Znam swój organizm dość dobrze i wiem, co mi służy, a czego jeść nie powinnam. Pisałam o tym między innymi w tym miejscu. Wciąż poszukuję nowych wegańskich przepisów, by gotować zdrowo i jeść mniej mięsa. Ale największym wyzwaniem wydaje mi się własnoręczny wypiek dobrego pieczywa bezglutenowego. Pieczywo uwielbiam. Potrafię upiec całkiem niezły chleb na własnym zakwasie, ale jednocześnie wiem, że pieczywo z glutenem zdecydowanie mi nie służy. Kiedy próbuję nie jeść chleba wcale, zawsze kończy się to tym, że po pewnym czasie rzucam się na pszenne wypieki, po których źle się czuję. Wzdęty brzuch i ogromne wyrzuty sumienia, to tylko niektóre efekty takiego zachowania. Dobrego chleba bezglutenowego potrzebuję więc, jak powietrza.   

W swoich poszukiwaniach sposobów na zdrowy styl odżywiania przemierzam sieci internetowe i trafiam na ludzi, którzy są już o kilka kroków przede mną. Od nich najbardziej lubię się uczyć. Oni inspirują mnie do zmiany nawyków żywieniowych, poszukiwania zdrowych produktów, eksperymentowania w kuchni. Jedną z takich osób jest Ewa, autorka bloga Misa mocy. Entuzjastka zdrowego stylu życia i zdrowych, wegańskich przepisów. Osoba, od której czerpię niezwykle dużo inspiracji. Przepisy Ewy są raczej proste w wykonaniu, niektóre z nich przedstawia na swoim kanale na You Tube, więc to już w ogóle łatwizna, bo jak zobaczysz, jak coś się robi, to jest z górki. Dla mnie jednak wciąż sprawą naprawdę trudną pozostaje upieczenie dobrego pieczywa bezglutenowego. Ewa wpada do kuchni, miesza mąki i drożdże, pięknie się przy tym uśmiechając, po czym wyjmuje z piekarnika wspaniały, mięsisty chleb bezglutenowy. Magia, która w mojej kuchni niestety nie chce się zadziać. 

Wybrałam się zatem na jeden z warsztatów kulinarnych prowadzonych przez Ewę i postanowiłam zgłębić niełatwy temat mąk bezglutenowych oraz sposobów na ich ujarzmienie. Był to warsztat śniadaniowy, na którym wraz z piętnastoma innymi poszukiwaczami zdrowia, upiekliśmy bezglutenowe chleby i bułeczki oraz przygotowaliśmy masę dodatków śniadaniowych. Zachwyciły mnie wegańskie przepisy na twarożki, pasta z marchewki i tofu, pesto pietruszkowo-orzechowe, pasta z pieczonego buraka, humus z białej fasoli, jaglane masło czosnkowe i mój hit: ciasteczkowe crumble z gorącymi owocami. Ten warsztat kulinarny to było spotkanie, jakiego się nie spodziewałam i emocje, jakich wcześniej nie doświadczyłam. Skondensowana dawka wiedzy, ale przede wszystkim cudowni ludzie oraz inspiracje, które zmieniły moje spojrzenie na gotowanie. Zakończyłam ten warsztat kulinarny z poczuciem, że ja też mogę gotować z pasją i, że to, co ugotuję, będzie nadawało się do jedzenia. W ogóle moje myślenie o kuchni roślinnej, obróciło się o 180 stopni. Zrozumiałam, że wiedza na temat gotowania, którą wyniosłam z domu, to coś, co w dzisiejszych czasach powinnam uznawać jedynie za podstawę do poruszania się w kuchni, zaś produkty, z jakich gotuję muszą się zmienić. Dla zdrowia mojego i mojej rodziny. To będzie oczywiście proces, nic nie wydarzy się natychmiast, ale jestem pełna takich inspiracji, które już teraz pozwalają mi zrobić wielki krok do przodu. 

Wyszłam z tego warsztatu kulinarnego z mięciutką bułką bezglutenową w kieszeni i spacerując po Warszawie, obracałam ją w dłoni, jak największy skarb. Wkrótce, może nawet już jutro, będzie powtórka z pieczenia bezglutenowych bułek w mojej własnej kuchni. Trzymaj za mnie kciuki!      


bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa

bułka-bezglutenowa






Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:
Jak stać się lepszą wersją siebie. I czy warto do tego dążyć.

Jak stać się lepszą wersją siebie. I czy warto do tego dążyć.



Dużą część życia poświęciłam na pielęgnowanie niezadowolenia z siebie. Można powiedzieć, że zęby na tym zjadłam i stałam się specjalistką od zauważania swoich niedoskonałości fizycznych i psychicznych. Jak mantrę potrafiłam powtórzyć, zbudzona w środku nocy: grube uda, rzadkie włosy, małe cycki. Do tego moja introwertyczna natura powodowała, że nie spędzałam w tak zwanym towarzystwie zbyt dużo czasu. Stawiałam bowiem przebywanie w zaciszu własnego domu ponad towarzystwo znajomych. Czyli dziwak jakiś i za wszelką cenę powinnam dążyć do zdecydowanej zmiany wewnątrz i na zewnątrz. Zmienić się, żeby sprostać wymaganiom innych. Po wielu latach dopiero dotarło do mnie, że taka po prostu jestem i że to właśnie jest prawdziwa wersja mnie. Wersja, która być może komuś wyda się nieco dziwaczna, ale to właśnie ja.


Mój najsurowszy krytyk mieszka we mnie.


Osiągnięcie stanu akceptacji i miłości do siebie to jedno z najtrudniejszych zadań, przed jakimi stanęłam. Żyjemy w kulturze nierealnego piękna, niedoścignionego życia przedstawionego na zdjęciach w mediach społecznościowych. Nieustannie porównujemy się z innymi. Ze znajomymi, z sąsiadami, czy z tymi, których widzimy w ich nierealnym, ale wirtualnym życiu w sieci. Wpędza nas to w niesamowite kompleksy. Wydaje się nam, że nie jesteśmy dość dobrzy, bo inni mają ładniejsze domy, szczuplejsze ciała, motywację do prowadzenia zdrowego trybu  życia. A nam tego wszystkiego brakuje. Jesteśmy dla siebie najbardziej surowymi krytykami. Nawet największy wróg nie oceni nas tak negatywnie, jak my oceniamy siebie. Dlaczego to robimy? Niejednokrotnie zadawałam sobie to pytanie, ale wiesz co? Już przestałam. Bo uświadamianie sobie wciąż i wciąż od nowa, że to rodzina, środowisko, uwarunkowania genetyczne tak mnie ukształtowały, że nie wierzę w siebie i wciąż jestem swoim największym krytykiem, nie przynosi mi ani wewnętrznego wyzwolenia, ani nie motywuje do zmiany. Faktycznie tak jest, że osoby, które nas wychowały i środowisko, w którym dorastaliśmy, mieli wpływ na to, jacy jesteśmy. Ale co mi po tej wiedzy? Dziś jedyne co mogę zrobić, to wziąć sprawy w swoje ręce, rozwijać się wewnętrznie, dbać o siebie i próbować walczyć ze swoimi słabościami. Wychodzić poza swoją strefę komfortu, próbować nowych rzeczy, które mnie kształtują i są zgodne z moimi wartościami. Zmiana przyjdzie prędzej, czy później. Natomiast biadolenie, że dorastałam w ciężkich czasach i teraz jestem taka, czy inna, to użalanie się nad sobą, które w niczym nie pomaga. Krytykowanie siebie za to, jaka jestem, tylko obniża poczucie własnej wartości. Będąc lepszą wersją siebie, a nie ideałem, jakich pełno w instagramowym świecie, rozwijam się i realizuję swoje cele w wewnętrznej wolności. Lepsza wersja mnie to osoba, która stara się akceptować swoje niedoskonałości i pokonywać ograniczenia. We własnym tempie i tylko dla siebie, nie dla innych. 


Rozwijaj się mądrze.


Własny rozwój jest nieodłączną częścią naszego życia. Cały czas się rozwijamy, nawet, gdy tego specjalnie nie planujemy. Życie stawia przed nami nowe wyzwania, które nas zmieniają i kształtują. Warto jednak od czasu do czasu wejść w ten proces nieco bardziej świadomie. Można wybrać jakąś cechę charakteru i nad nią pracować. Można znaleźć jeden aspekt życia i próbować go zmienić na bardziej satysfakcjonujący. Można także bardziej kompleksowo przyglądać się sobie i świadomie budować własną samoakceptację. Najważniejsze jednak, aby robić to dla siebie, a nie dla innych. Zgodnie ze swoimi wartościami, a nie tym, co sądzą inni. Zawsze zaskakuje mnie to, ile inne osoby mają do powiedzenia na temat tego, co jest dobre dla mnie, co powinnam, a czego nie, na czym mam się skupić i co robić ze swoim życiem. Nie daję się wciągnąć w takie rozważania. Słucham jednym uchem, drugim wypuszczam, bo dość dobrze znam siebie i wiem o sobie to, czego te osoby nawet nie podejrzewają. Nie pozwalam, żeby to niszczyło moje poczucie własnej wartości, które z takim bólem buduję całe życie. Wszystkim wiedzącym lepiej mówię w swojej głowie stanowcze "nie". Oczywiście nie oznacza to, że nie korzystam z rad innych osób. Nie zrozum mnie źle. Cenię sobie zdanie innych i czerpię z niego, jeśli tego potrzebuję. Jednak nie mam zamiaru żyć według czyichś zasad, bo to nie są zasady moje i przeznaczone dla mnie. Rozwój wewnętrzny będzie skuteczny tylko wtedy, gdy nastąpi na moich warunkach i będzie zgodny z moimi wartościami. Każdy z nas potrzebuje czegoś innego. Jeden medytacji, drugi terapii, trzeci zwykłego relaksu z pomocną książką. Kluczem jest znalezienie własnej drogi rozwoju. Potem już idzie z górki.


Lepsza, czy najlepsza wersja mnie?


Zrozumienie tego, jaka jestem i czego tak naprawdę potrzebuję oraz oczekuję od życia, zajęło mi dużo czasu. Błąkałam się po bezdrożach mojego wnętrza, próbowałam zadowalać innych, aż dotarłam do takiego wyobrażenia mnie samej, do którego chcę dążyć. To jestem ja, jaką chciałabym siebie widzieć. I to wyobrażenie nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, jak chcieliby widzieć mnie inni. Wiem, jaka jest najlepsza wersja mnie i każdego dnia staram się do tego ideału zmierzać. Zrobić coś wartościowego dla siebie, rozwinąć nową umiejętność, pokonać jeden z moich lęków, zrobić choć mały krok w stronę, w którą dotąd nawet nie odważyłam się spojrzeć. Ten rozwój to proces na całe życie. Jeśli byłabym w stanie stać się tą najlepszą wersją mnie już dziś, w tej chwili, to jak mogłabym zmieniać się na lepsze każdego dnia? Jak miałabym szansę się rozwijać? Najlepsza wersja mnie, to wersja z wyobraźni, a dążenie do niej, to stawanie się troszeczkę tylko lepszą wersją mnie każdego dnia. 










Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:

Więcej warzyw na talerzu. Czyli nietolerancje pokarmowe oraz jak zostałam swoim własnym dietetykiem.

Więcej warzyw na talerzu. Czyli nietolerancje pokarmowe oraz jak zostałam swoim własnym dietetykiem.

nietolerancje-pokarmowe


Brak energii i notoryczne zmęczenie, to objawy, które obserwuję u coraz większej liczby osób. Sama też zmagam się z tym problemem i uważam, że odpowiedzialność za pogarszającą się naszą kondycję fizyczną i psychiczną ponosi to, co mamy na talerzu. Do tego pozycja siedząca przez większą część dnia, brak ruchu i jest gotowy przepis na schorowane społeczeństwo, któremu nic się nie chce. Nie ignoruj sygnałów, jakie daje Ci Twoje ciało. Jeśli odczuwasz zmęczenie zaraz po wstaniu z łóżka i w ciągu dnia wydaje Ci się, że nie masz na nic siły, pomyśl o swojej diecie. O tym co jesz i czy poprzez jedzenie wspierasz swój organizm, czy go osłabiasz.

 

 

Jesz, żeby żyć, czy żyjesz, żeby jeść?


Jest takie powiedzenie, uważam, że trafne. "Jesteś tym, co jesz". Sposób odżywiania ma podstawowy wpływ na kondycję naszego organizmu i na to, jak się czujemy. Czy mamy w sobie dość energii, czy jesteśmy przemęczeni. To, co jemy, może albo niszczyć nasz organizm, albo go wspierać i utrzymywać w dobrej formie. Jedzenie w dzisiejszych czasach straciło status pokarmu. Jemy więcej, niż potrzebujemy, do tego mnóstwo jadzenia marnujemy. Jemy, bo się nudzimy, albo, żeby się pocieszyć po ciężkim dniu w pracy. Wydajemy zbyt dużo na jedzenie, a w rezultacie i tak jesteśmy niedożywieni. Brakuje nam wigoru i siły do stawiania czoła codziennym wyzwaniom. Czujemy się ospali i przemęczeni. Mamy niedobory witamin i mikroelementów. Latami pracujemy na nasze złe samopoczucie, a potem sądzimy, że jeden zdrowy posiłek pomoże nam odzyskać zdrowie. Niestety tak nie jest. Jedna dieta nie załatwi nam zdrowia, jeden posiłek nie sprawi, że poczujemy się lepiej. Chociaż mniej żywności przetworzonej, mięsa i słodyczy, a za to więcej warzyw na talerzu, to droga, którą należy rozważyć.

Zrozumienie tego, że na moje samopoczucie bezpośredni wpływ ma to, co jem, zajęło mi dużo czasu. Moje, przeciągające się, chroniczne zmęczenie, zrzucałam na karb wielu obowiązków i braku czasu. Sądziłam, że coś jest ze mną nie tak, skoro żyję jak inni, pracuję, wychowuję dzieci, mam swoje obowiązki, a wciąż czuję się osłabiona. Defekt jakiś wrodzony, czy co? Inni też żyją w pędzie, a jednak mają więcej siły. Porównywanie się z innymi, to najgorsza rzecz, jaką mogłam sobie zafundować. Bo przecież każdy jest inny, ma inne geny, inną wydolność organizmu, co innego mu służy, a co innego szkodzi.

 

 

Nietolerancje pokarmowe i testy, na które mnie nie stać.


Wiedza o tym, jakie pokarmy powinniśmy spożywać, by czuć się dobrze i zachować zdrowie, wcale nie jest taka prosta do pozyskania, jak to się wydaje. Alergie pokarmowe stosunkowo łatwo wykryć. Testy na nie są ogólnie dostępne i miarodajne. Jeśli jednak w grę wchodzą nietolerancje pokarmowe, sprawa nie jest taka prosta. Niestety, wówczas szkodliwość poszczególnych produktów jest trudna do wychwycenia. A spożywanie przez lata tego, czego nasz organizm nie toleruje, może nam wyrządzić sporą szkodę.

Ja rozpoczęłam od całkowitego wykluczenia alergii, bo to jest najprostsze i już daje jakąś wiedzę o sobie. Poddałam się testom na wykrycie alergenów IgE, IgA i IgG. Są to przeciwciała występujące w ludzkim organizmie, z których każdy ma zdolność wykrywania określonego rodzaju antygenów, tj. czynników wywołujących alergię oraz reagowania na nie. IgE wyklucza dodatkowo zakażenia pasożytnicze. Testy te potwierdziły, że nie mam alergii na podstawowe produkty żywnościowe, jak mleko, czy jajka, nie jestem też uczulona na gluten.

Kolejnym krokiem, jaki powinnam zrobić, jest poddanie się badaniom wykluczającym nietolerancje pokarmowe. Ale to już wyższa szkoła jazdy. Rozważam, czy w ogóle je robić, głównie ze względu na wysokie koszty. A jeśli tak, to co wybrać? Czy podstawowe badania na nietolerancje, tzw. panel pokarmowy, czy (wyższy level) badania genetyczne, określające genotyp i wskazujące, jakie pokarmy mi służą, a jakie nie. Koszt takich badań kształtuje się w granicach od kilkuset do tysiąca kilkuset zł, więc muszę to sobie dobrze przemyśleć i ewentualnie zebrać fundusze.


Jak zostałam swoim własnym dietetykiem.


Zanim będę bardzo bogata i stać mnie będzie na opłacenie testów na nietolerancje pokarmowe, postanowiłam, że zostanę swoim własnym dietetykiem i drogą sprawdzania i eliminacji dojdę do optymalnej dla mnie diety. Jest to proces długotrwały i wymaga sporo pracy, ale warto go przeprowadzić. Mamy jedno życie i nasze zdrowie jest w naszych rękach. Przede wszystkim mamy wpływ na to, co jemy. Mimo, że w moim przypadku badanie nie wykazało alergii na gluten, ja wiem, że jest to składnik, który mi nie służy. Czuję się po nim źle, mam nabrzmiały brzuch, niemal puchnę. Co więcej, gdy w dłuższym okresie czasu serwuję sobie bułeczki pszenne i makarony, staję się ospała i notorycznie przemęczona. Wystarczy jednak, że stosuję dietę bezglutenową solidnie przez kilka miesięcy, a odzyskuję siły, nie męczę się tak szybko i moja skóra odzyskuje gładkość. To jest najlepsze, że brak glutenu w moim organizmie ma bezpośredni wpływ na zmniejszenie np. cellulitu. Rozumiesz, o czym mówię? Gładszy tyłek w pewnym wieku wart jest takiego poświęcenia.

Tak więc staram się jeść zdrowo i nie przejadać się. Uczucie pewnego niedosytu po skończonym posiłku, to stan, do którego dążę. Zdecydowanie lepiej czuję się, gdy jem mniej. Ograniczam mięso, dbam o to, żeby mieć więcej warzyw na talerzu. Jem dobrej jakości kasze. O mojej miłości do kaszy jaglanej pisałam tutaj. A co z białkiem, może ktoś zapytać. Otóż mięso hoduje się dziś w sposób, który nie zapewnia zdrowego produktu końcowego. W efekcie na talerzu mogą znaleźć się, oprócz białka, o które głównie nam chodzi, również antybiotyki, hormony i inne produkty uboczne paszy, jaką żywione było zwierzę. Ja za takie komponenty dziękuję. Jeśli chcę zjeść mięso, to staram się, żeby pochodziło z chowu bez antybiotyków. Ale prawdę mówiąc, na mięso mam ochotę rzadko. Poza tym, wartościowe białko można znaleźć w produktach roślinnych i kaszach.

Jak już napisałam, zanim doszłam do tego, co powinnam jeść, żeby czuć się dobrze, lekko i mieć więcej energii, stosowałam dietę obserwacyjną i eliminacyjną. Wszystko, co jadłam, zapisywałam na liście kontrolnej moich posiłków i stąd mogłam dowiedzieć się, co mi służy, a co nie. Poniżej zostawiam Ci taką listę do pobrania. Jeśli chcesz przyjrzeć się sobie i temu, co jesz oraz sprawdzić, jakie produkty Ci nie służą, wydrukuj ją i zapisuj wszystko, co zjadasz. Notuj też swoje samopoczucie po jedzeniu. Wymaga to trochę zachodu, ale jest to jedyny sposób na ułożenie sobie diety, która jest korzystna dla naszego organizmu. Poza kosztownymi testami na nietolerancje pokarmowe, które nie każdy ma możliwość przeprowadzić. Jeśli poświęcisz trochę czasu na przyjrzenie się sobie i efektom tego, co jesz oraz swojemu samopoczuciu po jedzeniu, Twój organizm odwdzięczy Ci się bardzo szybko. Jedząc potrawy, przygotowane z produktów, które dobrze tolerujesz, odzyskasz energię do działania i siły, których, być może, bardzo Ci brakowało. 


A poniżej możesz zobaczyć, co ja miałam na talerzu w ostatnich dniach. Przepis na pyszne brownie z batata znajdziesz na FB. Jeśli jeszcze Cię tam nie było i nie jesteś fanem profilu Drugie imię, czas to zmienić :) Zapraszam!


nietolerancje-pokarmowe

nietolerancje-pokarmowe

nietolerancje-pokarmowe











Jeśli ten wpis wydał Ci się wartościowy, udostępnij go, proszę:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2019 Drugie imię , Blogger